poniedziałek, 13 lipca 2026

Bosa - numero uno Sardynii

Są dwa rodzaje turystów: pierwsi, którzy wynajmują samochód jeszcze zanim samolot dotknie pasa startowego, drudzy zaś - i my do nich należymy - postanawiają za wszelką cenę sprawdzić, czy da się zwiedzać wyspę komunikacją publiczną. Przekonaliście się już w tej sardyńskiej relacji, że mimo "przedsezonu" bez samochodu się da! A kiedy w drodze powrotnej na lotnisko zapytano nas, co zwiedziliśmy podczas pobytu na Sardynii, po usłyszeniu naszej odpowiedzi - nasi rozmówcy stwierdzili: "A to Państwo chyba tutaj dłużej byli niż my?" Nie mogli wprost uwierzyć, że mieliśmy tak intensywny plan zwiedzania, i to w dodatku komunikacją publiczną.
Misja: dostać się do Bosa

Poranek w Alghero spędzamy na lenistwie - nie spieszymy się za bardzo: śniadanie, kawa, zakupy w supermarkecie. Miasto już dawno przetarło oczy, kiedy my ruszamy na przystanek autobusowy. Cel: Bosa – kolorowe miasteczko nad rzeką Temo, które na zdjęciach wygląda jakby ktoś rozsypał pudełko kredek na zamkowym wzgórzu.

Autobus przyjechał (11:42 z Alghero Via Don Minzoni 120 Linea 9312 BOSA STAZIONE - 12:42 Bosa Piazza Manin). Już to uznaliśmy za pierwszy sukces dnia. Tego dnia był jeszcze autobus ok. 9:00, ale nie chcieliśmy się tak wcześnie zrywać - i to był błąd. Trasa pomiędzy Alghero a Bosą to istny sardyński rollercoaster. Kierowca najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę i postanowił umożliwić wszystkim pasażerom obejrzenie każdego zakrętu z bardzo bliska. Droga wiła się między klifami i wzgórzami niczym makaron spaghetti - po lewej błękit morza, po prawej skały, jakiś tunel wydrążony w skałach. Krajobrazy, jak z pocztówki.

Pierwsze spotkanie z Bosą
W końcu pojawiła się ona – Bosa. Domy wspinające się po wzgórzu wyglądały jak kolorowe klocki ustawione przez wyjątkowo kreatywne dziecko. Nad miastem górował zamek Castello Malaspina, który z daleka sprawiał wrażenie strażnika pilnującego, żeby nikt nie uciekł bez zrobienia przynajmniej stu zdjęć.

W każdy wtorek w Bosie na Corso Garibaldi odbywa się duży targ. Jest tam wszystko: owoce, warzywa, sery i salami, torrone (nugat), garnki i patelnie, ubrania, torby, buty i wiele, wiele więcej. Niestety kiedy przyjechaliśmy do Bosy, zostało zaledwie kilka straganów.

W panoramie miasta można podziwiać stare garbarnie nad rzeką Temu, 

kamienny most Ponte Vecchio

mały port 

i lśniącą, kolorowymi łuskami kopułę katedry. Z góry zamkowej zapewne widok będzie jeszcze lepszy.

Póki co robimy kilka fotek 

i zaraz będziemy wspinać się w stronę zamku.

I to już jest prawdziwa ciekawostka. 

Pomalowane w kontrastowych kolorach domy dawnej średniowiecznej osady Sa Costa. Bo Bosa jest miejscem, gdzie nawet domy wydają się mieć lepszy humor niż przeciętny człowiek w poniedziałek rano. W tle ktoś gra na gitarze, której wtórują piękne włoskie piosenki w wykonaniu mieszkańców dzielnicy Sa Costa. 
Dolce far niente - "słodkie nic nierobienie"
Wąskie uliczki prowadzą donikąd, a potem nagle okazuje się, że prowadzą dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Schody pojawiają się w najmniej oczekiwanych miejscach. 
 
Po drodze przypadkowo trafiamy na Chiesetta (mały kościół) San Teresina.
Co kilka minut zatrzymywaliśmy się na zdjęcie. Potem jeszcze jedno. I jeszcze jedno.... A dziś, kiedy piszę tą relację - znowu wydaje mi się, że można było tych zdjęć zrobić jeszcze kolejną setkę. Nic jednak nie odda uroku tych kolorowych domków - tam po prostu trzeba być! 
Nad miastem góruje zamek Malaspina, do którego bram 
dostajemy się schodami prowadzącymi powyżej kopuły kościoła. 
Szkoda, że tak późno przyjechaliśmy, bo zamek jest już zamknięty. A trzeba było przyjechać tym wcześniejszym autobusem...
Widok ze wzgórza Serravalle jest jeszcze piękniejszy, bo możemy faktycznie dostrzec morze.
Pięknie wije się rzeka Temo
 jedyna żeglowna rzeka na Sardynii, choć żegluga jest możliwa tylko na jej niewielkim, kilkukilometrowym odcinku. Temo ma swoje źródło w górach Montiferru i płynie na zachód, przez dolinę o tej samej nazwie, aż do morza. Rzeka ma długość około 50 km, a jej brzegi porośnięte są bujną roślinnością, co nadaje jej wyjątkowego uroku.

Tutejsza budowa jest rozmieszczona tarasowo: na lewym brzegu rzeki Temo stoją stare garbarnie - bez trudu znajdziecie też  wspomniany kamienny most Ponte Vecchio.

 

Kiedy schodzimy ze wzgórza kierujemy się w stronę Corso Vittorio Emanuele - głównego deptaka miasta. Wzdłuż wydrukowanej ulicy stoją wysokie domy patrycjuszy z XVIII i XIX wieku z balkonami i portalami. Szczególnie ciekawe są: XVIII wieczny Palazzo Don Carlos

XIX wieczny Casa Deriu, w którym urządzono niewielkie muzeum (Corso Vittorio Emanuele, 59). 

Operacja „obiad”
Każda wycieczka - wcześniej czy później - sprowadza się do jednego pytania: co zjemy? A jeśli chodzi o Sardynię to kolejne nasuwające się pytanie: gdzie zjemy? Po zapoznaniu się z opiniami na Google Maps, zaplanowaliśmy obiad w Bacco Bistrot (Corso Vittorio Emanuele II, 44/A). Niestety nasze plany szybko zweryfikowała siesta, panująca w Bosie w godzinach 14:30-19:30. 
Na szczęście drugie polecane miejsce OLD BRIDGE RESTAURANT (via della Conce, 11) zaspokoiło nasz głód.
Szef kuchni, w tej restauracji traktuje jedzenie jak sztukę. Zamówiliśmy więc tradycyjne sardyńskie dania, które znajdziecie w menu restauracji wraz z tłumaczeniem potraw na język polski.
 


 Ponadto z restauracji roztacza się piękny widok na miasto Bosa.

Wielki finał: powrót do Alghero

17:01 Bosa Piazza Manin (przyst.5058) AutobusLinea 9312 Aeroporto Fertilia 1 godz. 1 min
18:02 Alghero La Pietraia

I wreszcie nadszedł moment prawdy. Ku naszemu zaskoczeniu powrotny autobus pojawił się zgodnie z rozkładem, co wywołało wśród pasażerów mieszankę zaskoczenia i szacunku. Ba! Podstawiono nawet dwa autobusy, licząc się z ilością chętnych. Do Alghero wróciliśmy parę minut po 18:00. Kolejnego ranka - 1 kwietnia 2026 roku czekał nas już tylko powrót do Polski, o którym pisałam tu: https://myszawtrasie.blogspot.com/2026/05/sardynia-na-poczatek-sezonu.html.

I tak oto dobiega końca nasz sardyński citybreak – kilka dni pełnych słońca, turkusowej wody, klimatycznych uliczek i jedzenia, które skutecznie podważa sens wszelkich diet. Sardynia okazała się miejscem, które zarówno w sezonie, jak i poza sezonem potrafi zachwycić zarówno miłośników plażowania, jak i tych, którzy wolą zgubić się wśród kamiennych zaułków z aparatem w ręku. Jeśli więc zastanawiacie się nad krótkim wypadem, Sardynia zdecydowanie zasługuje na miejsce na liście. A ja nadal jestem na etapie przeglądania tanich lotów i udawania, że to tak tylko z czystej ciekawości...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Printfriendly