Popołudniowa wyprawa do Porto Torres miała być uzupełnieniem dnia i pomimo iż właściciel naszej kwatery kręcił głową, że nie warto tam jechać - podjęliśmy wyzwanie. Zapowiadało się obiecująco - autobus Linea 714 (15:37 z Alghero La Pietraia-16:39 Porto Torres Centro Intermodale) przyjechał o czasie, słonko świeciło, a my byliśmy gotowi na odkrywanie uroków miasta.
Na dzień dobry, postanowiliśmy coś zjeść, a ponieważ akurat była pora sjesty skupiłam się na znalezieniu otwartej o tej porze restauracji. Z pomocą przyszło jak zawsze Google Maps - niestety okazało się, że miasto postanowiło świętować popołudnie w najbardziej włoski sposób z możliwych – zamykając niemal wszystko. Sklepy zamknięte.
Punkty usługowe zamknięte.
Puste chodniki.
Gdyby ktoś powiedział, że mieszkańcy otrzymali tajny sygnał do ewakuacji, trudno byłoby temu zaprzeczyć. Chyba nigdzie, tak jak na Sardynii, tak bardzo nie żałowałam że przyjechaliśmy tu poza sezonem.
W tej sytuacji stało się jasne, że upatrzona i polecana restauracja może być także zamknięta. Wyobrażaliśmy sobie lokalne specjały, aromatyczne owoce morza i smak Sardynii na talerzu. Restauracja miała jednak własną wizję naszego dnia - no cóż... jeszcze nie otworzyli sezonu turystycznego. Wobec tego pozostało nam skierować kroki do najbliższego SPAAR-u w małej galerii usługowej, która była jedynym miejscem tętniącym życiem. Na sklepowych półkach czekała na nas prawdziwa uczta desperacji: gotowe podgrzewane dania sprzedawane na wynos. I tak, zamiast lokalnych przysmaków w klimatycznej restauracji, delektowaliśmy się kuchnią pod hasłem: „podgrzane spożyć przed końcem terminu ważności”.
Naturalnie, nie mogliśmy też zasiąść na klimatycznej ławeczce w parku, bo mijając park widzieliśmy że jest zamknięty.
Jedyną opcją pozostało więc zamówienie kawy w kawiarni znajdującej się na piętrze galerii i konsumowanie do tego własnego, kupionego w markecie prowiantu. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie smakowało całkiem nieźle – być może dlatego, że głód jest najlepszym kucharzem, a alternatywą było dalsze podziwianie zamkniętych drzwi. Posileni lasagne z metalowej rynienki i klopsikami w sosie pomidorowym z opiekanymi ziemniakami, popijanymi Birra Ichnusa - mogliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta.Na szczęście nie wszystko było stracone, bo czekał na nas najważniejszy zabytek miasta i prawdziwy powód naszej wycieczki do Porto Torres -
Bazylika św. Gawina (Basilica di San Gavino)
Bazylika, poświęcona jest świętym męczennikom Gawinowi (Gavino), Protowi i Januaremu (Gianuario) i to tutaj znajdują się ich relikwie.
Budynek jest wyjątkowym w skali Włoch przykładem budowli romańskiej i zaprojektowany został od początku z apsydami umieszczonymi naprzeciwko siebie po obu krótszych bokach.
Trzeba przyznać, że dodają one uroku gigantycznej bryle budowli.
Jej znaczne rozmiary (60,65 m długości i 19,84 m szerokości) czynią ją największym zabytkiem architektury romańskiej na Sardynii. Budowę bazyliki rozpoczęto według jednolitego projektu od apsydy wschodniej, którą wznieśli wykwalifikowani rzemieślnicy z Pizy na początku XI wieku. Prace ukończono w drugiej połowie tego samego stulecia.
Pozostałości nagrobka z IV w n.e.
Dumna bazylika okazała się otwarta i, co jeszcze przyjemniejsze, dostępna całkowicie za darmo. W sumie byliśmy jedynymi chętnymi do zwiedzania. Był to więc jedyny moment dnia, gdy poczuliśmy się jak prawdziwi zwycięzcy.
Na tyłach bazyliki przeszłość miesza się z teraźniejszością.
Wracaliśmy również zupełnie pustym autobusem bogatsi o nowe doświadczenia. Porto Torres rozczarowało nas i pokazało, że czasem podróż polega na akceptacji faktu, że jedynym pewnym punktem programu będzie obiad ze sklepowej lodówki.
Czy było warto? Chyba niekoniecznie. Choć niecodzienne to doświadczenie odwiedzić miasto, które tak konsekwentnie dba o to, aby turyści nie przemęczyli się nadmiarem zwiedzania i nie zostawili tu worka pieniędzy.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz