Kolejny dzień zapowiadał się jako dzień pełen spektakularnych widoków. Nie przypuszczaliśmy jednak, że jedną z najciekawszych atrakcji okażą się ... przypadkowo poznane osoby.
Nasza wspólna historia zaczęła się już dzień wcześniej, w zatłoczonym autobusie wiozącym nas z lotniska w Alghero. Wśród pasażerów znaleźli się Czarek i Iza - sympatyczni rodacy, którzy przylecieli wcześniejszym lotem z Katowic. Ponieważ nie zmieścili się do autobusu przeznaczonego dla ich lotu, trafili do tego samego autobusu, co my. Ścisk był niemały, ale jak się okazało, czasem właśnie takie okoliczności sprzyjają nowym znajomościom.
Podczas rozmowy zdradziliśmy nasze plany na kolejny dzień. Wymieniliśmy się kontaktami i szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że temat wróci. Tymczasem już wieczorem Iza napisała z pytaniem, czy plan wycieczki jest nadal aktualny. Odpowiedź mogła być tylko jedna: oczywiście! W stronę Groty Neptuna Zatem w poniedziałek - 30 marca 2026 roku o godzinie 9:21 wsiedliśmy do autobusu linii 9321, w którym siedzieli już Iza i Czarek. Po około 40 minutach jazdy dotarliśmy do Capo Caccia – jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc na północno-zachodnim wybrzeżu Sardynii. (autobus odjeżdża o 9:21 z Alghero La Pietraia i jedzie 41 minut; 10:02 koniec trasy: Capo Caccia - tuż przy kasach do Jaskini Neptuna; tego dnia korzystaliśmy z biletów dziennych na tą trasę w cenie 6,30 EUR/osoba - zakupionych w aplikacji Drop Ticket).
Naszym głównym celem była słynna Grota Neptuna, jedna z najpiękniejszych jaskiń krasowych na wyspie. Gotowi byliśmy zapłacić za wstęp do jaskini 18 EUR. Do Jaskini Neptuna można dostać się drogą morską (statki wycieczkowe kursują w sezonie, który zaczynał się od 1 kwietnia 2026 r.) lub schodząc z klifu po słynnych Escala del Cabirol, czyli Kozich Schodach.
Foto: Czarek
Jest ich dokładnie 656 i już sam widok wijących się po skalnym urwisku stopni robi ogromne wrażenie. Niestety natura miała wobec nas inne plany. Po dotarciu na miejsce okazało się, że grota jest zamknięta z powodu wysokiej fali. Aktualne informacje i bilety znajdziecie na oficjalnej stronie https://grottadinettuno.it/
Mogliśmy podziwiać jedynie schody prowadzące w dół i wzburzone morze rozbijające się o skały kilkadziesiąt metrów niżej. Było trochę rozczarowania, ale szybko uznaliśmy, że szkoda dnia na narzekanie.
Zmiana planów i trekking do ukrytej groty Rozejrzeliśmy się dookoła...i tu propozycji jest kilka.
Po pierwsze: Grotta Verde - Zielona Grota, nazywana tak z uwagi na zielone refleksy świetlne. Niestety grota była także zamknięta na cztery spusty. Zakupu biletów możecie dokonać na stronie https://www.algheroparks.it/grotta-verde/
Dziewczyny niepocieszone z powodu kolejnej zamkniętej atrakcji, gotowe były spędzić czas do odjazdu autobusu na milionach zdjęć w trawie.
Po drugie: mogliśmy zejść w dół do widocznej z oddali Torre del Bolo.
To XVI-wieczna wieża strażnicza, która przez stulecia chroniła wybrzeże przed piratami.
Jednak my zdecydowaliśmy się na trzecią opcję: postanowiliśmy wybrać szlak po przeciwnej stronie głównej drogi, który zaprowadził nas do Grotta delle Brocche Rotte. Google Maps przekonywało nas, że dotrzemy tam w około 20 minut. Jak często bywa w takich sytuacjach, rzeczywistość okazała się nieco bardziej wymagająca. Owszem, tyle czasu zajęło nam dojście asfaltową drogą, ale później trzeba było jeszcze odnaleźć właściwy szlak i kontynuować trekking pod górę przez kolejne kilkadziesiąt minut. W takich sytuacjach zawsze z pomocą przychodzi aplikacja mapy.cz
Widoki wynagradzają trud wędrówki: już po drodzemożna podziwiać wysepkę Foradada. Ścieżka prowadząca do groty jest mało uczęszczana, dzięki czemu można naprawdę poczuć dzikość tego fragmentu wybrzeża.
Szlak oznaczony jest słupkami i nie sprawia większych trudności,
Foto: Czarek
a po drodze towarzyszą nam coraz to piękniejsze widoki na wapienne klify i bezkres Morza Śródziemnego.
Foto: Czarek Kiedy dotarliśmy na miejsce zrozumieliśmy, dlaczego tak wiele osób poleca to miejsce jako ukryty skarb okolic Capo Caccia.
Foto: Iza
Grotta delle Brocche Rotte w tłumaczeniu oznacza jaskinię rozbitego dzbana.
Taka nazwa pochodzi od znalezisk ceramicznych, fragmentów dzbanów i naczyń, które odkryto wewnątrz jaskini.
Nasz pobyt w jaskini to przede wszystkim sesja zdjęciowa, bo każdy z nas chciał mieć takie piękne zdjęcie, jak z folderu.
Foto: Czarek
Widoki były wręcz oszałamiające.
Strome urwiska, turkusowa woda i cisza, której próżno szukać przy bardziej znanych atrakcjach Sardynii.
To właśnie dla takich chwil warto czasem zboczyć z głównego szlaku, szczególnie, że w tej jaskini i na szlaku byliśmy zupełnie sami.
Po nacieszeniu się panoramami przyszła pora na powrót. I wtedy zaczęła się kolejna przygoda. Wiedzieliśmy, że jedyny autobus tego dnia odjeżdżał z Capo Caccia o godzinie 12:00. Tempo marszu znacząco wzrosło, bo perspektywa pozostania na końcu świata i szukania autostopu nie wydawała się szczególnie kusząca.
Na odjazd autobusu nie zdążyliśmy.
Z wielką nadzieją machalśmy do kierowcy, który na szczęście zatrzymał się "na trasie" i zabrał nas na pokład.
Chwilę później siedzieliśmy już w środku, śmiejąc się z całej sytuacji i wspominając kolejną przygodę.
Tylko Iza nie mogła odżałować bólu nóg - zafundowaliśmy jej dużo bardziej wymagającą wycieczkę niż wędrówka po schodach.
Tak oto Neptun zagrał nam wszystkim na nosie ... a niekórzy "poczuli zemstę Neptuna" w kolanach.
A ponieważ udało nam się wydostać z Capo Caccia - mogliśmy przejść do kolejnego punktu wycieczki...
Teraz przyszedł czas na spotkanie z historią starszą niż większość znanych nam cywilizacji.
Wspomniałam kierowcy autobusu, że chcemy dostać się do Nuraghe Palmavera, więc zaproponował nam, że zatrzyma się jak najbliżej tej atrakcji. No strasznie mili ci Sardyńczycy - nic nie stanowi problemu: machasz na autobus - on się zatrzymuje, chcesz wysiąść pomiędzy przystankami - nie ma sprawy!!!
Z autobusu linii 9321 wysiadamy kilka minut za przystankiem Lazzaretto Spiaggia ok. godz. 12:25. Stąd pieszo idziemy w stronę Nuraghe Palmavera. Spacer zajął nam niespełna 25 minut i prowadził niestety szosą, ale świadomość, że za chwilę zobaczymy budowle sprzed ponad trzech tysięcy lat, tylko podsycała naszą ciekawość.
Do Nuraghe Palmavera dotarliśmy tuż przed 13:00. To jedno z tych miejsc, które nie imponują rozmiarem, ale atmosferą.
Kamienne wieże i pozostałości dawnej osady przenoszą wyobraźnię do XII wieku p.n.e., kiedy Sardynią władała tajemnicza cywilizacja nuragijska.
Spacerując między murami, trudno nie zastanawiać się, jak wyglądało życie ludzi mieszkających tutaj.
Przed sezonem turystów było tu niewielu, dzięki czemu można było spokojnie chłonąć klimat tego niezwykłego miejsca.
Bilet wstępu kosztował 7 euro, a dużym atutem okazała się kawiarnia, w której z chęcią skryliśmy się przed sardyńskim słońcem.
Może Palmavera nie jest największym stanowiskiem archeologicznym na wyspie, ale zdecydowanie warto wpisać ją na swoją listę. To właśnie tutaj historia wydaje się wyjątkowo namacalna, a kamienne mury wciąż skrywają więcej pytań niż odpowiedzi.
Po odpoczynku w kawiarni i ruszyliśmy z powrotem w kierunku Lazzaretto Spiaggia. Droga zajęła nam nieco ponad 20 minut. A ponieważ do odjazdu autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zagospodarować ten czas na plaży, bo Lazzaretto Spiaggia to nic innego, jak właśnie plaża.
Plaża - jak wszystko tutaj - jeszcze w trakcie przygotowań do sezonu.
Piękny biały piasek pokryty był dziwnymi włochatymi kulkami. To "Kule Neptuna" - poinformował nas Czarek. Te wyglądające jak fekalia cuda, to obumarłe i sprasowane przez fale resztki trawy morskiej "Posidonia oceanica". To "pułapki", które dzięki splątanym włóknom wyłapują z wody i zatrzymują cząsteczki mikroplastiku. Kłęby tej morskiej trawy tłumią siłę sztormowych fal i skutecznie zapobiegają erozji plaż, a także jako żywe łąki podwodne, produkują tlen, pochłaniają dwutlenek węgla oraz tworzą ostoję dla setek gatunków morskich zwierząt. A jednak ten Neptun sobie cały czas z nami pogrywa...
Zdążyliśmy jeszcze złapać na plaży chwilę oddechu, a Iza z Czarkiem nawet zaczerpnąć symbolicznej kąpieli.
Foto: Czarek
My z kolei wylegiwaliśmy się na słońcu spoglądając na przemian: na błękitne morze i bezchmure niebo, zanim o 14:35 wszyscy razem wsiedliśmy do autobusu linii 9321 jadącego w kierunku Alghero. Mimo iż to ciągle ten sam numer autobusu, jego trasa w ciągu dnia nieco się zmienia - stąd też moja wcześniejsza informacja, że do Capo Caccia było tylko jedno połączenie. Po zaledwie pięciu przystankach i kilkunastu minutach jazdy wysiedliśmy przy Via Don Minzoni nieopodal naszej kwatery. Za nami była już większa część dnia - jak widzicie dość mocno wypełnionego atrakcjami, a co jeszcze przed nami - przekonacie się w kolejnym wpisie ...
Gdzie jesteś, Mały Książę, gdzie? Odszedłeś z mej książeczki kart. Czy po pustyni błądzisz znów,
Rozmawiasz z echem pośród skał?
Czy tam, gdzie świeci złoty wóz Oglądasz Ziemię w swoich snach, Gdzie pozostała z tamtych dni
Niby wspomnienie bajka ta.
W maleńkiej róży kochał się
Książę na jednej z wielu gwiazd.
Nie widział przedtem innych róż,
Kiedy w daleki poszedł świat.
Na Ziemi zwątpił w miłość swą,
Tę najpiękniejszą z wszystkich snów,
Bo jak miał w jednej kochać się,
Gdy ujrzał park z tysiącem róż?
[Nie wierz swym oczom szepnął wiatr,
Jeśli kochasz, sercem patrz]
Zrozumiał wtedy Książę to,
Że tylko jedna w świecie jest,
Ta, którą kochał w wszystkie dni
I wrócił znów do róży swej.
Gdzie jesteś, Mały Książę, gdzie?
Odszedłeś z mej książeczki kart.
W świecie, gdzie nikt nie kocha róż
Na zawsze ktoś pozostał sam.
W świecie, gdzie nikt nie kocha róż
Na zawsze ktoś pozostał sam.
Niech słowa piosenki Kasi Sobczyk będą dla Was zachętą do lektury naszych wspomnień z niedzielnego popołudnia, a może nawet do powrotu do książki Mały Książę. Bo choć na sam jej tytuł od razu zaczynam nucić melodię, to tak naprawdę to właśnie cytaty z tej książki towarzyszą mi przez całe dorosłe życie.
Jak już zdążyliście nas poznać — długo w miejscu nie usiedzimy. Drugą część dnia postanowiliśmy spędzić w Porto Conte — malowniczej zatoce rozciągającej się między przylądkami Capo Caccia i Punta Giglio. Autobusem linii 9321 z przystanku przy skrzyżowaniu z La Pietraia w około 20 minut dojeżdżamy do Porto Conte. Przystanek nazywa się Maristella Hotel i oddalony jest od muzeum ok .1,5 km. (15:16 wyjazd z Alghero, 15:36 wysiadamy na przystanku Maristella Hotel Porto Conte; pieszo ok. 18 min, 15:54 jesteśmy w MASE; bilet w jedną stronę kosztował każdego z nas 1,30 EUR)
Wszystko szło zgodnie z planem - autobus przyjechał punktualnie, a krajobraz za oknem z każdym kilometrem stawał się coraz bardziej dziki. Nadmorskie widoki ustąpiły miejsca wzgórzom, lasom palmowym i pustym drogom wijącym się między kamiennymi murkami. Na miejscu czekało nas jednak pierwsze zaskoczenie. Przystanek Maristella Hotel okazał się… pustkowiem. Hotel co prawda istniał, ale był zamknięty, a jedynie jakaś ekipa remontowa przygotowywała obiekt do sezonu. Mój plan spokojnej kawy i oczekiwania na autobus powrotny szybko przestał mieć sens.
Tu Sardynia wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać wyspa marzycieli: suche wzgórza, dojrzewające cytryny,
letnie rezydencje zamknięte na cztery spusty i małe domy schowane między skałami,
a fale uderzające o skalisty brzeg i przestrzeń uspokajały bardziej niż najlepsza medytacja.
I w sumie, gdyby było choć trochę cieplej, możnaby w tych dzikich okolicznościach przyrody spędzić nieco więcej czasu. Jednak z minuty na minutę niebo zaciągało się chmurami i wiatr wiał z coraz to większą siłą. W końcu, po około półgodzinnym spacerze dotarliśmy na sam cypel, gdzie kończy się asfaltowa droga, a zaczyna coś znacznie ciekawszego.
MASE (Museo Antoine de Saint-Exupery) mieści się w dawnej wieży obronnej Torre Nuova z 1572 roku, stanowiącej część gigantycznego systemu 105 hiszpańskich wież obronnych Sardynii. Przez wieki pełniła różne funkcje - od fortu i punktu obserwacyjnego, przez stanowisko przeciwlotnicze w czasie II wojny światowej, aż po bar, salę taneczną i klub nocny, do którego zaglądali m.in. Elizabeth Taylor i Anthony Quinn. Dopiero później przekształcono ją w muzeum poświęcone Antoine de Saint-Exupery.
Dziś Torre Nuova jest jednym z centrów informacyjnych Morskiego Obszaru Chronionego Capo Caccia/Isola, stąd też zakup biletu uprawnia nas do wejścia na teren kilku różnych obiektów Ecomuseum.
A ponieważ „Dorośli są zakochani w cyfrach” troszkę faktów:
bilet normalny 9 EUR - ważny 30 dni od daty zakupu,
dzieci 4-14 lat 3 EUR
dzieci poniżej 4 lat wchodzą bezpłatnie.
15 EUR dla rodzin (osoba dorosła + dwoje dzieci).
Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli w godzinach: 10:00-13:00, 15:30-19:30.
Antoine de Saint-Exupery mieszkał w zatoce Porto Conte w Alghero od maja do lipca 1944 roku. Przez ten czas zamieszkiwał willę położoną na lekko podwyższonej działce, vis a vis wieży Torre Nuova. Jako pilot latał dla alianckich sił powietrznych amerykańskich stacjonujących na lotnisku wojskowym w Fertilii, gdzie powierzono mu loty rozpoznawcze wzdłuż francuskiego wybrzeża w celu identyfikacji i fotografowania niemieckich placówek. To muzeum nie jest atrakcją przypadkową „po drodze”. Trzeba chcieć tam dotrzeć. I właśnie dzięki temu odwiedzający trafiają tam bardziej z potrzeby niż z turystycznego obowiązku. A
MASE nie próbuje nawet konkurować z wielkimi europejskimi muzeami literatury. Zamiast ogromnych ekspozycji dostajemy coś bardziej intymnego - opowieść o człowieku, pilocie, marzycielu i pisarzu.
Ekspozycja skupia się nie tylko na samej książce, ale również na życiu Saint-Exupéry’ego: jego lotniczej pasji, podróżach i filozofii życia. Czuć tutaj fascynację wolnością, samotnością i patrzeniem Antoine’a de Saint-Exupery’ego na świat z innej perspektywy - dokładnie tak, jak w „Małym Księciu”. Pilot,
pisarz, marzyciel - człowiek, który całe życie patrzył w niebo, a jednocześnie
próbował zrozumieć ludzi.
W muzeum można poczuć tę atmosferę: fotografie,
wspomnienia, lotnicze motywy i cytaty z „Małego Księcia”, które nagle brzmią
inaczej niż wtedy, gdy czytało się je w szkole. I tu człowiek zaczyna rozumieć, że książka Saint-Exupery’ego nigdy nie była wyłącznie opowieścią dla dzieci. To raczej bardzo spokojna i momentami smutna refleksja o dorastaniu, samotności i relacjach między ludźmi.
W gablotach można podziwiać pierwsze wydania wszystkich
książek autora, a także instalacje tematyczne, dzieła sztuki, przedmioty,
pamiątki i dokumenty z epoki. Najciekawsze są pierwsze wydania książek, dokumenty i pamiątki związane z jego lotami zwiadowczymi.
Autor spędził ostatnie, ważne miesiące swojego życia w Alghero i właśnie tu świętował swoje ostatnie urodziny. To właśnie tutaj, poeta-lotnik napisał większość powieści pt. "Mądrość Piasków", a także "List do Amerykanina". Podczas pobytu w Alghero, fotoreporter magazynu Life - John Phillips ukończył sesję zdjęciową de Saint-Exupéry'ego, która uwieczniła ostatnie dni pisarza i dziś zdjęcia te uzupełniają tablice informacyjne w muzeum. Antoine de Saint-Exupéry zginął na niebie nad Francją 31 lipca 1944 roku po starcie z lotniska Borgo w Bastii.
Jedną z atrakcji jest możliwość wejścia na taras widokowy - dziś oczywiście zamknięty, z powodu silnego wiatru.
„Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku” - a my z Porto Conte spoglądamy w stronę przylądka Capo Caccia, który planujemy odwiedzić kolejnego dnia.
Metalowa instalacja przedstawiająca Małego Księcia, Lisa i Lotnika przed budynkiem przypomina nam, że
„Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich o tym pamięta” .
„Dla całego świata możesz być nikim, dla kogoś możesz być całym światem”.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że muzeum nie jest nastawione na masową turystykę. Nie ma tutaj efektu „instagramowej atrakcji”, sklepów pełnych plastikowych pamiątek ani tłoku. Owszem w kasie można kupić pamiątkową pocztówkę, czy magnes. Beatko, i właśnie taka pocztówka czeka na Ciebie. Muszę pochwalić się tu moją koleżanką Beatką, która kolekcjonuje wydania "Małego Księcia" w różnych językach, a ponieważ, tak jak my bardzo dużo podróżuje jej kolekcja jest naprawdę imponująca. A tak na marginesie, to "Mały Książę" jest najczęściej czytaną książką w historii literatury, za wyjątkiem Biblii i Koranu.
Muzeum i jego otoczenie to świetna przestrzeń do zatrzymania się na chwilę ... a już szczególnie, kiedy autobus powrotny (7321) jest za dwie godziny!!! (19:06 z Hotelu Maristella Porto Conte dojeżdża do Alghero o 19:50). Kilka minut analizowania rozkładu wystarczyło, aby zrozumieć, że wobec zamkniętego hotelu Maristella, czekanie oznaczałoby wiele godzin na opustoszałym przystanku - zero infrastruktury, sklepu czy restauracji. Moja decyzja mogła być tylko jedna: autostop. Kilka minut przy drodze, trochę śmiechu i klasyczne pytanie: "Czy ktokolwiek się w ogóle zatrzyma?". Na sardynii ludzie potrafią jednak pozytywnie zaskakiwać. Pierwszy samochód zatrzymał się szybciej niż się spodziewaliśmy. Potem drugi z innym celem podróży. I w końcu...trzeci. On nie mówił po angielsku, ona ledwo radziła sobie z angielskim – my kompletnie nie rozumieliśmy włoskiego, ale w takich sytuacjach język przestaje mieć większe znaczenie. Powrót autostopem okazał się najlepszą częścią całego dnia – znowu uwierzyliśmy w dobroć ludzi. Kierowca opowiadał coś o okolicy, gestykulował i co chwilę się śmiał. My odpowiadaliśmy jak najprostszym angielskim i uśmiechem. W Alghero znaleźliśmy się parę minut po 17:00. I tak… bo to była podróż za jeden uśmiech. To właśnie są momenty, których nie da się zaplanować. Nie luksusowe hotele i taksówki. Nie modne restauracje. Tylko przypadkowe spotkania i poczucie, że przez chwilę uczestniczy się w zwyczajnym życiu miejsca, do którego się przyjechało. Jeśli macie choć odrobinę cierpliwości, otwartości i dystansu do planowania co do minuty, możecie zobaczyć Sardynię, której większość turystów nigdy nie pozna.
Jak już wiecie, wylądowaliśmyna Sardynii w Niedzielę Palmową. Kiedy tylko zameldowaliśmy się w hotelu, czym prędzej ruszyliśmy w stronę historycznego centrum Alghero. Godzina 11:30, a wydaje się, że miasto dopiero budzi się do życia. Już od pierwszych kroków widać, że Alghero jeszcze nie tętni pełnią sezonu, który tutaj rusza z dniem 1 kwietnia, a więc dosłownie za kilka dni.
Piękna promenada biegnąca wzdłuż ulicy Lungomare Barcelona
i przytulona do niej plaża Spiaggia del Lido di Alghero - zalegają tutaj niezliczone ilości wyrzuconych przez morze alg i traw morskich. Widać, że rozpoczęto już prace porządkowe - gdzieniegdzie stoją nawet koparki oczyszczające plażę.
Może nie takich widoków oczekiwaliśmy, ale na szczęście ta pusta aleja palmowa pozwala wybaczyć Alghero pierwszy grzech.
Sardynia jest doskonałym miejscem dla rowerzystów i choć nie ma tu zbyt wielu ścieżek rowerowych, malownicze trasy, zróżnicowany teren - od gór po wybrzeże oraz łagodny klimat, szczególnie wiosną i jesienią sprawiają, że wyspa jest prawdziwym rajem zarówno dla kolarzy szosowych, jak i miłośników MTB czy trekkingu.
Także dzielnica portowa nie wykazuje jeszcze żadnego ruchu turystycznego, punkty sprzedaży rejsów i wycieczek są jeszcze zamknięte,
a sam port wypełniają zacumowane jachty i kutry rybackie.
Z daleka widzimy już mury starego miasta. Alghero nazywane jest „małą Barceloną” ze względu na swoje katalońskie korzenie. Właśnie miejskie fortyfikacje, które powstały już w XIII wieku, są jedną z najważniejszych pamiątek po panowaniu Katalończyków i Aragończyków. Do dziś w mieście słychać wpływy katalońskie - częśćby w formie języka, jakim posługuje się większość mieszkańców Alghero - to dialekt kataloński tzw. "alguerès".
Także tutejsze tradycje i rytuały są syntezą wpływów włoskich i katalońskich, co widać choćby w obrzędach Wielkiego Tygodnia, które rozpoczynają się tutaj już od piątku poprzedzającego Niedzielę Palmową.
Obrzędy "Setmana Santa", czyli Wielkiego Tygodnia w Alghero sięgają końca XVI wieku, a sercem każdej uroczystości jest figura Chrystusa Miłosiernego dźwigającego krzyż.
Nad porządkiem uroczystości wielkanocnych czuwa bractwo Misericordia. Podczas procesji i misteriów dostrzec można liczne ubrane w białe długie szatu postacie, których twarze zakrywają wysokie szpiczaste kaptury, z wyciętymi otworami na oczy. Na przestrzeni wieków święto to zyskało silne znaczenie wśród ludności i stało się jednocześnie popularną atrakcją turystyczną - już na lotnisku pełno było plakatów i ulotek z kalendarium obchodów. Niestety nie zdążyliśmy na poświęcenie palm, które miało miejsce w kościele San Francesco o godz.10:00. Jednak podczas spaceru, napotkaliśmy rodziny wracające z nabożeństwa. Palmy, które dzierżyli w dłoniach nijak nie przypominały polskich palm wielkanocnych.
Te z Alghero mają bardzo śródziemnomorski charakter i najczęściej są to misternie plecione liście palmowe: białe lub jasnozielone. Wcześniej chroni się je przed słońcem, aby zachowały jasny kolor, a jedna z takich palm zagościła przy naszym rodzinnym wielkanocnym stole.
Pełno jest miejsc, gdzie kobiety wyplatają palmy, tworząc z palmowych liści dekoracyjne formy: warkocze, spirale, krzyże, rozety, czy przypominające koronki ornamenty. Często dołącza się do nich także gałązki oliwne, które na Sardynii są równie ważnym symbolem pokoju i błogosławieństwa. Miejscowi dodają ponadto do palm gałązki roślin z własnych ogrodów.
Drugą rzeczą, jaką dostrzegamy na ulicach Alghero są charkterystyczne latarnie miejskie. Okazuje się, że podczas Wielkiego Tygodnia latarnie uliczne w Centro Storico przykrywane są czerwonymi draperiami tzw. „drappi rossi”, na znak uroczystego rozpoczęcia Wielkiego Tygodnia. Podobnie - czerwone lampiony i świece niesione podczas procesji noszą nazwę „farols”.Jedna z takich procesji Sos Misterios - „Procesja Tajemnic” odbyła się w wieczór poprzedzający nasz powrót do Polski - w Wielki Wtorek.
Z kolei w Niedzielę Wielkanocną wyjątkową tradycją jest spotkanie Zmartwychwstałego Chrystusa z Matką Boską. Symboliczne spotkanie figur odbywa się na placu przy udziale tłumów wiernych i stanowi radosne zakończenie okresu żałoby i refleksji. To tyle tytułem wielkanocnych zwyczajów. Resztę postu stanowić będzie krótka relacja fotograficzna ze spaceru wokół murów obronnych.
Torre di Porta Terra- wieża starego wejścia do miasta z tablicą
upamiętniającą poległych w II wojnie
światowej. Wieżę zbudowano w XIV
wieku, jako część murów obronnych miasta
Alghero i jest to jedyna pozostałość murów miejskich od strony lądu, które
zostały całkowicie zburzone po 1867 roku. We wnętrzu znajduje się stoisko z literaturą.
Torre di San Giovanni - Wieża San Giovanni, zbudowana z piaskowca w XVI wieku, jest znanym przykładem stylu katalońsko-aragońskiego. Wieża obronna znana również jako „Torre di Mezzo”, była jedną z najważniejszych fortyfikacji Alghero. Podczas II wojny światowej często służyła jako schron przeciwbombowy. Dziś służy jako miejsce wystaw i gier wirtualnych.
Można ją obejść dookoła, a idąc dalej wzdłuż Largo San Francesco trafiamy na miejscowe targi rękodzieła.
Kiedy zaglądamy w jedno z podwórek ukazuje nam się wizytówka Alghero - kopuła kościoła św. Michała Archanioła.
Chiesa di San Michele jest jednym z głównych miejsc kultu patrona Alghero, a jego słynna kolorowa ośmiokątna kopuła z latarnią jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Początki budynku sięgają XIV wieku, ale jego obecny wygląd pochodzi z 1661 roku. W pobliżu znajduje się także Museo Archeologico della Citta di Alghero, powszechnie nazywane MUSA. W zbiorach muzeum znajdują się znaleziska świadczące o istnieniu pierwszych osad ludzkich na tym terenie, od neolitu aż do średniowiecza.
My idziemy jednak w stronę kolejnej wieży.
Torre dell'Espero Rejal - Wieża Sperone wzięła swoją nazwę od znajdującego się w pobliżu skalnego ostrogu, który był częścią sieci miejskich fortyfikacji. Położenie tej wieży i jej solidna konstrukcja - mury mają 6 metrów szerokości - podkreślają jej strategiczne znaczenie. Wieża nosi imię rewolucjonisty Vincenzo Sulisa, urodzonego w Cagliari, który spędził w niej dwadzieścia dwa lata swojego życia.
Dla nas, coś co ją wyróżnia na tle poprzednich, to fakt, że po schodach można zejść na skały nad morzem, co naturalnie robimy.
Wrażenie niesamowite, bo łatwo być zalanym przez fale.
Przepięknie, choć efekt psuje traktowanie tego miejsca jako publiczny szalet. No i czar prysł!
Po schodach wracamy na górę, bo i tak brzegiem morze nie da się przejść "suchą stopą".
Warto do każdej z tych wież wejść do środka, o ile są otwarte, a wstęp jest zazwyczaj bezpłatny. We wnętrzu wieży Sperone mogliśmy zobaczyć wystawę wystawę przedstawiającą historię transportu autobusowego w Alghero.
Przez stulecia Alghero było jednym z najlepiej ufortyfikowanych miast Sardynii, a idąc wzdłuż murów możemy natknąć się na prezentowane tam armaty i katapulty.
I kolejna wieża Torre di San Giacomo - wieża św. Jakuba z niepowtarzalnym ośmiokątnym kształtem. Ta jednak jest zamknięta - szkoda też, że nie można było wejść na szczyt którejkolwiek z wież.
W tym miejscu warto odpocząć, niestety pobliskie knajpki mają akurat sjestę.
Wędrujemy nadal wzdłuż murów, a architektura zmienia się na bardziej kolorową.
Catapulta delle Muralla de'll Hospital
Jeszcze tylko kilka machin oblężniczych,
A w oddali widać malowniczy przylądek Capo Caccia, na który mamy zamiar wybrać się następnego poranka.
Torre della Polveriera - jeszcze nie ostatnia wieża...
Jest też zejście do morza i droga prowadząca na falochron.
Mamy już troszkę dość patrzenia na fortyfikacje i wtedy postanawiamy zajrzeć w jedną z bocznych uliczek.
Chyba było warto...
bo oto starożytna ściana Piazza della Juharia. Plac ten od 1350 roku (za panowania Aragońskiego) był siedzibą dzielnicy żydowskiej, aż do 1492 roku (kiedy Izabela Kastylijska wydała dekret o ich wypędzeniu).
Jak mogłam zapomnieć: kiedy wychodzimy ponownie na mury w samym narożniku trafiamy na jeszcze jedną, co prawda małą, ale nie wymienioną przeze mnie wcześniej wieżę Torre de la Llanterna
I w końcu w oddali widzimy wieżę na którą da się wdrapać - w dodatku z jakąś statuą na szczycie.
To wieża Torre di Sant'Elmo - Wieża Świętego Elma, a to jego pomnik.
Szkoda, że postać odwrócona jest tyłem, a to dlatego, że św. Elmo zwraca się w stronę morza aby chronić miasto przed najazdami wrogów, a zwłaszcza piratów.
W końcu około godziny 13:00 robimy sobie zasłużoną przerwę na obiad.
Trafiamy do Regina Margherita (Vicolo Buragna 4), gdzie w dość krótkim czasie otrzymujemy zamówienie.
Smaczna, prosta kuchnia włoska, w dodatku w przystępnych cenach, jak na serce Centro Strorico.
Siadamy na zewnętrznym ogródku i w blasku słońca pochłaniamy: Radek - Gnocchi Sorrento (10 EUR),
a ja Spaghetti Aglio e Olio e Pepperoncino (7 EUR).
Obydwa dania bardzo smaczne i świetnie doprawione, a ich ceny zmieniają się nie tylko w zależności od sezonu, ale także od pory dnia. Co ciekawe, kiedy kolejnego wieczoru wróciliśmy tu na kolację i usiedliśmy wewnątrz lokalu, ceny dań były już o ok. 1-2 EUR wyższe.
Ponadto Il copperto czyli obsługa serwisowa to koszt 2,5 EUR za osobę. Napoje Ichnusa Radler 0% 4,00 EUR i Ichnusa Non filtrata 4,50 EUR. Pizze w cenie ok. 10 EUR. Miejsce to otrzymuje od nas najwyższe noty: bardzo smacznie, miło i w ekspresowym tempie.
Po przerwie na posiłek spacerujemy jeszcze po wąskich uliczkach sardyńskiej Barcelonetty
- bo tak także jest nazywana starówka w Alghero.
Na koniec zaglądamy jeszcze do wnętrza Katedry Santa Maria -
Cattedrale di Santa Maria Immacolata.
I najważniejsze na koniec: Alghero to stolica Riwiery Koralowej, słynąca z wydobycia czerwonego korala. Koral nie jest minerałem wydobywanym z ziemi, lecz obumarłym szkieletem wapiennym morskich organizmów - polipów koralowych. Niestety nadmierna eksploatacja tego surowca zmusiła władze miasta do wprowadzenia ograniczeń w jego wydobyciu: koral można wydobywać jedynie od maja do października i to na głębokości nie mniejszej niż 80 metrów, zaś roczna liczba pozwoleń nie może przekraczać 25. Nie tylko Muzeum Korala (w Willi Constantino przy via XX Settembre 8), ale także wiele witryn sklepów prezentuje kunsztowną sztukę zdobniczą z wykorzystaniem tego klejnotu, także sztukę użytkową.
A o ceny takich wyrobów, lepiej nie pytajcie...
Troszkę nam zajęło to zwiedzanie miasta i sama nie wiem, co było ciekawsze - eksploracja kolejnych, jakże podobnych do siebie wież obronnych, sklepiki z pamiątkami "made in China", czy widok wzburzonego morza. W dodatku turkusowa woda i niewielkie łodzie kołyszące się w porcie dawały uczucie niesamowitego spokoju i wręcz zapraszały na sjestę w hotelowym pokoju. I chyba właśnie za to podziwialiśmy Alghero - za ten nieśpieszny rytm, w którym nawet zwykły spacer po murach starego miasta zamienia się w małe wakacyjne celebrowanie chwili.