poniedziałek, 2 listopada 2026

Camino Ingles - etap 4: Betanzos-Ordes

Dzień czwarty wędrówki

A nad moją głową powoli powstaje aureola...Przypadek? Nie sądzę :)
Bo dziś cudów będzie więcej...

8 sierpnia 2026 r - sobota

Etap 4: Betanzos-Ordes
Dystans: 31,52 km
Start: 7:00
Meta: 17:00
Czas marszu: około 10 godz z przerwami
Przerwa na posiłek: 12,5 km, 22 km, 25 km
Nocleg: Casa de Ardemil (Rua Cruz 18, O Castro, Ardemil/Ordes)


Kiedy startujemy z Betanzos miasto jeszcze śpi. Dziś przed nami długi odcinek, stąd decyzja o tak wczesnym wyjściu. 
Do katedry w Santiago de Compostella dzieli nas ok. 60 km, a drogę wskazuje nam taki oto pielgrzym.
Teren jest pagórkowaty, stąd statystyki całego dnia pokazują wartości:
          • całkowity wznios 843 m,
          • spadek 509 m,
          • minimalna wysokość 16 m,
          • maksymalna wysokość 469 m
Dziś też nie możemy narzekać na brak towarzystwa na szlaku. Z każdym dniem pielgrzymów na Camino jest coraz więcej.
 

 
Fauna i flora Galicji: irys, kiwi, figi, eukaliptus

Tak wyglądają mijane przez nas lasy, w większości są to lasy eukaliptusowe. Pierwsze eukaliptusy sprowadzono na te tereny z Australii w połowie XIX wieku. 
Galicyjczycy pokochali ten gatunek, ze względu na szybki wzrost (ok.10 lat) i możliwość sprzedaży. Niestety jednak często drzewa te są przyczyną pożarów, w dodatku są bardzo ekspansywne, zagrażając wzrostowi innych roślin.

Ok godz. 8:50 mijamy wiejski galicyjski kościół z przyległym cmentarzem (Igrexa de Santo Estevo de Cos) w gminie Abegondo
Po ok. godzinie drogi zasłużony przystanek śniadaniowy. Meson-Museo Xente No Camino to restauracja, w której gromadzi się sporo pielgrzymów, choć ceny są znacznie wyższe, niż w barach mijanych w poprzednich dniach: tortilla 4 EUR, sok wyciskany z pomarańczy 3 EUR). Coraz bliżej do Santiago ...
Za ok. godzinę jesteśmy w Leiro. Parroquia de Santa Eulalia Leiro tuż nad wejściem posiada dzwon, którego dźwięk rozniósł się na całą okolicę. To za sprawą jednej pątniczki, która poirytowana kolejnymi zamkniętymi wrotami świątyni, postanowiła tradycyjnie zadzwonić... Zapewniam, nie byłam to ja :)
Nieco dalej ciekawostka - hodowla nutrii - obecnie opuszczona, a po fermie pozostał jedynie wątpliwej jakości zapach.
Podczas dalszej dzisiejszej wędrówki zaskakuje nas szczególne miejsce z pieczątką.
Otóż, w środku lasu można za 2 EUR nabyć krzyż św. Jakuba (hiszp. Cruz de Santiago) wykonany przez miejscowego rzemieślnika. Kształtem przypomina on miecz lub sztylet z ostrym zakończeniem u dołu, a jego rękojeść i ramiona kończą się motywem lilii; miecz nawiązuje do męczeńskiej śmierci św. Jakuba Większego (Starszego), który zginął przez ścięcie głowy mieczem z rozkazu Heroda Agryppy I. W średniowieczu krzyż ten stał się symbolem Zakonu św. Jakuba z Composteli, którego rycerze chronili pielgrzymów wędrujących do grobu apostoła. 
Dziś wiemy, że miejsc w których możemy się zatrzymać na posiłek będzie niewiele. Szczegółowe instrukcje otrzymaliśmy bowiem kilka dni temu od właściciela zarezerwowanej przeze mnie kwatery. Tym razem rezerwacji dokonałam bezpośrednio, kontaktując się z Casa de Ardemil przez Whatsapp. Ponieważ w Bruma spotykają się obie drogi: nasza z Ferrol i ta krótsza, prowadząca z A Coruna - jest  tu problem z noclegami. Mimo iż do wyjazdu na Camino dzieliło nas ponad 3 miesiące, zarówno kościelna, jak i prywatna alberga w Brumie zostały zajęte, a nam pozostały jedynie kontakty polecone przez innych pielgrzymów. Jedna casa zajęta, kolejna również, ale na szczęście właściciel poleca mi kwaterę z sąsiedztwa - właśnie Casa de Ardemil. Gospodarz to prawdziwy anioł stróż szlaku - już kilka dni wcześniej służył mi radą i pomocą. Ostrzega nas, że w pobliżu kwatery nie ma sklepów, a ostatnia restauracja  Casa Grana jest 4 km wcześniej - w Brumie. Rekomenduje także bar kanapkowy Casa Avelina na trasie i potem menu pielgrzyma w Brumie. Proponuje nam ponadto, że zabierze nas do marketu na zakupy. Wszystko to w bogatej korespondencji prowadzonej ze mną na Whatsapp kilka dni wcześniej. Dziwnym trafem dziś, w ciągu dnia prosi jednak o listę zakupów, że będzie jechał sam do miasta i sam nam te zakupy zrobi.
Kiedy dochodzimy do Casa Avelina w As Travesas - zastanawiam się czemu wszyscy siedzą w sąsiadującej z nią knajpie. Pewnie nie wiedzą, że to właśnie kilka metrów dalej - w słynnej Casa Avelina, siostry prowadzące bar dla pielgrzymów podstawiają im stołki pod nogi, aby stopy odpoczęły przed dalszą drogą. Prawda okazuje się jednak dużo bardziej dotkliwsza...
Dziś z niewiadomych powodów Casa Avelina jest zamknięta, a na drzwiach wisi jakaś dziwna informacja. 
Niestety notatka sporządzona jest w języku hiszpańskim, a ja nie bardzo mam czas wrzucić zdjęcia w tłumacza. 
Wypijamy zatem kawę i piwo w sąsiednim Albergue Bar O San Roquino.
Ok. godz. 13:50 wyruszamy w dalszą drogę i ku naszej radości, za  pół godziny docieramy do Hospital de Bruma. Stąd do miejsca noclegu Casa de Ardemil dzieli nas już ponoć tylko 4 km. Powoli przestaję wierzyć w te odległości.
Pora jest faktycznie iście obiadowa i kiedy wchodzimy do jedynej w tej miejscowości restauracji Casa Grana - lokal pęka w szwach. Panuje tu gwar i rwetes, jakich ani razu na szlaku jakubowym nie dało nam się doświadczyć. Wszystkie stoliki we wnętrzu restauracji zajęte, przy barze koczują kolejni ochotnicy, a w podwórzu trwa jakiś miejscowy festyn. Z trudem udaje mi się odnaleźć anglojęzyczną kelnerkę, która mówi: 
- Nie ma miejsc, za dużo ludzi czeka. Musicie czekać aż Was poproszę... ale to potrwa. 
Upieram się, że możemy czekać cierpliwie - że jesteśmy głodni, no i że chcemy skorzystać z menu pielgrzyma. Kiedy po pół godzinie oczekiwania zwalnia się stolik i próbuję go zająć - kelnerka nas przegania i mówi, że to nie dla nas. 
Tymczasem w ogródku restauracji zabawa trwa w najlepsze: w wielkim namiocie serwowane jest wino, a w rogu ogrodu ewidentnie coś się gotuje. Przygotowywane jest pieczywo i talerze....Myślę sobie: Aaa... to pewnie tutaj będą wydawać to menu pielgrzyma! 
Z filmów na YT wiedziałam że taki zestaw w cenie kilkunastu EUR składa się z zupy, drugiego dania, deseru i wody lub wina. To właśnie nasze wymarzone "menu peregrino", które po prostu dopiero się gotuje - zapewne w tym największym garnku. 

Jakież było moje zdziwienie, kiedy kucharka dała się namówić na prezentację zawartości garnka. To była gotowana ośmiornica.... o co to to nie!!! Dziękuję - już wcale nie jestem taka głodna.
Ostatecznie o godzinie 15:15 dostajemy miejsce przy stoliku usytuowanym w osobnej sali, która wyglądała jak zaplecze restauracji. A to ciekawe! Oczywiście w oczekiwaniu na miejsce zdążyliśmy już nabyć napoje chłodzące. Menu dnia, które w tygodniu kosztuje 13 EUR, w dni świąteczne (a dziś jest sobota) kosztuje już 16 EUR/osobę. Po takim długim oczekiwaniu - cena przestała mieć znaczenie. 
Na pierwsze danie Radek zamawia Caldo gallego - zupę galicyjską z ziemniakami i fasolą,

a ja spagetti bolognese.

Drugie danie to Pollo con patatas frithe - kurczak z frytkami.
Na końcu mamy do wyboru deser: rolada lodowa lub pudding.
Dodatkowych napoi nie stwierdzono, a koszt naszego pobytu w Casa Grana to ponad 2 godziny i ok.40 EUR (coca-cola kosztuje tu 2,30 EUR). Sama nie wiem co było cenniejsze - chyba czas, szczególnie że odczuwamy już zmęczenie i potrzebę kąpieli.
Do celu dzisiejszej wędrówki szliśmy jeszcze prawie godzinę - zmęczeni ale najedzeni, śmieliśmy się do rozpuku z tej naszej gastroprzygody. Kiedy dotarliśmy do miasteczka nasze zdziwienie sięgnęło zenitu. 
Mała mieścina bez sklepu, ale za to z lotniskiem? 
To miejscowy zbieracz ciekawostek tak sobie urządził podwórko. Jak się za chwilę okazało - po przeciwnej stronie ulicy znajduje się jeszcze nietypowe muzeum...
Widzimy, że tu także trwa jakiś festyn, a w wielkim namiocie zgromadzili się chyba wszyscy mieszkańcy. Zapewne to rzadkie zjawisko: pielgrzym wędrujący o godz.17:00 główną drogą, bo szybko jesteśmy zauważeni przez - jak się okazuje - właściciela naszej kwatery. 
Aby dotrzeć do Casa de Ardemil (Rua Cruz 18, O Castro (Ardemil/ Ordes), 
trzeba skręcić z głównej drogi w prawo przy słupku wskazującym 36,901 km.  
  
To bardzo przyjemne gospodarstwo agroturystyczne - właściciele mieszkają w sąsiednim domu, więc ten domek jest do wyłącznej dyspozycji pielgrzymów. Oprócz wspólnej kuchni i łazienki w budynku znajdują się trzy sypialnie 2-osobowe.
 Gospodarze są bardzo pomocni i gościnni, a miejsce jest doskonałym miejscem na odpoczynek. Nocleg tutaj kosztował nas 50 EUR (25 EUR/osoba).
Gospodarz prezentuje nam nasz pokój, a my pytamy o zakupy. Pan niestety rozmawia jedynie w swoim rodzimym języku. Na szczęście w rolę tłumacza na język angielski wciela się Hiszpanka wynajmująca sąsiedni pokój. Sprawnie tłumaczy nasze poszczególne artykuły z listy zakupów, a kiedy na liście znajduje się chleb, mówi: 

- O nie, chleba nie kupujcie. Podzielimy się!

Okazało się, że dostała na festynie cały bochen chleba, a komunikat ten zabrzmiał jak cytat z Księgi Izaasza "Podziel swój chleb z głodnym” (Iz 58,7)".
Tak, chlebem trzeba się dzielić, a Camino daje nam właśnie takie znaki. 

Wieczór upłynął nam na kolacji i wspólnych rozmowach. Dopiero wtedy dowiedziałam się, dlaczego Casa Avelina była zamknięta. Jej właścicielka, Carmen Vilarino - postać znana nie tylko w całej okolicy, ale także wielu pielgrzymom - wczoraj zmarła. Właśnie tego wieczoru odbywała się msza żałobna, a właściciel naszej kwatery uczestniczył w pożegnaniu. Wychodzi na to, że kartka na drzwiach, której nie zdążyłam przetłumaczyć to był afisz żałobny.
Camino Ingless straciło kogoś naprawdę wyjątkowego. Odeszła jedna z tych osób, których nie spotyka się przypadkiem i których nie zapomina się po drodze. Jedna z tych twarzy, które przez lata sprawiały, że Camino było czymś znacznie więcej niż tylko szlakiem prowadzącym do Santiago de Compostella. Tak bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy doświadczyć Jej gościnności i otwartego serca. 
Buen Camino, Carmen! Niech Twoja ostatnia droga będzie spokojna. A ślady dobra, które zostawiłaś na Camino, niech prowadzą kolejne pokolenia pielgrzymów.

piątek, 23 października 2026

Camino Ingles - etap 3: Pontedeume-Betanzos

W mojej relacji znajdziecie przede wszystkim praktyczne wskazówki i osobiste wrażenia z wędrówki. Duchowy wymiar tej podróży, tak ważny i wyjątkowy dla mnie, zachowam jednak w sercu. Bo na Camino dźwigamy znacznie więcej niż plecak, który z każdym kilometrem zdaje się ważyć coraz więcej, choć przecież niczego do niego nie dokładamy. Niesiemy też swoje intencje, myśli, nadzieje i całą tę emocjonalną zawartość, której nie da się upchnąć w żadnej kieszeni.
I właśnie to jest w Camino najpiękniejsze – to, czego nie widać, o czym nie mówi się głośno, a co czasem daje nam bardziej w kość niż niejedno podejście pod górę.
Ale dość już tych głębokich refleksji, bo Camino, Camino, a kilometry same się nie przejdą!
A tymczasem przed nami kolejny dzień wędrówki – pełen galicyjskich wiosek, malowniczych krajobrazów i darów natury. Będzie na czym zawiesić oko, czym nacieszyć duszę, a być może i gdzie przycupnąć, zanim nogi oficjalnie zgłoszą reklamację. Ruszamy więc dalej – ku nowym widokom, kolejnym przygodom i temu, co Galicja postanowi nam dziś zaserwować. Oby nie tylko pod górkę!

Dzień trzeci wędrówki

7 sierpnia 2026 r - piątek
Etap 3: Pontedeume-Betanzos
Dystans: 22,52 km
Start: 7:30
Meta: 14:30
Czas marszu: około 7 godz z przerwami
Przerwa na posiłek: około 9, 15 i 18 kilometra
Nocleg: Albergue Rio Mandeo w Betanzos
7:00 pobudka, 7:30 wyjście z albergi i choć Pontedeume dopiero budzi się do życia - wiele miejsc z poranną kawą już czeka na pielgrzymów. A wychodząc z Pontedeume droga prowadzi stromo pod górę, więc przyda się trochę kofeiny.
Kolorowe kwiaty, soczyste owoce i błękitne hortensje atakują zmysły z każdej strony.
Pomarańcze dosłownie leżą na drodze.
 
"Horeo" to chyba jednak najbardziej charakterystyczna rzecz na trasie Camino Ingles. Jest to galicyjski spichlerz, stawiany wysoko na palach dla ochrony przed szkodnikami. Dziś  spotykamy takich naprawdę wiele.
Po drodze mijamy też takie miejsca do odpoczynku.
Krajobraz w oddali zaczyna przypominać nasze Bieszczady.
Na śniadanie zatrzymujemy się około 9 km w Bar O Camino e Vida, gdzie spotykamy naszych współlokatorów z ostatniej albergi. Niby miała być tylko kawa, a jest świeży sok, tortilla i kanapka (razem 7,50 EUR). To bardzo kultowe miejsce, w którym serwowane są jedne z najlepszych śniadań na całym szlaku Camino Ingles. Niegdyś była tu tylko fabryka mebli, a jej właścicielka Rocio Diaz Paz w odpowiedzi na rosnącą liczbę pielgrzymów przechodzących w pobliżu, wygospodarowała na terenie zakładu niewielką przestrzeń, tworząc dla nich darmowy punkt z wodą.
Miejsce to szybko zyskało rozgłos na forach internetowych poświęconych Camino, a z czasem oferta poszerzyła się o przekąski, ale także artykuły pierwszej pomocy. Kiedy w 2020 roku wybuchła pandemia, a sprzedaż mebli gwałtownie spadła, Rocio postanowiła nadać swojemu życiu nowy kierunek. Przekształciła to samo miejsce w herbaciarnię dla pielgrzymów.
Za niespełna 2 km okazuje się, że osoba, która nas niemal przed chwilą obsługiwała, tym razem wita nas ze ściennego muralu w Mino. To właśnie tacy ludzie, jak Rocio Diaz Paz stają się Gwiazdami Camino.

W punkcie informacji turystycznej w Mino otrzymujemy kolejną pieczątkę w paszporcie pielgrzyma. Mino to miejscowość położona nad estuarium - czyli poszerzonym, przypominającym lejek ujściem rzeki do morza, które powstaje w wyniku działania pływów morskich.
Były mosty, punkt widokowy ze szklaną podłogą, 
w końcu wiadukt
i plaża Praia de Arameda, 
na terenie której
 znajduję pamiątkowe muszle przegrzebki. 
O! dziś to Camino zaczyna mi się podobać i z każdym dniem będzie już tylko lepiej.
Wzdłuż morza wybudowano drewnianą ścieżkę, a cały obszar Senda dos Sentidos należy do sieci Natura 2000.
Cruceiro de Ponto de Porco nad rzeką Lambre
to charakterystyczny, galicyjski kamienny krzyż przydrożny połączony z rzeźbą dzika, którego pielgrzymi mylnie nazywają świnią. Pomnik powstał jako hołd dla potężnego średniowiecznego rodu Andrade, którego heraldycznym symbolem był właśnie dzik. Takiego samego dzika widzieliśmy wczoraj w herbie miasta Pontedeume.
średniowieczny most nad rzeką Lambre, z którego doskonale widać 
całe ławice ryb pluskających się w rzece Lambre.
Szlak prowadzi w końcu na drugą stronę drogi krajowej, gdzie zatrzymujemy się na kolejną przerwę - w Cafe Navedo w miejscowości Porto de Abaixo.
Łączny koszt takiego zamówienia: 3,90 EUR (1,60 EUR kawa i 2,30 EUR piwo)
Tym razem w barze czeka nas niespodzianka: do każdego zamówienia otrzymuje się gratis tapasy: małe kanapeczki z chorizo lub z szynką. Cudowny gest, a jeszcze lepszy smak.
Wędrujemy mijając okoliczne wsie i eukaliptusowe lasy, a krajobraz nadmorski powoli ustępuje zielonemu i sielskiemu wnętrzu Galicji. Do dzisiejszego celu podróży pozostało nam około 5,5 km. Pora więc na kolejną - ostatnią już dzisiaj przerwę. 
Zatrzymujemy się w restauracji Bemar do Camino i jak widzicie, pod osłoną kolejnej pieczątki w paszporcie, mamy przekąskę (tym razem do napoi podawany jest kawałek tortilli). Tak, tak...nasze paszporty wyglądają jakbyśmy faktycznie szli od baru, do baru.
Około pół godziny później w rejonie Paderne, trafiamy na leśny punkt odpoczynku Los Angeles del Camino.
Ze wzgórza widoczne jest ujście rzeki Mandeo i cała dolina.
Mijane fuente pochodzą z drugiej połowy XVIII wieku, co tylko potwierdza jak stara jest tradycja dróg jakubowych.
Przed nami San Martino de Tiobre - romański kościół na wzgórzu. To jeden z najważniejszych zabytków sakralnych dzisiejszego etapu (choć także zamknięty). 
Kościół stoi w miejscu związanym z dawnymi początkami Betanzos, 
a tuż przy nim znajduje się ogólnodostępny cmentarz.
W oddali snuje się już Betanzos - to dobra wiadomość, bo słońce o tej porze dnia daje się już we znaki.
Ostatni kilometr szlaku prowadzi obok kościoła i sanktuarium Nuestra Senora do Camino (Matki Bożej od Drogi).
I jest to pierwszy otwarty dla pielgrzymów kościół i pierwsza pieczątka zdobyta w miejscu sakralnym. 
Jeszcze tylko przejście przez most Ponte Vella 
- z pierwotnego średniowiecznego mostu pozostały jedynie przypory.
Przechodzimy przez główny plac miasta
i w końcu o godz. 14:30 trafiamy do albergi na Rua dr Fleming 3 w Betanzos.
Albergue Rio Mandeo - to nowoczesne schronisko dla pielgrzymów, dysponujące nie tylko salami wieloosobowymi, ale także 
jako Pension Boutique z 6 pokojami dwuosobowymi. 
Tym razem śpimy w sali 4 osobowej z dwoma takimi łóżkami. Pokój jest zamykany, także dźwięk chrapania z sąsiedniej sali nie był słyszalny. Obydwie prezentowane do tej pory albergi odznaczały się czystością na najwyższym poziomie. Czyste i świeżo wykrochmalone prześcieradła i specjalne materace absolutnie wykluczały obecność jakichkolwiek insektów, a niestety pluskwy na szlakach Camino to już prawdziwa zmora. Aby się przed tym ustrzec stosowaliśmy własne linery (wkłady do śpiwora) i nie korzystaliśmy z dodatkowych albergowych kocy. Poza tym każdy z nas w plecaku nosił woreczek świeżej lawendy, której zapachu pluskwy bardzo nie lubią. Mówi się, że wcześniejsza rezerwacja noclegów na Camino zabija ideę prawdziwego pielgrzymowania, ale ja - chociażby właśnie z uwagi na czystość - postanowiłam wszystkie noclegi zarezerwować wcześniej. Opinie o tych miejscach pozwoliły mi dokonać właściwego wyboru i sprawiły, że nie wróciliśmy do domu pogryzieni i z dodatkowymi "turystami na gapę".

Zdecydowanie polecam nocleg w Albergue Rio Mandeo.
Popołudnie w Betanzos spędzamy spacerując po mieście. 
Uliczna galeria charytatywna
Kierujemy się w stronę najstarszej części miasta.
Igrexa de Santa Maria Do Azouque - kościół został zbudowany w II poł. XIV i na pocz. XV wieku,
na miejscu wcześniejszej świątyni romańskiej.
 Świątynia ta stanowi jeden z najważniejszych średniowiecznych zabytków Betanzos.
Nazwa kościoła „Azouque” może pochodzić od tzw „gorączki rtęci”. Otóż w 1786 roku w Betanzos pośród mieszkańców rozniosła się plotka, że w okolicy z ziemi wypływa rtęć (hiszp. azogue). 
W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się kolejny kościół z dzwonnicą Igrexa de San Francisco de Betanzos.
Jak zwykle zwracam uwagę na tabliczki z nazwami ulic.
Schody prowadzące na starówkę Betanzos.
Wracamy jeszcze nad rzekę Mandeo,
wzdłuż której znajduje się starsza
i zupełnie nowa zabudowa.

Zmęczeni dzisiejszą wędrówką nie czekamy na wieczorne otwarcie  restauracji, a ostatni posiłek organizujemy sobie w alberdze, korzystając z artykułów zakupionych w pobliskim markecie. Okazuje się, że wielu pielgrzymów tak robi. Powoli zaczynamy orientować się, że kolejny wieczór spędzamy właściwie w towarzystwie tych samych osób. W ciągu dnia mijamy się na trasie, wymieniamy uśmiechy, pozdrowienia, czasem kilka słów… a potem okazuje się, że i tak wszyscy lądujemy w tej samej alberdze. I tak, zupełnie niepostrzeżenie, Camino zaczyna nas ze sobą łączyć. Początkowo jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi - z różnych krajów, w różnym wieku, mówiącymi różnymi językami. Czasem trudno się porozumieć, ale szybko okazuje się, że nie zawsze potrzeba wielu słów, żeby nawiązać nić porozumienia. Wystarczy wspólna droga, zmęczenie po całym dniu, uśmiech, życzliwe spojrzenie czy wieczór spędzony przy wspólnym stole.

I chyba właśnie na tym polega magia Camino. 

Buen Camino!

Printfriendly