Strony

środa, 29 września 2010

Strasznie fajnie w tych górach!


O rety, żeby na urlopie budzik nastawiać?!
Dzwoni jak szalony, jedno wyciszenie, jeszcze jedno …jeszcze jedno….. Wreszcie wstaliśmy. Jakie plany na dziś? Wczoraj wieczorem Radek mówił, że na dziś zaplanował trochę dłuższą trasę. W planach Połonina Wetlińska i Połonina Caryńska. Tak razem? Na szybko? Wash and go?! Przecież to nie tak miało być. Miało być fajnie, że razem, że wszędzie, że dużo, daleko, … ale i na spokojnie. No HALO!!!
Podniosłam krzyk, że to za dużo na raz, tym bardziej, że Połoninę Wetlińską znamy z ubiegłego roku, kiedy to z całą rodzinką dotarliśmy do schroniska „Chatka Puchatka”.
Od razu przypomina mi się ekstremalna sytuacja związana z ubiegłorocznym pobytem w Bieszczadach. Tradycyjnie – zaplanowana jedna dłuższa wycieczka w góry. No to jedziemy tuż za Wetlinę, skąd wdrapiemy się na szczyt Połoniny Wetlińskiej. Oskar miał wtedy 3 lata i niezbyt dużą chęć do pieszych wędrówek. Na tę okoliczność zorganizowaliśmy sobie nosidło (dzięki ReniuJ!). Kiedy Oskarek miał roczek, czy dwa Radek nosił go po Karkonoszach, ale teraz???? Ostro zaprotestowałam i na parkingu przy Przełęczy Wyżnej stwierdziłam, że zostawiamy nosidło w samochodzie. Nie wiedziałam, że za chwile decyzja ta odbije mi się i to niezłą czkawką !!!
Oczywiście Oskar w towarzystwie ciotecznego rodzeństwa dzielnie szedł po kamieniach niecałe pół godziny, kolejne pół godziny szedł i jęczał, a potem to już totalnie zbojkotował chodzenie po górach. Ale mi się dostało!!! Tak to jest słuchać baby! – powiedział Radek targając syna na plecach. Myślę sobie – Dłużej nie „zniese”!!! I tu pojawiła się opowieść o strasznym niedźwiedziu, który mieszka na szczycie Połoniny Wetlińskiej  i tylko patrzy, które dziecko idzie na własnych nóżkach, a które nie. Oczywiście te, które same idą dostają nagrodę, a te leniwe zabiera niedźwiedź (i chyba pożera!). Oskar natychmiast, chciał nie chciał, sunął po kamieniach jak nowonarodzony :). Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zaczął pytać wracających z góry turystów – „Na gózie jeś niećwieć?” Musieliśmy po drodze opowiadać, dlaczego nasze dziecko pyta się o niedźwiedzia. Wszyscy wkręcali nasze dziecko, ale liczy się cel. Do schroniska Chatka Puchatka nasz syn Oskar dotarł i na koniec nawet się uśmiechał, co widać na ubiegłorocznych zdjęciach:

Dobra, dobra już wracam do głównego tematu tego posta – sobota 25 września 2010 roku.
Po negocjacjach wyruszamy w trasę po Połoninie Caryńskiej. Wyruszamy pieszo do centrum Ustrzyk Górnych, gdzie wsiadamy w busa. Za całe 5 zeta jedziemy busem do Brzegów Górnych – o matko jak on szybko jedzie i kręci, i kręci po tych górskich zakrętach. Z Brzegów Górnych ruszamy zielonym szlakiem (kolejna ścieżka przyrodnicza) prowadzącym przez Połoninę Caryńską do samych Ustrzyk Górnych. Docieramy do najwyższego wzniesienia 1297 mnpm, a następnie byczymy się na śniadanku nieco niżej 1239 mnpm.


Ach! Jak smakuje pasztecik na Połoninie. Strasznie fajnie w tych górach!
A i nowe przeżycia. Już wczoraj słyszeliśmy ryk niedźwiedzia w górach (naprawdę!).
A przecież naprawdę chętnie szłam… I wcale nie chciałam na rączki…
Dzisiaj także z doliny, w której okolicach znajduje się schronisko Koliba (Agatko! zwracam honor – są 3 schroniska w Bieszczadach!) słychać było ryk misia. Strasznie fajnie w tych górach!
Choć trochę pod górę, a trochę z góry. Sama nie wiem, czy lepiej wchodzić, czy schodzić. Nieźle dają mi się we znaki kolana. W sumie aktywny tryb życia, jaki prowadzę nie powinien dawać jakichkolwiek objawów braku formy. Przeżyjemy – dziś buty już bardzo wygodne (bo inne!). Docieramy wreszcie do Ustrzyk Górnych. W sumie jest wcześnie – 14.00, ale mała drzemka i podjedziemy na obiad do Chaty Wędrowca w Wetlinie… Strasznie fajnie w tych górach!
Ale o Chacie Wędrowca już wkrótce…

wtorek, 28 września 2010

Wrześniowe Bieszczady...

Zaraz, zaraz... jakie wrześniowe? Przecież miało być kilka propozycji jeszcze wakacyjnych. Na zasadzie że było minęło, że fajnie, niech może inni spróbują...
Jasne jasne, jak będzie jesień i dni będą krótsze to wieczorkiem, wieczorkiem coś napiszę. Jeszcze nieraz powspominam letnie harce w Bieszczadach, o których pisałam w poprzednich postach....

A tymczasem, no cóż wrzesień już prawie ku schyłkowi. Złota polska jesień ... i co zaspokoić się tylko pisaniem bloga i wspominkami.... Przecież jeszcze jest świetny czas na jakiś kolejny wyjazd. Oczywiście już planują się ferie zimowe, a i lato next year (OOOO RETY!!!!) Zlądujmy na ziemię!!!!

Piątek 24 września - bierzemy urlop w pracy i wyjdzie lekko wydłużony weekend.
"Kochana Babciu Basiu, a zostaniesz z dziećmi na weekend?"
"No dobra, dobra - jeźdzcie sobie".
Szybka rezerwacja w Ustrzykach - strasznie tu trudno o kwatery???
Okazuje się, że niewiele tu domów (tylko 100 osób zamieszkuje Ustrzyki Górne), a ponoć tylko 3 budynki są w rękach prywatnych właścicieli, pozostałe zaś stanowią własność  Dyrekcji Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Właśnie w jednym z takich domów (na osiedlu pracowników) kotwiczymy się o 9 rano w piątek. Tradycyjnie: namiary kwaterki "Pod Szerokim Wierchem"
http://kowalczyk.spanie.pl/

32 zł. za dobę od osoby - niestety bez wyżywienia. Dostęp do kuchni, kominek, grill, etc. Miła gospodyni..
Po podróży trwającej od godziny 1.00 do 9.00 oczywiście nie idziemy spać, tylko dalej jazda w góry.
Przecież tylko trzy dni przed nami, a nie często trafia nam się okazja do wspólnego połażenia po górach. Zazwyczaj Radek wyrusza sam w dłuższą trasę, a ja obarczona riebiatą snuję się po niby szlaku, w niby górach (czytaj: dzieci dochodzą do pierwszej lepszej wiaty i już mówią NIEEEE!). Oczywiście zdarzają się drobne wyjątki, takie jak jedna dłuższa wycieczka z dziećmi po górach, ale to tylko raz na każdy wyjazd...

Piątek, około godziny 10.00 samochodem docieramy do Wołosatego. Stąd Radek zaplanował krótką "lajtową" wycieczkę, bo przecież jesteśmy po nieprzespanej nocy. Idziemy na Tarnicę, ale nie tak zwyczajnie - niebieskim szlakiem, którym idzie się zgodnie z mapą 2 godziny. Ruszamy szlakiem czerwonym z Wołosatego, na Przełęcz Bukowską. Do tego momentu bardzo lekka trasa - momentami nawet asfaltowa !?
Po około 2 godzinach docieramy do Przełęczy Bukowskiej (1110 mnpm)

Następne etapy to Rozsypaniec 1280 mnpm,
z którego pójdziemy na Halicz (1333 mnpm)
Przełęcz Goprowska 1160 mnpm, to kolejny etap. Tutaj ponoć w sezonie letnim (VII - VIII) stacjonuje oddział GOPRu. Podobno mają nawet szałas... nie wiem, nie potwierdzam, we IX ich nie było.
Najgorszy odcinek przed nami z Przełęczy Goprowskiej do Przełęczy Siodło, skąd już tylko 15 minut na Tarnicę... A już miałam odpuścić. W kość dały mi się niezbyt wygodne buty.. A to przecież podstawa!
Chwila lewitacji :) i idę...
Strasznie fajnie, że się nie poddałam. Pogoda cudna, widoki ... ach, już znowu chcę tam wrócić... Co tam buty? Tak to jest w górach. Każdy ledwo dyszy... a idzie dalej.
Do Wołosatego docieramy około 17.00.
Nasza gospodyni, kiedy dowiedziała się gdzie byliśmy na tym lajtowym spacerku, stwierdziła, że to przecież ze 20 kilometrów. Dobrze, że nie powiedziała mi tego wcześniej...
Wróciliśmy padnięci jak betki. Szybko spać, bo jutro następna Połonina...

piątek, 17 września 2010

Do domu?... Nie, w Bieszczady

No jak to do domu? Tylko tydzień wyjazdu, tyle przygotowań, tyle planów, zeszytów...Nie ma mowy!!!!
Internauci pisali, że w Hajduszoboszlo dwa tygodnie to za długo, dlatego powstał pomysł połączenia wody (prawie morskiej) z górami...
I tak oto w pierwszym zamyśle był pobyt tuż przy granicy w Barlinku  - a więc okolice Rymanowa Zdrój. Radek stwierdził, że tam to nuda, za niskie te góry...że jeśli już to do Soliny, lub jej okolic - tak jak w ubiegłym roku. Zeszyt gotowy, w ubiegłym roku już wypróbowany, w tym roku już dwukrotnie był w Bóbrce...
No co tu wymyślać???. A więc jedziemy do Bóbrki do Pani Ani Drozdowskiej.
Miejscówka "Pod Świerkami" do polecenia. Tutaj link:

http://www.bieszczady.net.pl/podswierkami/


Zdjęcia rzeczywiste, kuchnia pyszna, przemiła gospodyni, a i ceny atrakcyjne.

Pokój z łazienką: dorosły 35 zł., dziecko (niezależnie do wieku) 5 zł.
Posiłki na miejscu. Wszystko na tak.... Jeden problem. ...
Na chwilę poszukiwań Pani Ania nie miała dla nas miejsca w tym terminie.  Jaka szkoda....
Ale i tak będziemy chcieli tam jeszcze  wrócić.
Zatem po poszukiwaniach i wielu pomysłach na życie znaleźliśmy miejscówkę w Polańczyku.
Tutaj stronka:

http://www.pensjonatewabieszczady.republika.pl/

 
Również Pensjonat Ewa godny uwagi. Spędziliśmy tam bardzo miły ciąg dalszy urlopu... My kobitki w Polańczyku miałyśmy już naprawdę istny raj - totalny zakaz wejścia do kuchni. Wczasy z wyżywieniem - dwa posiłki dziennie, przy śniadaniu jakieś ciacho, przy obiadokolacji owoc lub odwrotnie.A wszystko to za jedyne 60 zł. od od osoby. A i dzieciaki wieczory z siatkówką bardzo mile wspominają. Pensjonat położony blisko głównej ulicy, ale nie na tyle blisko, żeby słyszeć hałas samochodów, a więc cicho i bezpiecznie.

Naprawdę nocleg warto wcześniej rezerwować, bo o miejsca w sezonie truuuuuudno, oj truuuuuuuuuudno. Nie jeden raz podczas posiłków przychodzili wędrowcy w poszukiwaniu wolnego pokoju.... na darmo.

A co robiliśmy w Bieszczadach ... Napiszę, napiszę - chociaż kilka propozycji

czwartek, 9 września 2010

Debreczyn

No to jeszcze ostatni post dotyczący Węgier – przynajmniej tegorocznych. Piątek, 13 sierpnia 2010 r. Tak naprawdę to nasz ostatni dzień pobytu w Hajduszoboszlo. Jutro już przecież wyjeżdżamy. No może nie do domu …, ale o tym to już napiszę za kilka dni.
Tak więc w czwartkowy wieczór – odwiedzili nas nasi rodacy z Inowrocławia, którzy wynajmowali dom w Hajdu na tej samej ulicy. Tak na marginesie, to serdeczne uściski dla Ojca Grześka :) i Jego bandy, hi hi hi Prawie pożegnalne winko, no bo jutro już ostatni dzień więc czeka nas wieczorne pakowanie.
A w ciągu dnia OBOWIĄZKOWO basen, no i koniecznie Aquapark. Umówiliśmy się nawet, że w piątek pójdziemy na baseny w nasze 4 rodziny.
A tu klapa – w nocy leje … Cały ranek burza ... Wiatr halny niczym w górach. Sztorm na basenach...
Trudno i darmo! Nici z basenów, a tu jutro już wyjeżdżamy do domku.

Tak więc, aby nie tracić dnia postanowiliśmy wyruszyć do odległego od Hajduszoboszlo około 20 kilometrów miasta Debrecen. Znowu polecam. Ciekawy kilkugodzinny wypad – piękna zabudowa…
Herb Debreczyna z uroczej mozaiki

sobota, 4 września 2010

Ceny, ceny ... kwatery, baseny, knajpki

Niejeden powie, dobra ale Węgry - to w końcu podróż zagraniczna, autostrady, winietki, drogie paliwo, etc..
Nie jest tak źle moi drodzy. I tak analizując mój zeszyt:
DOJAZD: paliwo najlepiej zatankować w Polsce pod korek, na Węgrzech ropa trochę droższa (diesel 337,90 Ft - jakieś 5,07 zł),
winietki: Słowacja - 1 miesięczna 47 zł. lub 10,90 EUR - cena z kiosku na granicy;
Węgry 10 dniowa - 2550 Ft - kupiona na pierwszej stacji benzynowej. Węgrzy nie mają typowych dla Europy naklejek. Drukują jedynie paragon z numerem rejestracyjnym samochodu. Ponoć mają jakiś system satelitarny, czy kamery - trudno chyba w to uwierzyć :) Odległość z Warszawy około 750 km - 12 godzin jazdy trasą na Lublin, Rzeszów, Barwinek (PL-SL) Svidnik, Kosice, Tornyosnemeti (SL-H), Miscolc, Debrecen. Nawigacje najczęściej kierują trasą na Radom, ale od znajomych wiemy, że przez Lublin choć trochę dalej, ale za to szybciej.

KWATERY: za 4 osobową rodzinę cena za cały tydzień z taksą klimatyczną to 710 zł. Płaciliśmy 3000 Ft za osobę dorosłą + 410 Ft taksa klimatyczna, dzieci do lat 14 free.

WYŻYWIENIE: Po przeczytaniu wielu postów, wpisów na forum zdecydowaliśmy wziąć jedzenie z Polski. Kochani - skucha! Oczywiście - śniadania można pokusić się o jakieś parówki, mielonki, paszteciki... Żarełko raczej z Polski, ale napoje kupowaliśmy na miejscu. Ceny podobne do naszych. Zakupy robiliśmy w Tesco w Hajdu. Przykładowe ceny:
Shweppes 2l - 353 Ft,
Bols 0,7 - 2460 Ft,
Vodka Kings 0,7  - 1500 Ft
Piwo Borsodi 255 Ft,
Piwo Dreher 234 Ft
Likier kokosowy 0,7 - 1800 Ft
Cola 2 x 2l 600 Ft
Teraz OBIADY - polecana knajpeczka to Patko na Lovas 12 (dzięki forumowiczom dotarliśmy właśnie tam)

środa, 1 września 2010

Hajduszoboszlo dobre na deszcz

Przy dzisiejszej aurze z przyjemnością wrócę do słonecznego Hajduszoboszlo. Słusznie jego mieszkańcy
nazywają go "Doliną Słońca". Wiele wydawnictw turystycznych opisujących tę miejscowość pisze o 2000 godzin słonecznych w roku. Mieliśmy okazję się o tym przekonać, chociaż ostatniego dnia pobytu poranna burza nie pozwoliła nam pójść na baseny. Około południa jednak wypogodziło się, ale wtedy zwiedzaliśmy już pobliski Debreczyn.
Hungarospa - tak wielka inwestycja turystyczna (pamiętająca czasy demoludów) musiała zostać umieszczona właśnie tutaj.