Rozsądek, wygoda i resztki instynktu samozachowawczego biorą górę nad oszczędnościami. Planując podróż, sprawdzałam na Rome2Rio różne możliwości dotarcia z Madrytu do Ferrol, także pociągiem. Ostatecznie najkorzystniej pod względem czasu i ceny wypada lot do A Coruna, a następnie przejazd autobusem do Ferrol. Za lot krajowy dla dwóch osób płacimy zaledwie 38 EUR. No, przynajmniej na tym etapie podróży wszystko wygląda obiecująco!
Po drugie: pobudka o nieludzkiej porze i kierunek Galicja
5 sierpnia 2026 r. - środa
Nasz poranny harmonogram wygląda następująco:
3:45 pobudka
4:20 wyjście z hotelu
Lot Air Europa nr lotu UX7233 MADRYT -A CORUNA
6:40 Madrit Barajas Terminal 3
7:30 lądowanie A Coruna
Całe szczęście, że jest jeszcze bardzo wcześnie, a ruch na ulicach niewielki. Do lotniska idziemy bowiem wzdłuż szosy, przy której w większości brakuje chodnika. Romantyczny spacer przed wschodem słońca? Powiedzmy, że widywaliśmy przyjemniejsze.
Terminal 3 znajduje się najbliżej naszego hotelu, ale wejście do niego prowadzi przez Terminal 2. Wczesnym rankiem dostajemy e-mail z propozycją bezpłatnego nadania bagażu. Dziękujemy, ale nie skorzystamy. Zależy nam, żeby po wylądowaniu w A Coruna jak najszybciej opuścić lotnisko.
Kontrola bezpieczeństwa na Terminalu 3 rusza dopiero o 5:00. Po przejściu kontroli mamy jeszcze chwilę na śniadanie. Kawa, świeży sok pomarańczowy i croissant kosztują 9,75 EUR. Alternatywny zestaw: panini, cola i małe chipsy – już 12,95 EUR. Jak widać, na lotnisku można zjeść śniadanie, ale portfel również musi być przygotowany na podróż.
O 5:55 otwiera się gate, a o 6:20 siedzimy już na pokładzie Airbusa A320. Przynajmniej tutaj wszystko idzie sprawnie.
W A Coruna lądujemy nieco później, około 7:45.

Po wyjściu z terminala bez problemu dostrzegamy przystanek autobusowy.
Wsiadamy w autobus A4 jadący do centrum. Odjazd o 8:15, bilet kupujemy u kierowcy w cenie 1,60 EUR od osoby (płatność gotówką lub kartą). Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, postanawiamy pozwiedzać A Corunę. I tutaj pojawia się pierwszy błąd w naszej strategii. Mieliśmy zwiedzać, a zaczęliśmy zwiedzać… przystanki autobusowe.
Autobus A4 zatrzymywał się, co prawda w pobliżu dworca autobusowego, ale my postanawiamy dojechać do ostatniego przystanku – Hospital Abente y Lago. Przystanek znajduje się vis a vis portu.
W efekcie fotografujemy się na tle Castello de Santo Anton.
Idąc w stronę centrum mijamy romański kościół Iglesia de Santiago
- jeden z niewielu kościołów, w którym można zobaczyć figurę Matki Boskiej w ciąży.
W końcu docieramy na główny plac miasta - plac Maria Pita, gdzie możemy podziwiać okazały budynek ratusza,
akurat trwają przygotowania do fiesty na jej cześć.
Bezpośrednio obok ratusza odnajdujemy jeszcze jeden kościół - Iglesia de San Jorge.
Zdecydowanie więcej czasu niż na zwiedzanie, poświęcamy na ustalenie, skąd odjeżdża autobus na dworzec.
W końcu trafiamy na właściwy przystanek i autobus nr 1A,
przez okna autobusu podziwiamy charakterystyczne dla tego "Kryształowego Miasta" szklane balkony i po 20 minutach jazdy docieramy na dworzec,
gdzie niemal w ostatniej chwili wsiadamy do Monbusa jadącego do Ferrol. Uff! Zaczynam podejrzewać, że pierwszą umiejętnością, jaką rozwinie w nas Camino, nie będzie pokora ani duchowość, ale sprawne wyszukiwanie przystanków w obcym mieście.
Po trzecie: Autobusem do celu
Przejazd do Ferrol zajmuje nam około godziny i 40 minut (10:00-11:40, choć kolejny autobus odjeżdżający o 10:30 jedzie krótszą drogą i podróż trwa tylko 45 min). Bilety dla dwojga kosztują 9,50 EUR, płacimy kartą u kierowcy. Podróż niemal pustym autobusem pozwala nam nieco odpocząć. Przez okna obserwujemy pierwsze oznaczenia szlaku Camino i miasteczka, które za kilka dni staną się miejscami naszych noclegów.
Po czwarte: Wreszcie Ferrol!
Kierujemy się do Biura Pielgrzyma przy Paseo de la Marina 6.
Godziny pracy biura

Oficjalna odległość do Santiago de Compostela

Około 12:15 zdobywamy pierwsze pieczątki,
otrzymujemy symboliczne opaski na rękę i
robimy kilka zdjęć na nabrzeżu.
Dokładnie tutaj zaczyna się nasze „all inclusive”. Tyle że zamiast opaski uprawniającej do drinków przy basenie mamy opaskę pielgrzyma, a zamiast leżaka – perspektywę wielu kilometrów na własnych nogach.

O 12:30 właśnie tą bramą rozpoczynamy wreszcie Camino Ingles!
Czym właściwie jest Camino Ingles?
Camino Ingles, czyli Droga Angielska, to szlak, którym od średniowiecza do Santiago de Compostela docierali pielgrzymi przybywający drogą morską, przede wszystkim z Anglii, Szkocji i Irlandii, a także z innych części północnej Europy. Przypływali oni do galicyjskich portów w Ferrol lub A Coruna, a następnie kontynuowali podróż pieszo, kierując się do grobu św. Jakuba.
Camino Ingles oferuje dwie trasy:
- z A Coruna – krótszą, liczącą około 73 km;
- z Ferrol – dłuższą, oficjalnie około 113,239 km, spełniającą wymóg minimalnego dystansu potrzebnego do otrzymania Compostelki.
Obie trasy łączą się w okolicach Brumy - ok. 40 km. przed Santiago de Compostela. Brzmi pięknie, prawda? Historia, przyroda, średniowieczne szlaki, duchowa przygoda, a może trekkingowe wyzwanie.
Po piąte: No to ruszamy!
Etap 1: Ferrol – Naron
Dystans: 13,6 km
Start: 12:30
Meta: około 15:50–16:00
Czas marszu: około 3 godz. 20 min
Przerwa na posiłek: Cervecería O Mariscador, A Gandara (Narón), około 9 kilometra
Nocleg: hostel Casa della Abuela w Naron
Droga z Ferrol prowadzi początkowo przez miasto,
następnie przez tereny przemysłowe i wzdłuż nabrzeża.
Woda w większości znajduje się akurat na odpływie.
Jest nawet pierwszy kościół (zamknięty) - to skąd my niby te pieczątki mamy zdobywać, skoro musimy mieć minimum 2 dziennie.
Widok jest dość osobliwy – zamiast błękitnej zatoki mamy odsłonięte połacie dna oceanu (często zaśmiecone) i krajobraz, który zdecydowanie nie trafia na pocztówkę z napisem „Pozdrowienia z Galicji”. Z czasem robi się przyjemniej. Pojawiają się zielone tereny parkowe, a w Naron szlak prowadzi między zabudowaniami.
Wreszcie trafiamy do baru i
po raz pierwszy próbujemy tradycyjnego galicyjskiego dania – tortilli, czyli hiszpańskiego omletu z jajek, ziemniaków i cebuli.
Tu zdobywamy pieczątkę i po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę.
Zaczyna się ciekawiej, znowu zamknięty kościół,
charakterystyczny przykościelny cmentarz,
tunele, mosty, pojedyncze domostwa
a z czasem robi się nawet całkiem sielsko. Kiedy w końcu wchodzimy do lasu, wokół pachnie eukaliptusami.
Co rusz pojawiają się też efektowne murale.
To już zdecydowanie przyjemniejsza odsłona Camino.
Co ciekawe, przez większą część dnia wędrujemy praktycznie sami. Żadnych tłumów, żadnych pielgrzymich kolumn, żadnego wyprzedzania się na szlaku. Być może to efekt naszej późnej pory startu. A może Camino postanowiło dać nam chwilę na przemyślenie, czy aby na pewno wiemy, na co się porwaliśmy.
Do hostelu docieramy około godziny 16:00.
Casa della Abuella – czyli w tłumaczeniu „Dom Babci” zarezerwowałam przez serwis Booking. Już sama nazwa noclegu zapowiada przytulną atmosferę. Po całym dniu wędrówki człowiek marzy przecież o tym, żeby ktoś go nakarmił, otulił kocykiem i powiedział: „No, dziecko, odpocznij sobie”. Rzeczywistość, jak się okazuje, ma jednak własny scenariusz. Prysznic, odpoczynek i wreszcie pora na najważniejszy punkt programu po całym dniu marszu: porządny posiłek! I tu zaczyna się kolejny rozdział naszej przygody.
Otóż, okazuje się, że wszystkie okoliczne restauracje są zamknięte. Otworzą się dopiero o 19:00. No dobrze, przecież jesteśmy w Hiszpanii – trzeba dostosować się do lokalnych zwyczajów i sjesty.
Ratujemy się zakupami w pobliskim Auchan i wracamy do hotelu. Jest jeszcze nadzieja na posiłek w hotelowej restauracji.
O 19:00 lokal otwiera drzwi. Pytamy o jedzenie. I wtedy dowiadujemy się, że napić się owszem, możemy, ale z jedzeniem będzie problem. Kucharz pracował bowiem tylko do 12:30 - czyli mniej więcej wtedy, kiedy my dopiero rozpoczynaliśmy naszą pielgrzymkę. I tak oto nasza pierwsza kolacja na Camino przeszła do historii jako wielki triumf bagietki z chorizo. Powiem Wam jedno: nigdy wcześniej zwykła bagietka nie smakowała nam tak dobrze. Była chrupiąca, konkretna, dostępna i – co najważniejsze – nie wymagała negocjacji z godzinami pracy kucharza.
No dobrze, ale jakie są nasze pierwsze wrażenia?
Czy nam się podoba?
No… jeszcze się zastanawiamy. Krajobrazy na pierwszym etapie nie powaliły nas na kolana. Tereny przemysłowe, puste zatoki oceanu i spacer wzdłuż szosy nie do końca pokrywają się z obrazkami, które człowiek ogląda przed wyjazdem.
Czy tego się spodziewaliśmy? Niekoniecznie.
Wyobrażaliśmy sobie bardziej turystyczne miasteczka, klimatyczne uliczki, urokliwe knajpki i trochę więcej tego pocztówkowego Camino.
Ale czy to źle?
Może właśnie o to chodzi, żeby nie wszystko było jak z folderu. Żeby zobaczyć nie tylko piękne widoki, lecz także zwyczajne życie, lokalne zwyczaje i to, że w Hiszpanii o 19:00 można otworzyć restaurację, ale niekoniecznie podać w niej jedzenie.
Czego nauczył nas pierwszy dzień?
Że na Camino trzeba mieć wygodne buty, trochę cierpliwości i własny plan B na kolację. A przede wszystkim - że nie warto zbyt wcześnie oceniać całej drogi po pierwszych kilometrach.
Na razie bilans wygląda następująco:
- kilkanaście kilometrów w nogach,
- dwie pieczątki w paszporcie pielgrzyma,
- jedna nieplanowana lekcja komunikacji miejskiej,
- krajobrazy w wersji oszczędnościowej
- i chorizo, które uratowało nam wieczór.
Czyli wszystko wskazuje na to, że nasze Camino właśnie zaczęło nas wychowywać.
Dzień pierwszy za nami. Santiago de Compostella wciąż daleko, a my już wiemy, że w tej podróży nie zawsze będziemy chodzić głodni wiedzy… czasem po prostu głodni.
Ale spokojnie, Camino! Dajemy Ci jeszcze szansę.
W końcu dopiero się poznajemy.
A po pierwszej randce też nie zawsze wiadomo, czy będzie z tego wielka miłość, czy tylko dobra anegdota na lata.