wtorek, 23 czerwca 2020

Weekend w Gorcach

Wstrętny COVID-19 zawirusował wszystkich nas na długie tygodnie, zmieniając całkowicie nasze dotychczasowe wyprawowe plany. I właśnie, kiedy pojawiła się pierwsza możliwość podróżowania w celach turystycznych i otwarto hotele Radek wpadł na pomysł krótkiego wypadu w góry. Pojedziemy w piętek po pracy, w sobotę wejdziemy sobie na Turbacz, a w niedzielę wbiegniemy sobie na Turbacz. Dla mnie - biegacza asfaltowego, stawiającego właściwie pierwsze kroki w bieganiu po górach zabrzmiało to zachęcająco. Spróbujesz sobie swoich sił - zatem sobie spróbuję i to z wielką ochotą. 
A taki widok na Tatry niech będzie dla Was zachętą do dalszej lektury.
W Gorce wybraliśmy się na weekend 22-24 maja 2020 roku. Hotele zostały udostępnione ponownie dla turystów z dniem 6 maja 2020 roku, nie było więc żadnego problemu ze znalezieniem miejsca noclegowego.
Agroturystyka u Czepiela pod  adresem: Ustrzyk 368 w Ochotnicy Górnej oferuje 40 miejsc noclegowych, a dziś zajętych jest raptem 5. Mamy więc komfortowe warunki, a i wszelkie obostrzenia sanitarne są zachowane.
W ofercie noclegowej mamy zawarte także śniadania, tak więc na wędrówkę ruszamy tuż po nim - o godzinie 9:15. Jak wiecie w planach na sobotę jest wejście na Turbacz. Szlak od strony Ochotnicy Górnej startuje z Przełęczy Knurowskiej, do której gospodyni zaleca nam podjechać autem. To 6,3 km deptania asfaltu. 
Nie dla nas jakieś tam podjazdki autem - oczywiście spod kwatery ruszamy na nogach. Dzień zapowiada się słoneczny i na Przełęczy jesteśmy po 40 minutach żwawego marszu.
Cytując Wikipedię: Przełęcz Knurowska - szeroka przełęcz w Gorcach, oddzielająca rozróg Turbacza od Pasma Lubania przebiega przez nią asfaltowa, kręta droga powiatowa nr 25404, prowadząca z Harklowej przez Ochotnicę Górną i Ochotnicę Dolną do Tylmanowej. 
Początkowo czerwony szlak prowadzi nas wygodną leśną ścieżką, by po chwili znaleźć się na polanie z uroczym widokiem na Tatry.
Aplikacja Polskie Góry z której czasem lubię skorzystać troszkę nas oszukuje - niemniej jednak widok na Tatry jest piękny.
Tak jak my budzimy się z koronawirusowego letargu, tak i przyroda budzi się do życia z zimowego snu.
Tu kwitnące krokusy już bez  śniegu, lecz nieco wyżej natrafiam na takie, które skąpane są w pozostałościach białego puchu.
Po drodze mijamy symboliczną kapliczkę upamiętniającą proboszcza parafii w Piwnicznej Zdroju.
Z łatwością można dostrzec wody Zalewu Czorsztyńskiego.
Po drodze mijamy Polanę Zielenica i to właściwie dopiero tutaj napotykamy pierwszych turystów. To doskonały punkt obserwacyjny, z którego można dostrzec Lubań.
Aż do skrzyżowania szlaków na Hali Młyńskiej, gdzie jesteśmy ok. 11:30 spotykamy dosłownie dwie grupki osób.

W takiej scenerii łatwo poczuć się Śpiącą Królewną :)
Hala Długa - jest dowodem na to że nie ma żadnej ściemy - zero turystów, choć w drodze powrotnej tak kolorowo to już nie wygląda. 
Już dali widać cel naszej dzisiejszej wycieczki 
- schronisko na Turbaczu, znajdujące się na wysokości 1283 m. n.p.m. nieco poniżej samego szczytu Turbacz.
Dopiero na samym Turbaczu i w okolicach schroniska ruch turystyczny się zagęszcza, a mijają nas wracający z Turbacza rowerzyści, a nawet biegacze. Ponieważ turystów jest tutaj już zdecydowanie więcej postanawiamy od razu wejść na szczyt. To odległość 5 minutowego spaceru wąską ścieżką od schroniska.
Turbacz - najwyższy szczyt Gorców zaliczający się do Korony Gór Polskich zdobywamy o 12:15.
I tu już nie możemy powiedzieć o braku turystów.
W zasadzie od samego wejścia do schroniska jest dużo piechurów. Na terenie schroniska oficjalnie obowiązuje nakaz zakrywania nosa i ust, natomiast prawda jest  taka, że o ile podchodząc do okienka każdy stosuje się do zasad, o tyle już przy zewnętrznych ławach i stolikach buffy przegrywają koronawalkę z zimnym piwem. No bo jakże cokolwiek spożyć mając na twarzy maseczkę. 
My i tak wybieramy wnętrze schroniska. Tu jest spokojniej. Stoły są na bieżąco dezynfekowane, a i widok daje większe poczucie spokoju. Z przyjemnością korzystamy z usług gastronomicznych schroniska. 
W drodze powrotnej wstępujemy do nieczynnej Bacówki Gorczańskiego Parku Narodowego. A tu niespodzianka - tuż przed bacówką na rekonesans zatrzymali się policjanci. Z tego miejsca patrolują okolicę - czyżby sprawdzali, jak turyści stosują się do nakazów?
Wracamy na szlak - jednak na Hali Młyńskiej decydujemy o skorzystaniu z zielonej ścieżki dydaktycznej prowadzącej na Polanę Jaworzyna Kamienicka. Zaprowadzi nas ona przez Forendówki prosto do Ochotnicy Górnej. Ścieżka jest nawet w miarę oznaczona - nie spodziewajcie się jednak żadnych tablic edukacyjnych, ot co jedynie pomalowane na drzewach symbole ścieżki. 
Tatry powoli zasłaniają chmury i kto wie, czy za chwilę nie zacznie padać.
Pogoda jest jednak dla nas łaskawa i tu podoba nam się najbardziej.
To co nas zauroczyło to zupełny spokój na szlaku - z dala od zgiełku i jakichkolwiek ludzi. 
Przez całą drogę do wsi nie spotkaliśmy nikogo. Na kwaterę dobiliśmy dość wcześnie - jeszcze przed 16:00. Dogadujemy się więc z gospodynią na wcześniejszą obiadokolację. Po smacznym obiadku i rekonesansie podjeżdżamy autem na przysiółek Jamne. Zostawiamy samochód we wsi i w ramach wieczornego spaceru żółtym szlakiem podchodzimy do 
Gorczańskiej Chaty GoCha. 
Warto tu zajrzeć - choć dziś schronisko jest dostępne tylko dla nocujących w nim turystów. 
To studenckie schronisko i jego otoczenie jest niesamowicie klimatyczne, na pewno jednak wymaga dofinansowania i remontu. 
Spacer do schroniska był zwieńczeniem naszego dzisiejszego dnia, a jeśli tylko pogoda nie spłata nam figla, to na kolejny dzień mamy sprecyzowane całkiem ambitne plany... 

wtorek, 17 marca 2020

Weekend w Roztoce

W nowy rok wkroczyłam z doskonałymi pomysłami, a realizacja jednego z nich odbyła się właśnie w Tatrach w ostatni weekend stycznia 2020 roku. Przystając na propozycję spędzenia w środku zimy weekendu w tatrzańskim schronisku, nie planowałam nic spektakularnego. Ot, co... wezmę książkę i zatopię się w lekturze - wszak nigdy w życiu nie chodziłam po górach zimą, w rakach, czy z czekanem. Poza tym ten mój wstrętny lęk wysokości, czy przestrzeni obezwładniały mnie na tyle, że największą przygodą miała być wędrówka z całym majdanem na plecach z parkingu w Palenicy Białczańskiej do schroniska Roztoka, ewentualnie jakiś spacer - najdalej nad Morskie Oko. Pozostali uczestnicy wyjazdu: Radek i Arek z Iwonką, oczywiście wyposażeni w odpowiedni sprzęt (w tym obowiązkowe ABC lawinowe) mieli w planach zimowe wędrówki po Tatrach. Drobnymi kroczkami postanowiłam i ja zmierzyć się ze swoimi słabościami, i tak - nie mówiąc nic nikomu - zapisałam się na zajęcia na ściance wspinaczkowej. Początkowo sama, następnie korzystając z profesjonalnego szkolenia. 
O moją kondycję fizyczną nie musiałam się martwić, blokada była jedna: jak puścić się chwytów i zjechać na dół z wysokiej ściany. Przyznam szczerze, że będąc na ściance pierwszy raz, bez zahamowania wspięłam się do samego szczytu, jeśli zaś chodzi o zjazd - to wolałam zejść kroczek po kroczku. Automatyczna asekuracja zwiększała poczucie mojego bezpieczeństwa i z sesji na sesję, było coraz lepiej. Mój błąd polegał chyba na tym, że chciałam od razu zjechać z samej góry, zamiast - tak jak potem zalecił instruktor - z połowy wysokości ścianki. 
Na ścianie boulderowej wszelkie blokady znikły - a tam asekuracji liną przecież nie było. Zaledwie kilka treningów utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma mowy o lęku wysokości - bo wspinasz się w dużej mierze mózgiem i jeśli nakarmisz go swoimi lękami, zawsze będziesz bać się wysokości, czy przestrzeni. Kiedy w końcu wyzbyłam się strachu przed wysokością, wiedziałam już że szkoda nie odrobić lekcji podczas pobytu w schronisku Roztoka. I tak oto zapisałam się na szkolenie ABC zimowej turystyki górskiej w schronisku Roztoka, w którym dawno mieliśmy zarezerwowane noclegi. Reszta ekipy takie szkolenie miała dawno za sobą. Ja musiałam zdobyć umiejętność zimowego wspinania się, aby zrealizować kolejny punkt mojego planu na rok 2020. 
 
Schronisko Roztoka, w którym zamieszkaliśmy przez trzy kolejne edycje konkursu organizowanego na łamach czasopisma górskiego "n.p.m." w 2015, 2017 i 2019 roku zostało utytułowane najlepszym schroniskiem górskim. Mieliśmy już okazję nocować tu we wrześniu 2012 roku, także z przyjemnością i tym razem, korzystamy z gościnności gospodarzy Roztoki.
Z parkingu w Palenicy Białczańskiej (wys. 990 m n.p.m.) wyruszamy w piątek o godzinie 11:00, by po pół godzinie znaleźć się najpierw przy Wodogrzmotach Mickiewicza (wys. 1099 m npm.). Za wstęp na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego należy uiścić opłatę. Zakup biletów możliwy jest także przez internet. Musicie wiedzieć, że Adam Mickiewicz nigdy przy wodospadzie nie był, a nadana w 1891 roku nazwa jedynie upamiętnia sprowadzenie prochów wieszcza na Wawel.
Skręcając spod Wodogrzmotów Mickiewicza w prawo pod górę zielony szlak prowadzi do Doliny Pięciu Stawów, my zaś skręcamy w lewo - do schroniska Roztoka (1031 m n.p.m.). Na dzień dobry, w schronisku posilamy się pysznym żurkiem, dostajemy klucze do pokoi i dochodzimy do wniosku, że mamy całkiem sporo czasu na wycieczkę. Moje szkolenie zacznie się dopiero około 18:00, więc zdążymy do tego czasu wrócić do schroniska. Przyznam, że to był bardzo dobry pomysł, bo to właśnie podczas powrotu z Morskiego Oka, po raz pierwszy w życiu wędrowałam w rakach. Przyzwyczajona do codziennego chodzenia na obcasach, nie czułam żadnego dyskomfortu. 
Żebyście wiedzieli, jak ja żałowałam, że nie założyłam raków idąc z Roztoki do Moka. Szczególnie czteroetapowe leśne ścieżki biegnące od okolic leśniczówki Wanta były tak oblodzone, że jedynie raki dawały gwarancję ich bezpiecznego przejścia. Oczywiście można było iść asfaltową drogą - nie korzystając ze skrótów, ale tam także nie obyłoby się bez poślizgu.
Dwudniowe szkolenie ABC zimowej turystyki górskiej organizowane przez Bazę Roztoka odbywa się praktycznie w każdy weekend poczynając od końca grudnia do końca marca. Piątkowy wieczór poświęcony był na część teoretyczną, sobota zaś na praktyczne zajęcia w terenie. W cenie szkolenia zawarte są ponadto dwa noclegi, dwie obiadokolacje (zupa i drugie danie wg własnego wyboru z menu) i dwa śniadania (zestawy śniadaniowe), łącznie z napojami, prowiant na sobotę (kanapki, baton, woda), ale także wypożyczenie niezbędnego sprzętu (raki, czekan, kaski, ABC lawinowe). Tradycyjny ukłon w stronę schroniskowej kuchni - posiłki obfite, smaczne, ciepłe pieczywo, no nic dodać, nic ująć. Ceny też nie są nadto wygórowane. Schronisko Roztoka to szczególna kategoria w rankingu schronisk - takie tatrzańskie all inclusive. Ciepło, smacznie i nadzwyczaj miło. 
Wieczorny piątkowy wykład prowadzony przez kierownika bazy Andrzeja Chrobaka poświęcony był bezpieczeństwu w górach. Szkolenie obejmowało takie tematy, jak: niezbędne wyposażenie turysty, warunki pogodowe w górach, warunki sprzyjające powstawaniu lawin, planowanie zimowych wyjść w góry, zachowanie w terenie zagrożonym lawiną, zachowanie w lawinie, czy pierwsza pomoc ofiarom lawiny. Wiedza teoretyczna przekazana była w bardzo interesującej formie, a slajdy przeplatane historiami z akcji ratowniczych dawały nam coraz większą świadomość niebezpieczeństw czyhających na nieodpowiedzialnych turystów. 
Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę, a pierwszy stopień zagrożenia lawinowego pozwolił nam wszystkim przeżyć wspaniałą tatrzańską przygodę. A co najważniejsze - świadome i bezpiecznie wędrowanie. Bo "clue" bezpiecznej turystyki górskiej tkwi właśnie w odpowiednim zaplanowaniu wyprawy.
Sobota rozpoczęła się o 7:00 śniadaniem w schronisku Roztoka, a następnie parę minut po 8:00 wspólnie wyruszyliśmy w stronę schroniska Morskie Oko (1410 m n.p.m.).
Tu czekał na nas Marcin Strączek-Helios, który krótką pogadanką wprowadził nas w praktyczną część szkolenia. Marcin jest przewodnikiem tatrzańskim klasy III, ratownikiem - ochotnikiem w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym, ale przede wszystkim pracownikiem Tatrzańskiego Parku Narodowego i wielkim pasjonatem przyrody.
Marcin przez wiele lat mieszkał w leśniczówce "Pod Wantą" znajdującej się w połowie drogi do Morskiego Oka, pełniąc funkcję Leśniczego w Obwodzie Ochronnym Morskie Oko. Dziś taką samą funkcję pełni w Obwodzie Ochronnym Kuźnice. O górach i przyrodzie mówi z taką pasją, a jednocześnie mimochodem widzi negatywne działania turystów np. natychmiast zareagował na zachowanie turysty rzucającego niepostrzeżenie niedopałek papierosa na staw. 
My mieliśmy okazję poznać Marcina na szklanym ekranie w telewizyjnej serii "Patrol Tatry". To program emitowany jesienią 2019 roku przez stację telewizyjną FOKUS.TV, opowiadający o pracy strażników gór, zarówno ratowników, jak i strażników TPN, czy gospodarzy schronisk górskich. Mam nadzieję, że doczekamy się kolejnej jego serii.
Górujący nad moją głową charakterystyczny szczyt Mnicha to obiekt westchnień niejednego wspinacza. To dość ambitne podejście wspinaczkowe, wymagające przewodnika i asekuracji liną, tym bardziej w warunkach zimowych. Takie usługi oferuje kierownik bazy Roztoka, przewodnik tatrzański I klasy i instruktor naszego szkolenia Andrzej Chrobak
Ćwiczenia praktyczne rozpoczęliśmy od założenia stuptutów i zainstalowania raków na butach. Tak przygotowani zeszliśmy na taflę lodową Morskiego Oka (1395 m n.p.m.) - to tędy bowiem prowadzi zimowy szlak. 
Stojąc na jeziorze u stóp masywu Mięguszowickich Szczytów, Marcin zapoznaje nas z topografią Tatr i wskazuje miejsca występowania lawin. Najciekawszym obiektem w tym rejonie jest żleb „Maszynka do mięsa”, opadający z Bańdziocha Mięguszowieckiego - nazwa ma uświadomić turystom, co dzieje się z człowiekiem, gdy właśnie tutaj ulegnie wypadkowi. W końcu dochodzimy do miejsca, z którego w górę odchodzi czerwony szlak w stronę Czarnego Stawu pod Rysami (1583 m n.p.m.), na którym spędzimy większą część dzisiejszego dnia. 
Dziaba za dziabą rozpoczynamy strome podejście nad Czarny Staw pod Rysami - to ok. 200 metrów przewyższenia aż do progu Czarnowstawiańskiego Kotła. 
 
Po drodze zatrzymujemy się w pobliżu ściany lodowej, gdzie Marcin dokładniej prezentuje działanie czekana. Sama wspinaczka lodowa to już temat na kolejne szkolenie.
My będziemy używać czekana nie tylko jako trzeciego punktu podparcia, ale także jako narzędzia hamowania podczas zjazdów - mniej lub bardziej kontrolowanych. 
 Dochodzimy do charakterystycznego krzyża, zainstalowanego tutaj w 1836 roku z inicjatywy starosty poronińskiego.
 Czarny Staw znajduje się w kotle polodowcowym u stóp Rysów i opadającej do niego Kazalnicy Mięguszowieckiej. Dziś tego nie widać, bo jezioro jest zamarznięte, natomiast latem woda ma ciemnoniebieski kolor, a zacienienie jeziora daje czarną barwę i stąd nazwa stawu. Jego głębokość ponad 76 metrów też jest imponująca, bo klasuje go jako drugie najgłębsze w Tatrach (po Wielkim Stawie w Dolinie Pięciu Stawów) i czwarte w Polsce.
 
Program szkolenia w terenie objął także obsługę lawinowego ABC. W jego skład wchodzi sonda, łopata i detektor. Nie wystarczy posiadać tego sprzętu w chwili zejścia lawiny, ale jeszcze wiedzieć, jak się nim posługiwać. 
Detektor lawinowy (my mieliśmy model Mammut Element Barryvox), podczas wspinania w terenie zagrożonym lawinami powinien być ustawiony w tryb nadawania. Gdyby kogokolwiek porwała lawina reszta turystów przestawia swoje urządzenia w tryb odbioru sygnału i w ten sposób szuka zasypanego zwracając uwagę na częstotliwość sygnały emitowane przez detektor. Zakup takiego urządzenia to kwota powyżej 1000 zł, natomiast śmiało można skorzystać z wypożyczalni. Wówczas całe lawinowe ABC to koszt ok. 50 zł na dobę plus kaucja 300 zł. Nasze ćwiczenia polegały na odszukaniu zakopanego detektora lawinowego ustawionego w tryb nadawania, najpierw za pomocą naszych detektorów ustawionych w tryb odbioru sygnału, a następnie za pomocą sondy. Bardzo przydatny opis postępowania po zejściu lawiny znajdziecie na stronie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Drugą metodą poszukiwania zasypanego jest posługiwanie się sondą lawinową - nie zawsze bowiem ofiara posiada detektor. Wówczas grupa ustawia się obok siebie w rzędzie i posuwając się do przodu krok po kroku, każdy swoją sondą próbuje zlokalizować ofiarę. Traf chciał, że w tym ćwiczeniu to akurat ja natrafiłam na zakopany detektor imitujący poszkodowanego. Kolejną część poświęcamy zjazdom. Trenujemy zjazdy na plecach, na brzuchu, przodem do kierunku zjazdu, ucząc się przy tym metod autoasekuracji czekanem. W międzyczasie sprawdzamy także nastromienie stoków - uczymy się procentowego określania nachylenia stoków za pomocą kijów trekkingowych.
Z Czarnego Stawu można wyruszyć między innymi na Rysy (co dziś było bardzo niebezpieczne - śniegu jest mało i skały są mocno oblodzone) lub Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.
Niestety za chwilę to miejsce stało się niemym świadkiem wypadku, do jakiego doszło w sobotę 26 stycznia 2020 roku około godziny 14:00, niemal na naszych oczach. Przebywając nad Czarnym Stawem jako pierwsza zauważyłam osobę zsuwającą się z Buli pod Rysami. Marcin szybko stwierdził, że zjeżdża jakoś tak bezwładnie. Nie minęły 2 minuty, kiedy to usłyszeliśmy hałas zbliżającego się śmigłowca.
Zginęła turystka - młoda dziewczyna, jak się później okazało działaczka partii Razem - Katarzyna Macioszek, która spadła z dużej wysokości i zmarła w wyniku poniesionych obrażeń. Choć była w pełni wyposażona, jednak podczas upadku pogubiła sprzęt. Cześć Jej pamięci ...

Zejście do Morskiego Oka to kolejne - ostatnie już dziś ćwiczenia, polegające na zejściu z czekanem przodem do stoku. Mimo iż tak się wcześniej obawiałam stromego zejścia i tak o wiele wygodniej było mi schodzić tradycyjnie, podpierając się czekanem. 
Moje szkolenie zakończyło się zejściem do schroniska nad Morskim Okiem około godziny 17:00. Wróciłam bardzo szczęśliwa i pełna zapału do dalszych wędrówek, bo przeżyłam najwspanialszą przygodę w moim dotychczasowym życiu. A co najważniejsze, wszystkie moje lęki poszły precz. W MOKu już czekali na mnie Radek, Iwonka i Arek i w komplecie wróciliśmy do Roztoki na zasłużonego grzańca.
Niedziela była już czasem na naszą wspólną wycieczkę. To dla mnie i moich kolan będzie prawdziwy egzamin. Utrzymać tempo i nie zostawać w tyle za grupą. Zaplanowaliśmy rekreacyjne wejście na Gęsią Szyję, natomiast zima jest dodatkowym utrudnieniem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Wyruszamy ze schroniska do asfaltowej drogi prowadzącej do Palenicy Białczańskiej (982 m. npm). Droga jest dość oblodzona, ale widoczne są już fragmenty asfaltu - wszak ostatni śnieg w Tatrach spadł przed Sylwestrem. Oczywiście nie przeszkadza to niedzielnym turystom, którzy nawet ciągnąc za sobą walizki (sic!) podążają w stronę Morskiego Oka. Dziś już mnie nic nie zaskoczy - tak przynajmniej myślę. Tuż przed bramkami wejściowymi do Tatrzańskiego Parku Narodowego skręcamy w lewo, bo właśnie
 stąd prowadzi godzinny szlak na Rusinową Polanę.
Szlak niebieski w dużej części biegnie przez zacieniony las, a kije i raki są nam niezbędne, bo chwilami ścieżka jest naprawdę bardzo stroma i śliska.  
 Słonko nieźle grzeje, tak więc idziemy dość lekko ubrani.
 Kiedy znajdujemy się na Rusinowej Polanie (1210 m n.p.m.) świeci słońce, a widoki na Tatry są przepiękne.
Bacówka TPN na Rusinowej Polanie. 
Warto wspomnieć, że to właśnie tutaj możecie spotkać wielu niedzielnych turystów, którzy szukają chwili wytchnienia od zgiełku miasta. Wycieczkę tutaj polecam zdecydowanie bardziej niż do Morskiego Oka - może nie jest zbyt wysoko, ale dla początkujących może być okazją do podziwiania panoramy Tatr i odpoczynku. Co krok znajdziemy tutaj stoły i ławki do piknikowania. Już sobie wyobrażam, co dzieje się tutaj latem.  

Pewnie dlatego, że do Rusinowej Polany można dostać się także z parkingu na Zazadniej, obuwie używane przez napotkanych tutaj turystów zadziwia. Panie zamiast raków odziane są w buty na wysokim obcasie, lisie futra i torebki z najwyższej półki. Część osób ma na sobie raczki. Tylko nieliczni ruszają dalej - często emeryci z torebkami w dłoniach wybierają się w dalszą drogę na Wiktorówki. Do miejsca kultu maryjnego prowadzą schody - dziś nadzwyczaj oblodzone. Nic jednak nie stanie na przeszkodzie i podążając od drzewa do drzewa kurczowo trzymając się pni zmierzają do kaplicy.
Na ww. stronie znajduje się informacja o odprawianych mszach świętych nie tylko w kaplicy, ale i w pobliskich schroniskach.
Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr jest także plenerową izbą pamięci o Tych, którzy w górach zginęli. Pamiątkowe tablice możecie obejrzeć na stronie internetowej, gdzie przeczytacie także o historii tego miejsca. 
Z Wiktorówek ponownie wracamy na Rusinową Polanę, skąd wchodzić będziemy na szczyt Gęsia Szyja (1489 m n.p.m.).
 Mimo, że Gęsia Szyja nie jest wysoka to szlak z Rusinowej Polany daje się we znaki.
 
Ponad 250 metrów przewyższenia na dystansie niespełna kilometra daje w kość.
 
Widok, który zastajemy na szczycie to kwintesencja tej wędrówki.
 
Otaczająca nas panorama Tatr Wysokich zapiera dech w piersiach.
 
My i skałki szczytowe na Gęsiej Szyi.
Uwaga: stoję, patrzę w dół, rozglądam się dookoła i nawet jest mi do śmiechu!!! Lata temu zrobienie takiego zdjęcia na tarasach widokowych Sokolicy było po prostu dla mnie niemożliwe.
Zejście z Gęsiej Szyi to już dla mnie gratka. Tym razem idę pierwsza, na zejściach bowiem mogę być przodownikiem. Powrót z Gęsiej Szyi kontynuujemy zielonym szlakiem, przez Waksmundzką Rówień (1407 m n.p.m.), gdzie przerzucamy się na czerwony szlak wyprowadzający nas na asfaltową drogę tuż przed Wodogrzmotami Mickiewicza. Mamy to! Udało się! Może to nic wielkiego, ale dla mnie to wielki krok w przyszłość. Przede mną spore wyzwania, a to był jedynie taki mały egzamin.
Ten post niech  będzie dla Was drogowskazem i zachętą do pokonywania własnych uprzedzeń i lęków. Z kolei z mojej strony jest to laurka wystawiona Tym, którzy na co dzień nie szczędzą mi ciepłych słów i wierzą we mnie, w każdy mój krok dodając motywacji. 
Bo każdy w życiu ma taki team, a ja? 
Byłam Wam po prostu winna ten post :)

Printfriendly