Dzień czwarty wędrówki
A nad moją głową powoli powstaje aureola...Przypadek? Nie sądzę :)
Bo dziś cudów będzie więcej...
8 sierpnia 2026 r - sobota
Etap 4: Betanzos-Ordes
Dystans: 31,52 km
Start: 7:00
Meta: 17:00
Czas marszu: około 10 godz z przerwami
Przerwa na posiłek: 12,5 km, 22 km, 25 km
Nocleg: Casa de Ardemil (Rua Cruz 18, O Castro, Ardemil/Ordes)
Dystans: 31,52 km
Start: 7:00
Meta: 17:00
Czas marszu: około 10 godz z przerwami
Przerwa na posiłek: 12,5 km, 22 km, 25 km
Nocleg: Casa de Ardemil (Rua Cruz 18, O Castro, Ardemil/Ordes)
Kiedy startujemy z Betanzos miasto jeszcze śpi. Dziś przed nami długi odcinek, stąd decyzja o tak wczesnym wyjściu.
Do katedry w Santiago de Compostella dzieli nas ok. 60 km, a drogę wskazuje nam taki oto pielgrzym.
- całkowity wznios 843 m,
- spadek 509 m,
- minimalna wysokość 16 m,
- maksymalna wysokość 469 m
Dziś też nie możemy narzekać na brak towarzystwa na szlaku. Z każdym dniem pielgrzymów na Camino jest coraz więcej.
Fauna i flora Galicji: irys, kiwi, figi, eukaliptus
Tak wyglądają mijane przez nas lasy, w większości są to lasy eukaliptusowe. Pierwsze eukaliptusy sprowadzono na te tereny z Australii w połowie XIX wieku.
Galicyjczycy pokochali ten gatunek, ze względu na szybki wzrost (ok.10 lat) i możliwość sprzedaży. Niestety jednak często drzewa te są przyczyną pożarów, w dodatku są bardzo ekspansywne, zagrażając wzrostowi innych roślin.
Ok godz. 8:50 mijamy wiejski galicyjski kościół z przyległym cmentarzem (Igrexa de Santo Estevo de Cos) w gminie AbegondoPo ok. godzinie drogi zasłużony przystanek śniadaniowy. Meson-Museo Xente No Camino to restauracja, w której gromadzi się sporo pielgrzymów, choć ceny są znacznie wyższe, niż w barach mijanych w poprzednich dniach: tortilla 4 EUR, sok wyciskany z pomarańczy 3 EUR. Coraz bliżej do Santiago ...
Za ok. kolejną godzinę jesteśmy w Leiro. Parroquia de Santa Eulalia Leiro tuż nad wejściem posiada dzwon, którego dźwięk rozniósł się na całą okolicę. To za sprawą jednej pątniczki, która poirytowana kolejnymi zamkniętymi wrotami świątyni, postanowiła tradycyjnie zadzwonić... Zapewniam, nie byłam to ja :)
Nieco dalej ciekawostka - hodowla nutrii - obecnie opuszczona, a po fermie pozostał jedynie wątpliwej jakości zapach.
Podczas dalszej dzisiejszej wędrówki zaskakuje nas szczególne miejsce z pieczątką.
Otóż, w środku lasu można za 2 EUR nabyć krzyż św. Jakuba (hiszp. Cruz de Santiago) wykonany przez miejscowego rzemieślnika. Kształtem przypomina on miecz lub sztylet z ostrym zakończeniem u dołu, a jego rękojeść i ramiona kończą się motywem lilii; miecz nawiązuje do męczeńskiej śmierci św. Jakuba Większego (Starszego), który zginął przez ścięcie głowy mieczem z rozkazu Heroda Agryppy I. W średniowieczu krzyż ten stał się symbolem Zakonu św. Jakuba z Composteli, którego rycerze chronili pielgrzymów wędrujących do grobu apostoła.
Dziś wiemy, że miejsc w których możemy się zatrzymać na posiłek będzie niewiele. Szczegółowe instrukcje otrzymaliśmy bowiem kilka dni temu od właściciela zarezerwowanej przeze mnie kwatery. Tym razem rezerwacji dokonałam bezpośrednio, kontaktując się z Casa de Ardemil przez Whatsapp. Ponieważ w Bruma spotykają się obie drogi: nasza z Ferrol i ta krótsza, prowadząca z A Coruna - jest tu problem z noclegami. Mimo iż do wyjazdu na Camino dzieliło nas ponad 3 miesiące, zarówno kościelna, jak i prywatna alberga w Brumie zostały zajęte, a nam pozostały jedynie kontakty polecone przez innych pielgrzymów. Jedna casa zajęta, kolejna również, ale na szczęście właściciel poleca mi kwaterę z sąsiedztwa - właśnie Casa de Ardemil. Gospodarz to prawdziwy anioł stróż szlaku - już kilka dni wcześniej służył mi radą i pomocą. Ostrzega nas, że w pobliżu kwatery nie ma sklepów, a ostatnia restauracja Casa Grana jest 4 km wcześniej - w Brumie. Rekomenduje także bar kanapkowy Casa Avelina na trasie i potem menu pielgrzyma w Brumie. Proponuje nam ponadto, że zabierze nas do marketu na zakupy. Wszystko to w bogatej korespondencji prowadzonej ze mną na Whatsapp kilka dni wcześniej. Dziwnym trafem dziś, w ciągu dnia prosi jednak o listę zakupów, że będzie jechał sam do miasta i sam nam te zakupy zrobi.
Kiedy dochodzimy do Casa Avelina w As Travesas - zastanawiam się czemu wszyscy siedzą w sąsiadującej z nią knajpie. Pewnie nie wiedzą, że to właśnie kilka metrów dalej - w słynnej Casa Avelina, siostry prowadzące bar dla pielgrzymów podstawiają im stołki pod nogi, aby stopy odpoczęły przed dalszą drogą. Prawda okazuje się jednak dużo bardziej dotkliwsza...
Dziś z niewiadomych powodów Casa Avelina jest zamknięta, a na drzwiach wisi jakaś dziwna informacja.
Niestety notatka sporządzona jest w języku hiszpańskim, a ja nie bardzo mam czas wrzucić zdjęcia w tłumacza.
Wypijamy zatem kawę i piwo w sąsiednim Albergue Bar O San Roquino.
Ok. godz. 13:50 wyruszamy w dalszą drogę i ku naszej radości, za pół godziny docieramy do Hospital de Bruma. Stąd do miejsca noclegu Casa de Ardemil dzieli nas już ponoć tylko 4 km. Powoli przestaję wierzyć w te odległości.
Pora jest faktycznie iście obiadowa i kiedy wchodzimy do jedynej w tej miejscowości restauracji Casa Grana - lokal pęka w szwach. Panuje tu gwar i rwetes, jakich ani razu na szlaku jakubowym nie dało nam się doświadczyć. Wszystkie stoliki we wnętrzu restauracji zajęte, przy barze koczują kolejni ochotnicy, a w podwórzu trwa jakiś miejscowy festyn. Z trudem udaje mi się odnaleźć anglojęzyczną kelnerkę, która mówi:
- Nie ma miejsc, za dużo ludzi czeka. Musicie czekać aż Was poproszę... ale to potrwa.
Upieram się, że możemy czekać cierpliwie - że jesteśmy głodni, no i że chcemy skorzystać z menu pielgrzyma. Kiedy po pół godzinie oczekiwania zwalnia się stolik i próbuję go zająć - kelnerka nas przegania i mówi, że to nie dla nas.
Tymczasem w ogródku restauracji zabawa trwa w najlepsze: w wielkim namiocie serwowane jest wino, a w rogu ogrodu ewidentnie coś się gotuje. Przygotowywane jest pieczywo i talerze....Myślę sobie: Aaa... to pewnie tutaj będą wydawać to menu pielgrzyma!
Z filmów na YT wiedziałam że taki zestaw w cenie kilkunastu EUR składa się z zupy, drugiego dania, deseru i wody lub wina. To właśnie nasze wymarzone "menu peregrino", które po prostu dopiero się gotuje - zapewne w tym największym garnku.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy kucharka dała się namówić na prezentację zawartości garnka. To była gotowana ośmiornica.... o co to to nie!!! Dziękuję - już wcale nie jestem taka głodna.
Ostatecznie o godzinie 15:15 dostajemy miejsce przy stoliku usytuowanym w osobnej sali, która wyglądała jak zaplecze restauracji. A to ciekawe! Oczywiście w oczekiwaniu na miejsce zdążyliśmy już nabyć napoje chłodzące. Menu dnia, które w tygodniu kosztuje 13 EUR, w dni świąteczne (a dziś jest sobota) kosztuje już 16 EUR/osobę. Po takim długim oczekiwaniu - cena przestała mieć znaczenie.
Na pierwsze danie Radek zamawia Caldo gallego - zupę galicyjską z ziemniakami i fasolą,
a ja spagetti bolognese.

Drugie danie to Pollo con patatas frithe - kurczak z frytkami.
Na końcu mamy do wyboru deser: rolada lodowa lub pudding.
Dodatkowych napoi nie stwierdzono, a koszt naszego pobytu w Casa Grana to ponad 2 godziny i ok.40 EUR (coca-cola kosztuje tu 2,30 EUR). Sama nie wiem co było cenniejsze - chyba czas, szczególnie że odczuwamy już zmęczenie i potrzebę kąpieli.
Do celu dzisiejszej wędrówki szliśmy jeszcze prawie godzinę - zmęczeni ale najedzeni, śmieliśmy się do rozpuku z tej naszej gastroprzygody. Kiedy dotarliśmy do miasteczka nasze zdziwienie sięgnęło zenitu.
Mała mieścina bez sklepu, ale za to z lotniskiem? To miejscowy zbieracz ciekawostek tak sobie urządził podwórko. Jak się za chwilę okazało - po przeciwnej stronie ulicy znajduje się jeszcze nietypowe muzeum...
Widzimy, że tu także trwa jakiś festyn, a w wielkim namiocie zgromadzili się chyba wszyscy mieszkańcy. Zapewne to rzadkie zjawisko: pielgrzym wędrujący o godz.17:00 główną drogą, bo szybko jesteśmy zauważeni przez - jak się okazuje - właściciela naszej kwatery. Aby dotrzeć do Casa de Ardemil (Rua Cruz 18, O Castro (Ardemil/ Ordes),
To bardzo przyjemne gospodarstwo agroturystyczne - właściciele mieszkają w sąsiednim domu, więc ten domek jest do wyłącznej dyspozycji pielgrzymów. Oprócz wspólnej kuchni i łazienki w budynku znajdują się trzy sypialnie 2-osobowe.
Gospodarze są bardzo pomocni i gościnni, a miejsce jest doskonałym miejscem na odpoczynek. Nocleg tutaj kosztował nas 50 EUR (25 EUR/osoba).
Gospodarz prezentuje nam nasz pokój, a my pytamy o zakupy. Pan niestety rozmawia jedynie w swoim rodzimym języku. Na szczęście w rolę tłumacza na język angielski wciela się Hiszpanka wynajmująca sąsiedni pokój. Sprawnie tłumaczy nasze poszczególne artykuły z listy zakupów, a kiedy na liście znajduje się chleb, mówi:
- O nie, chleba nie kupujcie. Podzielimy się!
Okazało się, że dostała na festynie cały bochen chleba, a komunikat ten zabrzmiał jak cytat z Księgi Izaasza "Podziel swój chleb z głodnym” (Iz 58,7)".
Tak, chlebem trzeba się dzielić, a Camino daje nam właśnie takie znaki.
Wieczór upłynął nam na kolacji i wspólnych rozmowach. Dopiero wtedy dowiedziałam się, dlaczego Casa Avelina była zamknięta. Jej właścicielka - seniorka rodu, Carmen Vilarino - wczoraj zmarła. Właśnie tego wieczoru odbywała się msza żałobna, a właściciel naszej kwatery uczestniczył w ostatnim pożegnaniu Carmen. Wychodzi na to, że kartka na drzwiach, której nie zdążyłam przetłumaczyć to był afisz żałobny.
Droga Angielska straciła kogoś naprawdę wyjątkowego. Odeszła jedna z tych osób, które przez lata sprawiały, że Camino Ingless było czymś znacznie więcej niż tylko szlakiem prowadzącym do Santiago de Compostella. Tak bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy doświadczyć Jej gościnności i otwartego serca.
Buen Camino, Carmen! Niech Twoja ostatnia droga będzie spokojna. A ślady dobra, które zostawiłaś na Camino (i córki Avelina i Mari Carmen nadal przyjmujące gości), niech prowadzą kolejne pokolenia pielgrzymów.
.jpg)







.jpg)



























