Dziś postanowiłam opisać nasz wypad na narty do Włoch pod koniec stycznia 2009 roku.
To dopiero była przygoda!!! Wyjazd zorganizował i logistycznie opanował nasz kolega Marcin, który tak naprawdę poznał ten ośrodek narciarski w 2008 roku. Tak, tak ... czasem ktoś przejmuje stery :) :) :)
Marcinie, oczywiście gratuluję!!! Było świetnie!
Termin - naturalnie ferie, stąd tradycyjnie wyjazd za granicę , a nie w nasze polskie góry - gdzie większość czasu spędzilibyśmy pewnie w kolejkach do wyciągu.
Grupa - znowu na maxa: 14 osób zapakowanych w 2 Fordy Galaxy, w tym: nasza 4 osobowa rodzinka (Oskarek miał wtedy 2,5 roku), 4 osobowa rodzinka Marcina, a reszta to sami tatusiowie - Artur ze swoją dwójką, Kamil z córą i Jędrek.
Kierunek - Włochy, Trento, Vaneze, Hotel Augustus.
Zacznijmy od Hotelu:
Zamieszkaliśmy w Hotelu Augustus w Vaneze w pobliżu ośrodka narciarskiego Monte Bondone.
Tradycyjnie link do strony Hotelu.
http://www.augustushotel.net/en/index.php
Niestety strona jest najbogatsza w języku włoskim. Hotel mały, czysty - miła obsługa, niestety wtedy posługująca się jedynie językiem włoskim i .... na szczęście migowym.
Pokoje z łazienkami, małymi balkonami i łóżkami piętrowymi, a właściwie "pryczami". Może pierwsze wrażenie pokoi niezbyt zadawalające - ale z czasem, po zagospodarowaniu nie było tak źle. Łazienka w pokoju czysta, ręczniki zmieniane codziennie - drobne kosmetyki i suszarka na wyposażeniu. Właściwie w pokojach nie spędzaliśmy zbyt wiele czasu. Na pierwszym piętrze w hotelu znajduje się coś na wzór słowackiej "społecznej mjestnosti" a naszej świetlicy.
wtorek, 25 stycznia 2011
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Karta EKUZ – przezorny zawsze ubezpieczony
Może temat na bloga nietypowy, może za bardzo poradnikowy, może zawiera za mało relacji z podróży, ale cóż… Sądzę, że może być bardzo przydatny, a dla wielu podróżników może być ciekawostką, o jakiej nie słyszeli.
Tak naprawdę ten post postanowiłam napisać ku przestrodze, niestety nauczona przykrym doświadczeniem.
wtorek, 28 grudnia 2010
Wyczekane fotografie
No kochani!
Należy mi się Wielkie Lanie!!! Żeby zamilknąć na tak długo!!! W dodatku ktoś tutaj obiecał jakieś zdjęcia.
Zdjęcia dawno przesłane, a na blogu, jak pusto, tak pusto!!!
Już się zbieram i tłumaczę (a tłumaczą się winni!). Otóż moi znajomi oczywiście fotki przysłali, tylko ja zabiegana i ogarnięta jesienną zawieruchą zajęć, w dodatku z komputerem, który czas długi odmawiał posłuszeństwa - ZAWIODŁAM!!!
Zatem prezentację czas zacząć.
Całkiem mi się letnio zrobiło, choć w następnych moich postach mam nadzieję, że raczej zimowo i mega śnieżnie będzie. A więc do zobaczenia :)
Należy mi się Wielkie Lanie!!! Żeby zamilknąć na tak długo!!! W dodatku ktoś tutaj obiecał jakieś zdjęcia.
Zdjęcia dawno przesłane, a na blogu, jak pusto, tak pusto!!!
Już się zbieram i tłumaczę (a tłumaczą się winni!). Otóż moi znajomi oczywiście fotki przysłali, tylko ja zabiegana i ogarnięta jesienną zawieruchą zajęć, w dodatku z komputerem, który czas długi odmawiał posłuszeństwa - ZAWIODŁAM!!!
Zatem prezentację czas zacząć.
![]() |
| Po pierwsze Madzia ze swoimi dziećmi maluje na szkle |
![]() |
| Oto efekty tej ciężkiej pracy. |
![]() |
| Po wtóre Madzia z dziećmi robią kwiaty z bibuły. |
| Przyszła pora na występy Oli i Agatki, które wykonały piękne bibułowe bukiety. |
| Oto bukiet Oli i Agatki |
| A tutaj jeszcze jeden sposób na niepogodę w Bieszczadach |
Całkiem mi się letnio zrobiło, choć w następnych moich postach mam nadzieję, że raczej zimowo i mega śnieżnie będzie. A więc do zobaczenia :)
piątek, 12 listopada 2010
Zajęć kilka ... na letnie Biesów odwiedziny
Tak tak.. letnie, letnie. Taka sobie mała zmiana klimatu. Była zima, za oknem jesień, a ja tu winna jestem jeszcze trochę letnich sposobów na spędzanie czasu w Bieszczadach z dziećmi.
Wędrowanie, wędrowanie, po primo, secundio i tercio... dla dzieciarni to przy tym tercio to już NUUUDA!
Tak więc animację czas zacząć. Moje propozycje oczywiście wypróbowane na mojej rodzince, tej najbliższej i dalszej, przyjaciołach i znajomych.
Sposób na upał: Proponuję odwiedzić Ośrodek UNITRA w Polańczyku. Na szczęście znajdował się dość blisko naszej tegorocznej kwatery. Naprawdę nie wiedziałam, że jest takie super miejsce do taplania się. I to nie tylko dla maluchów. Przystań usytuowana jest na Jeziorze Solińskim - jadąc w kierunku Wetliny zjazd w Polańczyku w lewo z ulicy Bieszczadzkiej (prawie na wysokości kościoła). Plaża na trawiastym zboczu - tutaj dwa baseny (właściwie brodziki) dla dzieci. W sumie takie nic, bo jeden wyłożony ... uwaga... kostką brukową, a więc to może fontanna, a nie basen, przy czym fontanna przez ogół oblegana celem otalnej ochłody. Dookoła wodotryski, przy drugim basenie mini-zjeżdżalnia. Przy plaży kompleks gastronomiczny, ba, a nawet animatorzy, którzy w swojej ofercie mają np. barwienie farbkami wybranych przez dzieci figurek gipsowych. Brawo Brawo!!!

Kilka plastikowych domków, zjeżdżalni dla dzieci - mały placyk zabaw.
A dla tych starszych? Oczywiście oprócz gastronomi, automaty do gry (np. koszykówka - pochylnia z piłkami, którymi na czas należy celować do kosza - oczywiście z miejsca, no tak bez dwutaktu, ale fajowo, prawda Maciuś?)
Dla starszych świetne kąpielisko na jeziorze, prawie basen. Otóż pomiędzy pomostami znajduje się zatopiona w wodzie drewniana konstrukcja obniżająca dno Jeziora Solińskiego. Wstęp naprawdę symboliczne 2 czy 3 złote. Ale za to opieka ratowników, no i przede wszystkim bezpieczna głębokość.
Tradycyjnie zapraszam na stronkę
www.unitra.bieszczady.pl/przystan.html
Naprawdę polecam, choć spędziliśmy tam tylko jeden dzień. Byliśmy przecież po tygodniowym moczeniu "zadków" w Hajduszoboszlo. Ale warto spróbować, tymbardziej, że w ubiegłym roku nie wiedzieliśmy o istnieniu tej plaży - plaża w samym Polańczyku była zbyt zatłoczona, poza tym woda bardzo głęboka..
Zatem wybraliśmy kąpiel w Sanie - a tu brrrrrrrrrrrrr zimno, jak to w górskim potoku.
Sposób na słotę: W naszym wykonaniu to pewnie byłyby gry planszowe, choć tak naprawdę to nie mieliśmy takiej pogody ani razu w Biesach. Na szczęście!!!
Z doświadczeń mojej kumpeli Magdy: Kryta Pływalnia Delfin w Ustrzykach Dolnych;
http://www.delfin.ustrzyki-dolne.pl/ (bilet bez limitu czasu 12 zł.)
Z doświadczeń moich znajomych Dzików polecam zabawy z bibułką. Otóż Robert, Jola z 12 letnią Olą i 7 letnią Agatką na bieszczadzkich wakacjach zatrzymali się w pensjonacie Bazyl w Bóbrce. Tu jedną z propozycji właścicieli było układanie kwiatów z bibuły. Inne zajęcia to garncarstwo. Zapraszam do galerii tego Gospodarstwa Agroturystycznego.
http://www.bazyle.pl/
Mam obiecane kilka zdjęć bibułowych wytworów dziewczynek. Obiecuję niezwłocznie zamieścić.
Tym właśnie Biesy słyną, że każdy Pensjonat chce się czymś wyróżnić. Magda z rodziną nocowała z kolei w Domu Twórczym LEGRAŻ w Bóbrce. Tu też było bardzo ciekawie - dzieci przepięknie malowały na szkle. (Madziu poproszę o zdjęcia!!) http://legraz.prv.pl/
I tak można wymieniać bez liku... Ale może to zostawię na kolejne pisanie...
A tymczasem zapraszam do komentowania, surfowania i próbowania w realu :)
Wędrowanie, wędrowanie, po primo, secundio i tercio... dla dzieciarni to przy tym tercio to już NUUUDA!
Tak więc animację czas zacząć. Moje propozycje oczywiście wypróbowane na mojej rodzince, tej najbliższej i dalszej, przyjaciołach i znajomych.
Sposób na upał: Proponuję odwiedzić Ośrodek UNITRA w Polańczyku. Na szczęście znajdował się dość blisko naszej tegorocznej kwatery. Naprawdę nie wiedziałam, że jest takie super miejsce do taplania się. I to nie tylko dla maluchów. Przystań usytuowana jest na Jeziorze Solińskim - jadąc w kierunku Wetliny zjazd w Polańczyku w lewo z ulicy Bieszczadzkiej (prawie na wysokości kościoła). Plaża na trawiastym zboczu - tutaj dwa baseny (właściwie brodziki) dla dzieci. W sumie takie nic, bo jeden wyłożony ... uwaga... kostką brukową, a więc to może fontanna, a nie basen, przy czym fontanna przez ogół oblegana celem otalnej ochłody. Dookoła wodotryski, przy drugim basenie mini-zjeżdżalnia. Przy plaży kompleks gastronomiczny, ba, a nawet animatorzy, którzy w swojej ofercie mają np. barwienie farbkami wybranych przez dzieci figurek gipsowych. Brawo Brawo!!!

Kilka plastikowych domków, zjeżdżalni dla dzieci - mały placyk zabaw.
A dla tych starszych? Oczywiście oprócz gastronomi, automaty do gry (np. koszykówka - pochylnia z piłkami, którymi na czas należy celować do kosza - oczywiście z miejsca, no tak bez dwutaktu, ale fajowo, prawda Maciuś?)
Dla starszych świetne kąpielisko na jeziorze, prawie basen. Otóż pomiędzy pomostami znajduje się zatopiona w wodzie drewniana konstrukcja obniżająca dno Jeziora Solińskiego. Wstęp naprawdę symboliczne 2 czy 3 złote. Ale za to opieka ratowników, no i przede wszystkim bezpieczna głębokość.
Tradycyjnie zapraszam na stronkę
www.unitra.bieszczady.pl/przystan.html
Naprawdę polecam, choć spędziliśmy tam tylko jeden dzień. Byliśmy przecież po tygodniowym moczeniu "zadków" w Hajduszoboszlo. Ale warto spróbować, tymbardziej, że w ubiegłym roku nie wiedzieliśmy o istnieniu tej plaży - plaża w samym Polańczyku była zbyt zatłoczona, poza tym woda bardzo głęboka..
Zatem wybraliśmy kąpiel w Sanie - a tu brrrrrrrrrrrrr zimno, jak to w górskim potoku.
Sposób na słotę: W naszym wykonaniu to pewnie byłyby gry planszowe, choć tak naprawdę to nie mieliśmy takiej pogody ani razu w Biesach. Na szczęście!!!
Z doświadczeń mojej kumpeli Magdy: Kryta Pływalnia Delfin w Ustrzykach Dolnych;
http://www.delfin.ustrzyki-dolne.pl/ (bilet bez limitu czasu 12 zł.)
Z doświadczeń moich znajomych Dzików polecam zabawy z bibułką. Otóż Robert, Jola z 12 letnią Olą i 7 letnią Agatką na bieszczadzkich wakacjach zatrzymali się w pensjonacie Bazyl w Bóbrce. Tu jedną z propozycji właścicieli było układanie kwiatów z bibuły. Inne zajęcia to garncarstwo. Zapraszam do galerii tego Gospodarstwa Agroturystycznego.
http://www.bazyle.pl/
Mam obiecane kilka zdjęć bibułowych wytworów dziewczynek. Obiecuję niezwłocznie zamieścić.
Tym właśnie Biesy słyną, że każdy Pensjonat chce się czymś wyróżnić. Magda z rodziną nocowała z kolei w Domu Twórczym LEGRAŻ w Bóbrce. Tu też było bardzo ciekawie - dzieci przepięknie malowały na szkle. (Madziu poproszę o zdjęcia!!) http://legraz.prv.pl/
I tak można wymieniać bez liku... Ale może to zostawię na kolejne pisanie...
A tymczasem zapraszam do komentowania, surfowania i próbowania w realu :)
poniedziałek, 18 października 2010
Taka sobie cisza ...
No mówicie, że zamilkłam… Nie, no nie, tak nie może być!
W moim wykonaniu zamilknąć, to nie lada wyczyn – powiedzą moi znajomi.
„Bo ja raczej małomówna i zamknięta w sobie jestem”. Mówię dużo, ale nie byle co!
A zajęć było co nie miara. Nie sposób było pisać bloga, jak tutaj takie WIELKIE PLANOWANIE…Oczywiście planowanie kolejnej podróży.
Po pierwsze CEL: Narty
Po wtóre TERMIN: Ferie (bo i dzieci w wieku szkolnym)
Po wtóre MIEJSCE: Słowacja, może znowu Habovka (skoro w ferie, to tutaj trochę luźniej)
Po trzecie EKIPA: Na chwilę obecną mamy pięć rodzin (a i kolejne w zanadrzu).
NARTY
Narty pierwszy raz miałam na nogach w wieku piętnastu lat… Potem z dziesięć lat przerwy i nagle wielkie ŁAAAAAAAAAŁ. Razem z grupką znajomych, z którymi spędzaliśmy ferie w słowackim Popradzie, postanowiliśmy spróbować. Wcale nie był to wyjazd stricte narciarski. Grupa licząca niespełna 30 osób, w tym dzieci w wieku od 3 do 8 lat. Do Popradu pojechaliśmy, bo piwo tańsze niż w Polsce, a i infrastruktura znakomita. Fajna kwaterka (sprawdzona już przeze mnie trzykrotnie), bardzo smaczne i ekonomiczne wyżywienie (Knajpka „CIN CIN” Poprad). No i zajefajna trasa saneczkowa!!!Z dziećmi - czego chcieć więcej?
Okazało się, że w takiej grupie, do nart wystarczyło tylko jedno słowo.
| Ekipa jednego z wyjazdów narciarskich ... jak widać wiek uczestników przekrojowy :) |
No to może spróbujemy?
Kurtki puchowe, dżinsy na nogach, nawet rękawiczki byle jakie… Sprzęt na miejscu wypożyczony.
Na początku kupa śmiechu, szczególnie kiedy po całym dniu „samouki” – przy piwku oglądaliśmy nasze wyczyny udokumentowane przez jednego z kolegów.
Następnego dnia wspólny instruktor (jeden dla 4 osób). Śnieżyca… dzieci płaczą, mąż na desce, ja na nartach. Siły wychowawcze podzielone. Trochę ja, trochę Radek. Ada jeździć nie będzie wcale. Cieszyłam się jak szalona, że zechciała wsiąść na sanki i uczestniczyć w mega zjazdach na trasie saneczkowej w Smokowcu. No cóż, taki temperament, ale poczekajcie… jeszcze kilka lat i to się zmieni.
Od tej pory na deski jeździmy już rok w rok. Na deski? Tak, bo Radek na jedną deskę, a ja i Adka do ubiegłego roku jeszcze na dwie deski… Ada nauczyła się jeździć w wieku 5 lat i mniej lub bardziej chętnie, żwawo i coraz mniej bojaźliwie posuwa. Zeszły rok moje dwie deski zamieniły się na kilka dni w jedną deskę. Postanowiłam spróbować na snowboardzie (pewnie w tym roku kontynuować naukę będę)
I tak oto wspólnie złapaliśmy bakcyla. A że znajomych u nas bez liku, to tak zarażamy tym naszym „choróbskiem”. Z roku, na rok dzieci rosną, przybywa ich, toteż zmieniają się nasze oczekiwania co do nart. Jeździmy już tyle lat (nie żeby nie wiadomo jak wyczynowo).
Rok, w rok… Na tydzień. Może nie jest to wiele, ale zawsze z utęsknieniem. Chyba tylko jeden sezon opuściliśmy. Słowacja generalnie przeważa w naszych wyprawach narciarskich. Wstyd przyznać, ale po polskiej stronie Tater tośmy jeszcze nie szusowali.
A i jeden wyjazd w Dolomity śmy zaliczyli. Tutaj to dopiero była jazda….
Kiedyś napewno opiszę…
poniedziałek, 4 października 2010
Dzień trzeci - do domu czas
Niedzielny słoneczny poranek. Śniadanie i szybkie pakowanie. Przed nami droga do Warszawy, a więc jakieś 7-8 godzin w trasie. Tak więc o 9.00 rano jesteśmy gotowi do drogi, ale, ale... Wcale nie do drogi do domu, ale do drogi w góry...
Na dziś powtórka z rozrywki - Rawki i inne. Byliśmy tu już w sierpniu, ale wówczas była to wyprawa rodzinna - tradycyjnie ja z koleżanką Agnieszką, razem z małymi dziećmi i Adą byłyśmy ogonem, a tata Radek z kolegą Tomkiem i jego synem Maćkiem wiedli prym. Czytaj: Chłopcy zaszli za Wielką Rawkę, Dziewczyny z riebiatą ledwie na Małą Rawkę.
Tym razem idziemy wspólnie - sami, a więc niezłym tempem. Na szlaku pusto - och jak przyjemnie, cisza. Słoneczko zagląda nam w plecaki.
I tak razem dochodzimy do Małej Rawki (1272 mnpm), a potem spokojnym spacerkiem do ...
Wielkiej Rawki (1302 mnpm). Cała wyprawa godzinkę w jedną stronę. Jeszcze dość wcześnie, a więc idziemy dalej.
Na rozwidleniu, do którego dochodzi niebieski szlak z Ustrzyk Górnych wisi kierunkowskaz na Krzemieniec (Kremenaros). To szczyt, na którym spotykają się trzy państwa: Ukraina, Polska i Słowacja.
Droga 45 minut - myślę więc: idziemy dalej! Nie ukrywam, że choć buty już wygodne, to obawiałam się zejścia. Razem przeszliśmy do pasa granicznego Ukraina-Polska. Szło mi się całkiem dobrze. Obawiałam się jednak zejścia tą samą trasą z pobolewającymi mnie kolanami. Zdecydowaliśmy, że ja wracam, a Radziu idzie dalej. Podzieliliśmy się prowiantem, oddałam aparat, dostałam kluczyki do samochodu i cześć!!!
Radek doszedł oczywiście na Krzemieniec - 1221 m npm, ja zaś powoli schodziłam na parking.
Jakież było moje zdziwienie kiedy po drodze między Małą a Wielką Rawką mijała mnie grupa pięciu rowerzystów (naprawdę jechali...). Jakiś kilometr dalej, przy zejściu z Małej Rawki spotkałam dwóch kolejnych szaleńców. Ci już niestety tylko nieśli rowery. Ale brawa za odwagę!!!
Kiedy tylko doszłam do schroniska zadzwonił Radek.
"- Gdzie jesteś?"
"- Ja, przy schronisku" - odpowiedziałam.
Radek: "Nie, no ja zacząłem schodzić z Małej Rawki"
Nie muszę chyba pisać, że minęły jakieś 3 minuty i mój mąż stał nieopodal mnie - To żartowniś jeden!
Wróciliśmy do samochodu, tradycyjnie już uzupełniliśmy pieczątki, szybko zmiana stroju i dalej w trasę.
No może jeszcze tylko szybki obiadek w Chacie Wędrowca i zakup drobnych upominków dla dzieciaków.
Świetny weekend, cudowna pogoda. Dziś, kiedy to piszę, jest ciepło i słonecznie, ale widziałam piątkowe zdjęcia z Wielkiej Rawki - śnieg, przymrozek, zachmurzenie raczej nieumiarkowane... Mieliśmy kupę szczęścia, a przecież tydzień temu chodziłam tam w krótkim rękawku.
Do zobaczenia Bieszczady, do zobaczenia!!!
Na dziś powtórka z rozrywki - Rawki i inne. Byliśmy tu już w sierpniu, ale wówczas była to wyprawa rodzinna - tradycyjnie ja z koleżanką Agnieszką, razem z małymi dziećmi i Adą byłyśmy ogonem, a tata Radek z kolegą Tomkiem i jego synem Maćkiem wiedli prym. Czytaj: Chłopcy zaszli za Wielką Rawkę, Dziewczyny z riebiatą ledwie na Małą Rawkę.
Tym razem idziemy wspólnie - sami, a więc niezłym tempem. Na szlaku pusto - och jak przyjemnie, cisza. Słoneczko zagląda nam w plecaki.
I tak razem dochodzimy do Małej Rawki (1272 mnpm), a potem spokojnym spacerkiem do ...
Wielkiej Rawki (1302 mnpm). Cała wyprawa godzinkę w jedną stronę. Jeszcze dość wcześnie, a więc idziemy dalej.
Na rozwidleniu, do którego dochodzi niebieski szlak z Ustrzyk Górnych wisi kierunkowskaz na Krzemieniec (Kremenaros). To szczyt, na którym spotykają się trzy państwa: Ukraina, Polska i Słowacja.
Droga 45 minut - myślę więc: idziemy dalej! Nie ukrywam, że choć buty już wygodne, to obawiałam się zejścia. Razem przeszliśmy do pasa granicznego Ukraina-Polska. Szło mi się całkiem dobrze. Obawiałam się jednak zejścia tą samą trasą z pobolewającymi mnie kolanami. Zdecydowaliśmy, że ja wracam, a Radziu idzie dalej. Podzieliliśmy się prowiantem, oddałam aparat, dostałam kluczyki do samochodu i cześć!!!
Radek doszedł oczywiście na Krzemieniec - 1221 m npm, ja zaś powoli schodziłam na parking.
Jakież było moje zdziwienie kiedy po drodze między Małą a Wielką Rawką mijała mnie grupa pięciu rowerzystów (naprawdę jechali...). Jakiś kilometr dalej, przy zejściu z Małej Rawki spotkałam dwóch kolejnych szaleńców. Ci już niestety tylko nieśli rowery. Ale brawa za odwagę!!!
Kiedy tylko doszłam do schroniska zadzwonił Radek.
"- Gdzie jesteś?"
"- Ja, przy schronisku" - odpowiedziałam.
Radek: "Nie, no ja zacząłem schodzić z Małej Rawki"
Nie muszę chyba pisać, że minęły jakieś 3 minuty i mój mąż stał nieopodal mnie - To żartowniś jeden!
Wróciliśmy do samochodu, tradycyjnie już uzupełniliśmy pieczątki, szybko zmiana stroju i dalej w trasę.
No może jeszcze tylko szybki obiadek w Chacie Wędrowca i zakup drobnych upominków dla dzieciaków.
Świetny weekend, cudowna pogoda. Dziś, kiedy to piszę, jest ciepło i słonecznie, ale widziałam piątkowe zdjęcia z Wielkiej Rawki - śnieg, przymrozek, zachmurzenie raczej nieumiarkowane... Mieliśmy kupę szczęścia, a przecież tydzień temu chodziłam tam w krótkim rękawku.
Do zobaczenia Bieszczady, do zobaczenia!!!
piątek, 1 października 2010
Jeśli zjeść, to tylko w Chacie Wędrowca
Ach! Dziś miało być coś o żarełku.
Żarełko (czytaj: gastronomia) w Ustrzykach Górnych naprawdę niewiele ma wspólnego z … no właśnie z czym? Jedliśmy w jakimś barze w centrum (o ile tam w ogóle jest jakieś centrum?!), ponieważ inne punkty zostały wyeliminowane, albo telefonicznie, albo dzięki poradom internautów (dzięki!). Zaznaczam, że na moją opinie składa się iloczyn opinii internautów z lekko empirycznymi doświadczeniami….
Bar w Ustrzykach – zestaw drwala, dużo jedzenia, bardzo tanio i….. bardzo tłusto (choć pierogi wyglądały nawet nieźle). Niestety (albo na szczęście!) drugiego dnia nie dało się tam zjeść. „Bo mamy taką imprezę rodzinną” – chyba jak pół tej miejscowości, pomyślałam, bo właśnie dlatego w Zajeździe Caryńskim już telefonicznie odmówiono mi konsumpcji.
Tak właśnie trafiliśmy do Chaty Wędrowca – słynnej już bieszczadzkiej restauracji w Wetlinie. To kawałek od nas, ale naprawdę warto. Oto stronka: http://chatawedrowca.pl/
Wchodzimy – fajny klimat, unosi się zapach domowego, owianego górskim zefirkiem i podgrzanego słońcem jedzenia. Już samo otoczenie, widoki z werandy, wystrój i ta cudowna atmosfera…. Ja naprawdę nie jestem w stanie tego opisać (szczególnie teraz kiedy zwijam się z głodu). Na forum www.gastronauci.pl napisali, że drogo, że się długo czeka, że kiepska obsługa…NIE ZGADZAM SIĘ!!! KATEGORYCZNIE PROTESTUJĘ!!!
Po pierwsze: drogo – nie! Jeśli patrzeć tylko na cenę, nie widząc dania, wielkości porcji, nie znając sposobu jego przyrządzenia, a wreszcie nie próbując tych pyszności – można mówić, że drogo. Ale to bzdura! Obiad naprawdę duży (tylko drugie danie) to wydatek od 14 zł (pierogi), nawet do 63 zł. („TALERZ KARCZMARZA co brzuchem drzwi wywarza). To co jedliśmy to TALERZ SZABO za całe 27 zeta. Do tego podpiwek i cola – cały obiad dla 2 osób to 72 złote. Chyba tragedii nie ma?! Był to placek ziemniaczany tarty z gulaszem (pikantny), do tego ogórki kiszone polane jakimś sosem (majonez, jogurt naturalny, czosnek i musztarda Dijon) – PYCHA!!!!
Po drugie: długo się czeka – nie! Wcale, a wcale nie! Restauracja ta uczestniczy w ruchy przeciwnym do FAST Food – zwanym Slow Food. Wszyscy zniewoleni przez tempo życia bronimy się przed brakiem czasu na wspólne posiłki, tęsknimy za rozkoszowaniem się smakiem. Poza tym , kiedy tylko weszliśmy dostaliśmy menu – w formie gazety. Dużej ulotki informacyjnej, zawierającej nie tylko menu, ale także historię powstania restauracji, ciekawe artykuły dotyczące ruchu Slow Food, opinie Makłowicza, Bikonta i innych znawców noża i widelca. W zasadzie menu jest tak ciekawe, że po zamówieniu obiadu i tak dalej czytaliśmy… … Rozkład kolejki leśnej, ważne telefony, itd.
Tutaj także wyczytaliśmy, że za potrawę Naleśnik GIGANT „Chata Wędrowca” otrzymała certyfikat Bieszczadzkiego Produktu Lokalnego. A naleśnik, który wcale nie wygląda jak naleśnik, bo jest smażony na głębokim tłuszczu sprzedawany jest tutaj z różnymi dodatkami – z twarogiem, z truskawkami, z jagodami. I naprawdę nie można traktować go jako deser – chyba, że pół porcji i to na pewno nie prosto po obiedzie.
Po trzecie: kiepska obsługa – nie! Pani kelnerka była bardzo miła, a że nie chciała sprzedać obiadu pół porcji.. Normalne! U nich na pół porcji sprzedaje się tylko naleśniki (co oczywiście zaznaczone jest w karcie). Na zdjęciu właśnie te pół porcji. Można płacić kartą (co w Bieszczadach stanowi nie lada wyczyn), na miejscu można kupić książki o Bieszczadach, stylowe anioły, artystyczną biżuterię, no i płyty wielu znanych bardów. Bardzo serdecznie pozdrawiam właścicieli i na pewno zjemy tam jeszcze nie raz.
Żarełko (czytaj: gastronomia) w Ustrzykach Górnych naprawdę niewiele ma wspólnego z … no właśnie z czym? Jedliśmy w jakimś barze w centrum (o ile tam w ogóle jest jakieś centrum?!), ponieważ inne punkty zostały wyeliminowane, albo telefonicznie, albo dzięki poradom internautów (dzięki!). Zaznaczam, że na moją opinie składa się iloczyn opinii internautów z lekko empirycznymi doświadczeniami….
Bar w Ustrzykach – zestaw drwala, dużo jedzenia, bardzo tanio i….. bardzo tłusto (choć pierogi wyglądały nawet nieźle). Niestety (albo na szczęście!) drugiego dnia nie dało się tam zjeść. „Bo mamy taką imprezę rodzinną” – chyba jak pół tej miejscowości, pomyślałam, bo właśnie dlatego w Zajeździe Caryńskim już telefonicznie odmówiono mi konsumpcji.
Tak właśnie trafiliśmy do Chaty Wędrowca – słynnej już bieszczadzkiej restauracji w Wetlinie. To kawałek od nas, ale naprawdę warto. Oto stronka: http://chatawedrowca.pl/
Wchodzimy – fajny klimat, unosi się zapach domowego, owianego górskim zefirkiem i podgrzanego słońcem jedzenia. Już samo otoczenie, widoki z werandy, wystrój i ta cudowna atmosfera…. Ja naprawdę nie jestem w stanie tego opisać (szczególnie teraz kiedy zwijam się z głodu). Na forum www.gastronauci.pl napisali, że drogo, że się długo czeka, że kiepska obsługa…NIE ZGADZAM SIĘ!!! KATEGORYCZNIE PROTESTUJĘ!!!
Po pierwsze: drogo – nie! Jeśli patrzeć tylko na cenę, nie widząc dania, wielkości porcji, nie znając sposobu jego przyrządzenia, a wreszcie nie próbując tych pyszności – można mówić, że drogo. Ale to bzdura! Obiad naprawdę duży (tylko drugie danie) to wydatek od 14 zł (pierogi), nawet do 63 zł. („TALERZ KARCZMARZA co brzuchem drzwi wywarza). To co jedliśmy to TALERZ SZABO za całe 27 zeta. Do tego podpiwek i cola – cały obiad dla 2 osób to 72 złote. Chyba tragedii nie ma?! Był to placek ziemniaczany tarty z gulaszem (pikantny), do tego ogórki kiszone polane jakimś sosem (majonez, jogurt naturalny, czosnek i musztarda Dijon) – PYCHA!!!!
Po drugie: długo się czeka – nie! Wcale, a wcale nie! Restauracja ta uczestniczy w ruchy przeciwnym do FAST Food – zwanym Slow Food. Wszyscy zniewoleni przez tempo życia bronimy się przed brakiem czasu na wspólne posiłki, tęsknimy za rozkoszowaniem się smakiem. Poza tym , kiedy tylko weszliśmy dostaliśmy menu – w formie gazety. Dużej ulotki informacyjnej, zawierającej nie tylko menu, ale także historię powstania restauracji, ciekawe artykuły dotyczące ruchu Slow Food, opinie Makłowicza, Bikonta i innych znawców noża i widelca. W zasadzie menu jest tak ciekawe, że po zamówieniu obiadu i tak dalej czytaliśmy… … Rozkład kolejki leśnej, ważne telefony, itd.
Tutaj także wyczytaliśmy, że za potrawę Naleśnik GIGANT „Chata Wędrowca” otrzymała certyfikat Bieszczadzkiego Produktu Lokalnego. A naleśnik, który wcale nie wygląda jak naleśnik, bo jest smażony na głębokim tłuszczu sprzedawany jest tutaj z różnymi dodatkami – z twarogiem, z truskawkami, z jagodami. I naprawdę nie można traktować go jako deser – chyba, że pół porcji i to na pewno nie prosto po obiedzie.
Po trzecie: kiepska obsługa – nie! Pani kelnerka była bardzo miła, a że nie chciała sprzedać obiadu pół porcji.. Normalne! U nich na pół porcji sprzedaje się tylko naleśniki (co oczywiście zaznaczone jest w karcie). Na zdjęciu właśnie te pół porcji. Można płacić kartą (co w Bieszczadach stanowi nie lada wyczyn), na miejscu można kupić książki o Bieszczadach, stylowe anioły, artystyczną biżuterię, no i płyty wielu znanych bardów. Bardzo serdecznie pozdrawiam właścicieli i na pewno zjemy tam jeszcze nie raz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



