piątek, 18 września 2020

Weekend w Pieninach

Stało się już tradycją, że rokrocznie na początku wakacji wybieramy się rodzinnie w Tatry. Te wyjazdy mają zupełnie odmienny charakter niż te nasze samodzielne - tym razem jedziemy całą ekipą z dziećmi wieku 7-17 lat i czterema psami. 
Od kilku lat bazą wypadową było Zakopane, ale w tym roku w związku z pandemią i najazdem turystów na stolicę Tatr, postanowiliśmy wybrać mniej oblegane miejsce. Naszym celem stały się Pieniny. I choć dla nas nie są one wcale takie nieznane, dla naszych towarzyszy będą absolutną nowością. Niektórzy z nich nawet po wstępnej analizie map doszli do wniosku, że te szczyty to takie jakieś niskie są....a jak wyszło w praniu przekonacie się sami. 
Na dzień dobry - słów kilka o naszej weekendowej kwaterze. 
Bazę noclegową znajdujemy tym razem w Hotelu Jan w Szczawnicy, a właściwie w apartamentach pod tym samym szyldem. Budynek z apartamentami znajduje się w innym budynku niż hotel, usytuowanym 200 metrów poniżej, 
co daje nam zupełną prywatność. Jednocześnie możemy korzystać z całej infrastruktury hotelu - basenu, sauny. Zajmujemy praktycznie cały budynek - co ma szczególne znaczenie dla najmłodszych pupilów. W ten sposób pieski nie będą zmorą sąsiadów. Jednocześnie każda rodzina zakwaterowana została w samodzielnym mieszkaniu. Każdy apartament składa się z dwóch sypialni, pokoju dziennego z aneksem kuchennym, łazienki z wc, osobnego wc i przedpokoju. Pokoje mają balkony - niektóre nawet z widokiem na góry. Jest to miejsce naprawdę godne polecenia - szczególnie polecamy dania obiadowe w restauracji Hotelu Jan. Bardzo miła obsługa, smaczne i dostosowane do konsumenta dania oraz przystępne ceny sprawiają, że z przyjemnością zajrzymy tam następnym razem.
Teraz słowo wprowadzenia na temat samej Szczawnicy. Nasz hotel usytuowany był w Jaworkach - wsi która do 2008 roku administracyjnie należała do Szczawnicy. W tej połemkowskiej wsi, w dolinie Grajcarka spędzaliśmy wakacje w 2005 roku - zakwaterowani wówczas w Pensjonacie Partykówka. Przy okazji serdeczne uściski dla Celinki - szkoda że w dobie koronawirusa nie byliście w stanie przyjąć naszej ekipy pod swoje dachy.
Samą wieś Jaworki odwiedzający Pieniny powinni kojarzyć z Wąwozu Homole znajdującego się u wrót tej miejscowości. 
Stąd także prowadzi szlak na najwyższy szczyt Pienin - Wysoką (zwaną obecnie Wysokie Skałki).

Ten najwyższy szczyt w Małych Pieninach, należący do Korony Gór Polski osiąga wysokość 1.050,00 m npm (na szczycie czeka pieczęć  do książeczki Klubu Zdobywców Korony Gór Polski).  I choć może nie jest to imponująca wartość to wejście na wierzchołek - szczególnie od strony bazy namiotowej pod Wysoką może przysporzyć trochę kłopotu. 
Szczyt jest zalesiony, ale samo leśne podejście po licznych konarach, skałkach i kamieniach - szczególnie po deszczu (a tu wilgoć utrzymuje się dość długo) to niezła ślizgawka. 
Po drodze może nie ma ekspozycji, za to na samym szczycie czeka nas piękna panorama na Tatry, Gorce, czy choćby Trzy Korony - niesłusznie uważane za najwyższy szczyt Pienin. Mimo iż w trakcie tego pobytu:
w sobotę zdobyliśmy Wysoką, mijając po drodze
rozległą polanę przy wyjściu z Wąwozu Homole
na górnej stacji kolei linowej Jaworki Homole,
kończąc wycieczkę w schronisku pod Durbaszką, 
czy bacówkę pod Bereśnikiem - którą odwiedziliśmy w piątek 
  
i Krzyż pod Bryjarką,
to właśnie Trzem Koronom chcę poświęcić osobny post, i to Trzem Koronom w dość nietypowym wydaniu. Zapraszam :)

czwartek, 16 lipca 2020

Gorce na biegowo

Te mega ambitne plany dla Radka - mojego wytrawnego biegacza zdają się być betką, podczas kiedy dla mnie stają się nie lada wyzwaniem. Otóż na niedzielny poranek zaplanowaliśmy bieg na Magurki. Żeby zaoszczędzić na czasie - w końcu to dziś już wracamy do domu - z Ochotnicy Górnej podjeżdżamy szosą w stronę przysiółka Forendówki. W tym celu, nie opuszczając jeszcze wsi, po prawej stronie tuż za przystankiem autobusowym i sklepem, skręcamy w asfaltową drogę w prawo. Dokładnie na skręcie po lewej stronie jezdni jest boisko Orlika. Jedziemy dosłownie kilometr i szukamy miejsca na samochód. Znajdujemy jakiś pseudo parking przy drodze i tu zostawiamy samochód. Przed nami betonowo-jombowy stromy podjazd, który pokonamy już na własnych nogach. Czas start! Jest godzina 9:55 a przed nami dystans około 9 km. 
10:20 już jesteśmy na wieży widokowej
Że ja w bieganiu jestem leszczem to pewnie wiecie, więc przede mną kolejna lekcja - tym razem z górskiego biegania. Wszystko to pod czujnym okiem mojego prywatnego coacha. Jakaż ja byłam z siebie dumna, że pod ten pierwszy stromy podjazd wbiegłam niczym łania - dziwiąc się czemu Radek tak powoli truchta. No i za jakieś 100 metrów role się odwróciły i zrozumiałam... Ja sapałam jak lokomotywa, a Radek dalej sobie spokojnie truchtał. Kiedy zostawił mnie mocno w tyle musiałam pogodzić się z faktem, że pod górę to ja raczej nie dam rady ciągle biec. W moim wykonaniu, będzie to często bardzo szybkie podejście. Czasem udawało mi się nawet trochę pod górę podbiec, ale i tak byłam nieźle zasapana. 
Wieża widokowa Magurki szczyt Magurki 1108 m n.p.m.
Kiedy ja dobiegałam do wieży Radek już był na jej szczycie. 
Panorama rekompensuje trudy podbiegów.
Trasa z Forendówek nie jest oznaczona typowymi znakami na drzewach, tylko co jakiś czas ustawione są drewniane słupki z logiem szlaku. W górę w zasadzie prowadzi tylko jedna droga, a samo dojście do wieży widokowej nie jest zbyt długie.
Spod wieży kierujemy się w stronę Przełęczy Pańska Przehybka (995 m n.p.m.)

To miejsce katastrofy samolotu
Dnia 18 grudnia 1944 roku samolot amerykański Liberator typu B-24 J o nazwie "California Rocket" podczas kursu bojowego z włoskiej bazy na cele niemieckie w Oświęcimiu uległ wypadkowi. Z powodu awarii silników załoga samolotu musiała wyskoczyć na spadochronach, a ładunki bombowe zrzucić w bezpieczne miejsce. 
Zbocza zalesionego masywu Gorców stały się najbezpieczniejszym miejscem do rozbicia samolotu. Dziewięciu z dziesięciu członków załogi uszło z życiem. Wciąż nie znane są losy pilota Williama J. Beimbrinka, który jako ostatni opuszczał pokład. Razem ze Spencerem Feltem stali nad komorą bombową gotowi do skoku - gdy Felt wyskakiwał zauważył, że Beimbrink wrócił do kabiny. Wśród szczątków samolotu nie znaleziono żadnych ofiar, więc nie wiadomo co stało się potem. 
Problemy na podbiegach szybko nadrobiłam podczas powrotu. Zbiegi z góry to już była dla mnie czysta przyjemność. Na szlaku trzeba było jednak bardzo uważać, bo nawierzchnia była błotnista i śliska. .a po drodze mieliśmy przekrój czterech pór roku - łącznie z gradem. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu, bo szlak prowadzący na wieżę widokową Magurki prowadzi z dwóch stron, albo obraną przez nas Forendówką, albo przez Jasszcze -  można byłoby więc wbiec z jednej strony, a zbiec na drugą. 

To było bardzo fajne doświadczenie - z zegarkiem w ręku o 10:50 rozpoczęliśmy zbieg w dół, a 11:20 Radek był już przy aucie.... No dobra, ja byłam ja chwilę później. Całkowity pokonany dystans wyniósł 8,88 km w czasie 1:33:19, ale to oczywiście z postojami i robieniem zdjęć. 

Oj wiem - jeszcze dużo pracy przede mną ... a to była świetna lekcja z biegania. Po raz kolejny przekonałam się, że mogę znacznie więcej, niż mi się wydaje. I do tego  zachęcam także każdego z Was. 
Rozwijaj skrzydła i marz jak najwięcej bo marzenia są skrzydłami naszej duszy....

wtorek, 23 czerwca 2020

Weekend w Gorcach

Wstrętny COVID-19 zawirusował wszystkich nas na długie tygodnie, zmieniając całkowicie nasze dotychczasowe wyprawowe plany. I właśnie, kiedy pojawiła się pierwsza możliwość podróżowania w celach turystycznych i otwarto hotele Radek wpadł na pomysł krótkiego wypadu w góry. Pojedziemy w piętek po pracy, w sobotę wejdziemy sobie na Turbacz, a w niedzielę wbiegniemy sobie na Turbacz. Dla mnie - biegacza asfaltowego, stawiającego właściwie pierwsze kroki w bieganiu po górach zabrzmiało to zachęcająco. Spróbujesz sobie swoich sił - zatem sobie spróbuję i to z wielką ochotą. 
A taki widok na Tatry niech będzie dla Was zachętą do dalszej lektury.
W Gorce wybraliśmy się na weekend 22-24 maja 2020 roku. Hotele zostały udostępnione ponownie dla turystów z dniem 6 maja 2020 roku, nie było więc żadnego problemu ze znalezieniem miejsca noclegowego.
Agroturystyka u Czepiela pod  adresem: Ustrzyk 368 w Ochotnicy Górnej oferuje 40 miejsc noclegowych, a dziś zajętych jest raptem 5. Mamy więc komfortowe warunki, a i wszelkie obostrzenia sanitarne są zachowane.
W ofercie noclegowej mamy zawarte także śniadania, tak więc na wędrówkę ruszamy tuż po nim - o godzinie 9:15. Jak wiecie w planach na sobotę jest wejście na Turbacz. Szlak od strony Ochotnicy Górnej startuje z Przełęczy Knurowskiej, do której gospodyni zaleca nam podjechać autem. To 6,3 km deptania asfaltu. 
Nie dla nas jakieś tam podjazdki autem - oczywiście spod kwatery ruszamy na nogach. Dzień zapowiada się słoneczny i na Przełęczy jesteśmy po 40 minutach żwawego marszu.
Cytując Wikipedię: Przełęcz Knurowska - szeroka przełęcz w Gorcach, oddzielająca rozróg Turbacza od Pasma Lubania przebiega przez nią asfaltowa, kręta droga powiatowa nr 25404, prowadząca z Harklowej przez Ochotnicę Górną i Ochotnicę Dolną do Tylmanowej. 
Początkowo czerwony szlak prowadzi nas wygodną leśną ścieżką, by po chwili znaleźć się na polanie z uroczym widokiem na Tatry.
Aplikacja Polskie Góry z której czasem lubię skorzystać troszkę nas oszukuje - niemniej jednak widok na Tatry jest piękny.
Tak jak my budzimy się z koronawirusowego letargu, tak i przyroda budzi się do życia z zimowego snu.
Tu kwitnące krokusy już bez  śniegu, lecz nieco wyżej natrafiam na takie, które skąpane są w pozostałościach białego puchu.
Po drodze mijamy symboliczną kapliczkę upamiętniającą proboszcza parafii w Piwnicznej Zdroju.
Z łatwością można dostrzec wody Zalewu Czorsztyńskiego.
Po drodze mijamy Polanę Zielenica i to właściwie dopiero tutaj napotykamy pierwszych turystów. To doskonały punkt obserwacyjny, z którego można dostrzec Lubań.
Aż do skrzyżowania szlaków na Hali Młyńskiej, gdzie jesteśmy ok. 11:30 spotykamy dosłownie dwie grupki osób.

W takiej scenerii łatwo poczuć się Śpiącą Królewną :)
Hala Długa - jest dowodem na to że nie ma żadnej ściemy - zero turystów, choć w drodze powrotnej tak kolorowo to już nie wygląda. 
Już dali widać cel naszej dzisiejszej wycieczki 
- schronisko na Turbaczu, znajdujące się na wysokości 1283 m. n.p.m. nieco poniżej samego szczytu Turbacz.
Dopiero na samym Turbaczu i w okolicach schroniska ruch turystyczny się zagęszcza, a mijają nas wracający z Turbacza rowerzyści, a nawet biegacze. Ponieważ turystów jest tutaj już zdecydowanie więcej postanawiamy od razu wejść na szczyt. To odległość 5 minutowego spaceru wąską ścieżką od schroniska.
Turbacz - najwyższy szczyt Gorców zaliczający się do Korony Gór Polskich zdobywamy o 12:15.
I tu już nie możemy powiedzieć o braku turystów.
W zasadzie od samego wejścia do schroniska jest dużo piechurów. Na terenie schroniska oficjalnie obowiązuje nakaz zakrywania nosa i ust, natomiast prawda jest  taka, że o ile podchodząc do okienka każdy stosuje się do zasad, o tyle już przy zewnętrznych ławach i stolikach buffy przegrywają koronawalkę z zimnym piwem. No bo jakże cokolwiek spożyć mając na twarzy maseczkę. 
My i tak wybieramy wnętrze schroniska. Tu jest spokojniej. Stoły są na bieżąco dezynfekowane, a i widok daje większe poczucie spokoju. Z przyjemnością korzystamy z usług gastronomicznych schroniska. 
W drodze powrotnej wstępujemy do nieczynnej Bacówki Gorczańskiego Parku Narodowego. A tu niespodzianka - tuż przed bacówką na rekonesans zatrzymali się policjanci. Z tego miejsca patrolują okolicę - czyżby sprawdzali, jak turyści stosują się do nakazów?
Wracamy na szlak - jednak na Hali Młyńskiej decydujemy o skorzystaniu z zielonej ścieżki dydaktycznej prowadzącej na Polanę Jaworzyna Kamienicka. Zaprowadzi nas ona przez Forendówki prosto do Ochotnicy Górnej. Ścieżka jest nawet w miarę oznaczona - nie spodziewajcie się jednak żadnych tablic edukacyjnych, ot co jedynie pomalowane na drzewach symbole ścieżki. 
Tatry powoli zasłaniają chmury i kto wie, czy za chwilę nie zacznie padać.
Pogoda jest jednak dla nas łaskawa i tu podoba nam się najbardziej.
To co nas zauroczyło to zupełny spokój na szlaku - z dala od zgiełku i jakichkolwiek ludzi. 
Przez całą drogę do wsi nie spotkaliśmy nikogo. Na kwaterę dobiliśmy dość wcześnie - jeszcze przed 16:00. Dogadujemy się więc z gospodynią na wcześniejszą obiadokolację. Po smacznym obiadku i rekonesansie podjeżdżamy autem na przysiółek Jamne. Zostawiamy samochód we wsi i w ramach wieczornego spaceru żółtym szlakiem podchodzimy do 
Gorczańskiej Chaty GoCha. 
Warto tu zajrzeć - choć dziś schronisko jest dostępne tylko dla nocujących w nim turystów. 
To studenckie schronisko i jego otoczenie jest niesamowicie klimatyczne, na pewno jednak wymaga dofinansowania i remontu. 
Spacer do schroniska był zwieńczeniem naszego dzisiejszego dnia, a jeśli tylko pogoda nie spłata nam figla, to na kolejny dzień mamy sprecyzowane całkiem ambitne plany... 

Printfriendly