środa, 18 września 2024

Kulinarne "co nieco" w drodze do EBC, czyli "gdzie jest mój schabowy?!"

 Autor: Ilona Hübner


Wyprawa trekkingowa do Everest Base Camp to nie tylko piękne widoki oszałamiających strzelistych gór i głębokich poprzecinanych rzekami dolin. To również ciekawe doznania kulinarne, w które obfituje ta część naszego globu. Zanim zacznę rozwodzić się nad smakami nepalskiej gastronomii uprzedzę, że żaden ze mnie krytyk kulinarny czy znawca. Ot zwykła kobita, która gotowanie polskich potraw opanowała w stopniu zadowalającym. Na tyle, że rodzina się wyżywi nie skandując przy tym głośnego „bleee!” 😉 Nie jestem też raczej wybredną degustatorką. Bardzo lubię oczywiście polskie smaki ale też orientem nie gardzę i chętnie wcinam suszaki i inne cuda. Natomiast czytając relacje z podróży innych osób przygotowywałam się psychicznie na to, że wybór dań w Nepalu może być niestety ograniczony a dodatkowo powtarzalność jedzenia tego samego i specyficzny sposób doprawiania potraw może stać się uciążliwy na dłuższą metę. Ale skoro powiedziałam „A” decydując się na taki a nie inny trekking to trzeba powiedzieć „B” i z lokalną kuchnią się po prostu zaprzyjaźnić.
W kuchni nepalskiej pojawiają się zarówno wpływy indyjskie jak i tybetańskie. Jest dość prosta a opiera się przede wszystkim na świeżych składnikach, które są zazwyczaj gotowane/smażone lub pieczone. Przeważają potrawy wegetariańskie, choć jada się także mięso (głównie drób i baraninę). Co ciekawe, w Nepalu nie jada się w ogóle wołowiny (z powodów religijnych i kulturowych), za to w niektórych lokalach serwuje się dania z mięsa jaka. W miastach kuchnia jest co prawda wyposażona w m.in. w lodówkę, kuchenkę gazową czy elektryczną, ale na wsiach w wielu domach wciąż gotuje się na palenisku! Wszędzie natomiast jest schludnie i czysto.

(Fot. Typowa kuchnia nepalska)

O ile w Katmandu mamy do dyspozycji pełną gamę różnych restauracji o tyle wyżej, w górach restauracje zastępują lokalne lodge (tea houses) - czyli małe hostele, które oprócz skromnego noclegu oferują wyżywienie. W niższych partiach gór lodge te prowadzone są całorocznie, natomiast w wyższych rejonach ze względu na panujące tam surowe warunki klimatyczne – tylko w sezonie turystycznym. Podczas trekkingu w lodgach jedliśmy śniadania oraz obiadokolacje, a w międzyczasie w trakcie wędrówki podjadaliśmy drobne przekąski zabrane z Polski. Były to m.in. różne batoniki, różne cukierki, kabanosy i orzechy, suszone owoce (polecam zwłaszcza imbir, który świetnie sprawdzi się przy mdłościach w chorobie wysokościowej) i żelki. Na całej długości trasy EBC można bez problemu zaopatrzyć się w wodę i inne napoje, chipsy, batoniki, owoce, a czasem nawet jabłuszka (!). Wielkość dostępnego asortymentu maleje oczywiście w miarę wzrostu wysokości. Natomiast ich ceny rosną proporcjonalnie do pokonywanej wysokości😊 Przykładowo cena popularnego Snickersa zakupionego blisko EBC, to już ok. 20 zł/szt. Dlatego warto o tym pamiętać i zabrać swoje ulubione przekąski z Polski.
(Fot. Przykładowe przekąski do zabrania na trekking)

Woda

Wodę każdy pić musi, wiadomo 😉 a na treku EBC pić jej należy więcej niż normalnie - nawet 4 litry dziennie. Będąc na dużych wysokościach bardzo łatwo się odwodnić, a wtedy już tylko jeden krok do choroby wysokościowej. Tutaj niestety spożywanie surowej cieczy prosto z kranu zdecydowanie nie jest polecane. Dlatego aby dobrze się nawadniać, a przy okazji nie mieć zbyt częstych i intensywnych relacji z "panem kibelkiem" mamy w zasadzie 3 wyjścia:
  • kupować wodę butelkowaną – dostępne są butelki o pojemności 1 litr w cenie wahającej się od 20 Rs (w Kathmandu) aż do 250 Rs (w wyższych partiach gór). Rozwiązanie wygodne, ale niestety mało ekologiczne. A pamiętajmy, że wszystkie pozostawione przez nas śmieci muszą być kiedyś z powrotem zwiezione na dół; 
  • filtrowanie wody dzięki zastosowaniu systemu LifeStraw – ja korzystałam z modelu LifeStraw Peak Solo, ale niestety okazało się, że plastikowe butelki w Nepalu mają minimalnie większy gwint, dlatego nakręcanie go na butelkę bywało problematyczne,
  • kupowanie wrzątku (tak, tak – nie ma nic za darmo 😊), a następnie przelewanie go do swojego camelbaka. Fajnym pomysłem jest kupno wrzątku późnym wieczorem i zabranie go ze sobą w butelce do śpiwora. Dzięki temu w chłodne noce zyskamy ciepły termoforek, a rano idealnie letnią wodę do picia czy choćby umycia zębów.

Herbata

Gorąca i aromatyczna. Wspaniale rozgrzewa i smakuje. Podczas trekkingu herbatę można zamówić w każdej lodgy w różnych wariantach pojemności: kubku lub w małym/średnim/dużym termosie. Termosy 1 litrowe zdecydowanie najbardziej się opłacają. Często taki większy termos herbaty kupowaliśmy na kilka osób. Warto spróbować charakterystycznych dla tych rejonów herbaty:
  • Masala Chai - to herbata z mlekiem oraz z korzennymi przyprawami (kardamon, imbir, cynamon itp). Jest delikatna i aksamitna w smaku. Osobiście bardzo mi smakowała o czym świadczyć może fakt, że przywiozłam sobie z podróży gotowy set przyprawowy aby cieszyć się smakiem herbaty również w domu,
  • Ginger Honey Lemon Tea – zdecydowany faworyt. Wspaniale sprawdzała się na szlaku, popijana z termosu świetnie gasiła pragnienie i rozgrzewała. Dodatkowo imbir, podobnie jak czosnek, jest naturalnym lekiem na chorobę wysokościową.
Oprócz wyżej wspomnianych można było kupić wersję herbaty ze świeżą miętą czy zwykłą czarną (choć stopień intensywności parzenia wskazywał bardziej na lekko brązową 😉)
Kolejnym smacznym napojem, ale dostępnym raczej jedynie w Kathmandu (nie podczas samego trekkingu w górach) jest Lassi – czyli napój ze zsiadłego mleka zmiksowanego z owocami – głównie mango (Mango Lassi), ale też banan czy ananas.
Dania na ciepło
Jeśli chodzi o menu śniadaniowe i obiadowe to wbrew pozorom wybór okazał się całkiem spory, choć nie wszystkie potrawy, w równym stopniu przypadły nam do gustu. Przez pierwsze kilka dni odbywały się swoiste testy, a więc wspólne wymienianie się poglądami i uwagami na temat zamówionych potraw. Dzięki temu po tygodniu każdy z nas miał  już wyrobione zdanie i gust na temat konkretnych dań. Smak i jakość poszczególnych potraw różniły się też w zależności od wioski. Większość pozycji miało swoje nie-wegetariańskie odpowiedniki, dzięki czemu osoby wyjątkowo mięsożerne, które nie potrafiły odmówić sobie jedzenia mięsa – nie czuły się pokrzywdzone. Trzeba jednak nadmienić, że w trakcie trekkingu EBC mięsa powinno się raczej unikać. A to ze względu na fakt, że nasz organizm źle znosi jego trawienie na wysokości ponad 3000 m npm. i wtedy mięsny posiłek może wywołać niestrawność.
Dodatkowo większość produktów spożywczych transportowanych jest na grzbietach jaków, czy plecach tragarzy i ich świeżość nie zawsze może okazać się zadowalająca.
Dlatego podczas tych dwóch tygodni trekkingu lepiej unikać potraw mięsnych, a dużego uroczystego steka zjeść po powrocie do Kathmandu.

Menu podzielone jest, co prawda zazwyczaj na dania śniadaniowe i obiadowe, ale mieliśmy całkowitą dowolność w zamawianiu ich o każdej porze dnia. Dużą popularnością cieszyły się:
- tosty z różnymi dodatkami (m.in. dżem, miód, masło, ser żółty), 
- tosty francuskie,
- pancake z dodatkami, m.in. z jabłkiem, rodzynkami, czy kawałkami kokosa. 
- hash brown potato - rodzaj niby placka ziemniaczanego, ale grubszy i bardziej puszysty, podawany często z żółtym serem i sadzonym jajkiem na wierzchu. Bardzo sycące i smaczne.

- chlebek tybetański - rodzaj pieczywa pieczonego na głębokim oleju. Chrupiący i kaloryczny a przy tym (o dziwo) wcale nie ociekający tłuszczem. W środku mięciutki, przypominający polskie racuchy. Podawany zazwyczaj z miodem lub dżemem. Bardzo dobry.
- pierożki MoMo – rewelacja. I zdecydowany faworyt, który przypadł chyba wszystkim do gustu. MoMo to specjał kuchni tybetańskiej, robiony zarówno w wersji mięsnej, jak i wege. Dodatkowo można wybrać MoMo gotowane na parze lub smażone na głębokim oleju. Podawane są z dipem (różne w zależności od miejsca, ale przeważnie pikantnym). Delikatne i sycące. Mniam.
- Pakoda (Pakora) - warzywa w cieście pieczone na głębokim oleju, zazwyczaj mocno przyprawione, ostrzejsze. Bardzo smaczne i chrupiące, podawane z sosami. 
- Ziemniaki czyli potatosy 😉– przyrządzane na różny sposób, zazwyczaj w formie a'la zapiekanki z warzywami i żółtym serem. Czasem dodatkiem były również pikle.

Chowmein – tybetański smażony makaron z dodatkami - i jak w przypadku większości dań - występujący w wersji mięsnej lub jarskiej.
Dal Bhat – nepalski klasyk. To tradycyjne danie składające się z zupy z soczewicy (dal) i ryżu (bhat), podawane z warzywnym curry czyli mieszanką gotowanych sezonowych warzyw, zazwyczaj pikantnie przyprawionych. Najczęściej spotykane w składzie to ziemniaki, pomidory, kalafior i warzywa strączkowe. Do tego często dostaniemy gotowany na parze jarmuż, warzywa z marynaty – pikle (achad), sos chutney, czasem chrupiący placek roti lub papad czy naan – chlebek wypiekany w piecu tandori. 
Danie może być serwowane w thaali - tacy podzielonej na kilka mniejszych wnęk, w których znajdują się poszczególne elementy posiłku, lub też na metalowej tacy, na której w oddzielnych miseczkach stawia się ryż, sos z soczewicy i pozostałe składniki. Praktyką jest dokładne wymieszanie wszystkich składników na talerzu.
Tradycyjnie potrawę tę spożywa się rękami i część Nepalczyków robi tak do dziś twierdząc, że w ten sposób lepiej czują smak potraw. W Nepalu uważa się ponadto, że metalowe łyżki psują smak żywności i powodują, że człowiek traci na wadze (jakoś niestety nie zauważyłam 😉). Porcje są duże więc spokojnie można się najeść do syta, a w razie potrzeby dostaniemy w cenie dania dokładkę.

Zupy
W ofercie mamy zazwyczaj kilka rodzajów zup, m.in.:
- tomato soup (ale zawiodą się Ci co liczą na naszą tradycyjną pomidorówkę), raczej wodnista i niezbyt wyrazista w smaku,
- różne wersje zupy warzywnej,

w tym bardzo smaczna rara soup, będąca niejako wariacją na temat rosołu z orientalną nutą,
Sherpa stew – osobiście bardzo mi smakowała. Zupa warzywna z dużą ilością zarówno ziemniaków, jak i makaronu i klusków (mączna bomba), przez co gęsta i kremowa w konsystencji. Bardzo sycąca, choć niektórym może się wydawać trochę zbyt mdła i kleista.
(Fot. Nepalskie bagienko, czyli zupa czosnkowa)
- zupa czosnkowa – czyli klasyk nad klasykami i crème de la crème. Zacząć chyba należy od tego, że czosnek jest naturalnym lekiem na chorobę wysokościową – dlatego podczas trekkingu warto włączyć go do menu. Koniec kropka. Dlatego nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy czosnku starali się jednak po niego sięgać. Sama zupa jest w zasadzie smaczna, choć niestety nie wszędzie smakowała równie dobrze - i co ciekawe im wyżej, tym była smaczniejsza. W konsystencji trochę wodnista, a z wyglądu mało zachęcająca. Ale czego się nie robi dla zdrowia...

Oprócz tego w menu znaleźć można było:
- jajka na milion sposobów, w tym omlety z dodatkami lub bez, jajka sadzone, gotowane na twardo, jajecznica itd. Zresztą jajka, soczewica i ziemniaki to chyba podstawowy składnik większości dań. Wynika to prawdopodobnie z ich dostępności, kaloryczności i sytości. 
- owsianki z dodatkami (ale nie wszędzie smakowały dobrze). Zdecydowanie nie są to typowe znane nam poranne owsianki,
- klasyki typu spaghetti z sosem pomidorowym czy pizza (raczej bez szału niestety, choć po 2 tygodniach jedzenia „indyjskiego” oczekiwania nieco spadają :)

(fot. Przykładowe menu)

Alkohol
W Nepalu popularny jest Tongba - napój alkoholowy przyrządzany ze sfermentowanego ziarna prosa oraz Raksi - wódka z ryżu lub pszenicy. W smaku przypomina podobno bimber, jednak ma tylko około 20%. W wielu domach robione jest na własny użytek. Niestety (a może i na szczęście) nie mieliśmy okazji próbować żadnej z powyższych używek. Spożywanie alkoholu w trakcie trekkingu bowiem nie jest wskazane. Utrudnia on proces aklimatyzacji i wydłuża czas regeneracji organizmu, a nie muszę dodawać, że to dwie kluczowe sprawy na tym treku.
Jedyne na co niektórzy sobie pozwalali, choć raczej tylko podczas pobytu w Kathmandu to lokalne piwo do obiadu, lekkie i bardzo smaczne. Co ciekawe, nie znalazłam w menu żadnej restauracji, tak popularnego u nas piwa 0%. Dodatkowo zaskoczyła mnie duża pojemność niektórych butelek – 0,7 litra. 
Słodycze
Będąc w Nepalu warto skosztować miejscowych słodkości, w tym np.: 
- Jeri - to jedne z najpopularniejszych tutejszych słodyczy. Są to smażone na głębokim tłuszczu żółtopomarańczowe precle, zanurzane w syropie cukrowym, czy miodzie. Jeri najlepiej smakują świeże, bo są chrupiące, a nadzienie soczyste i aromatyczne. Ale uprzedzam – są naprawdę bardzo słodkie. Do kupienia prawie w każdej ulicznej cukierni.
- Nepalskie faworki - tak je nazwałam, bo trochę przypominają polski „chrust”. Smażone w głębokim oleju mają
różne kształty. Chrupiące i smaczne. Sprzedawane w dużych paczkach bezpośrednio ze znajdujących się przy ulicy manufaktur.
- Barfi - zwykle mają kształt rombu, są wykonane z cukru, aromatyzowane i przyozdobione różnymi suszonymi owocami. Kaju Barfi wytwarza się z mielonych orzechów nerkowca, podczas gdy inne wytwarza się z migdałów, kokosa itp. i dodaje się różne aromaty. Próbowałam różnych wersji ale mi osobiście nie przypadły do gustu. Słodkie ale zbyt mdłe i mało wyraziste w smaku.
Kathmandu pełne jest również różnych kawiarni, gdzie można napić się smacznej kawy i zjeść dobry deser.

Uroczysta kolacja w EBC – spotkanie z herosami

Wspomniana przeze mnie wcześniej zasada niejedzenia mięsa podczas trekkingu została złamana podczas uroczystej kolacji w bazie pod Everestem. Mieliśmy bowiem wspaniałą okazję porozmawiać i zjeść wspólny posiłek z dwójką polskich himalaistów - Agnieszką Maszewską i Karolem Adamskim, którzy przebywali wówczas w bazie, aklimatyzując się i przygotowując do próby zdobycia najwyższej góry świata. Za wyżywienie himalaistów w bazie odpowiadają zatrudnieni przez poszczególne agencje nepalscy kucharze. Produkty spożywcze, w tym m.in. mięso i warzywa dostarczane są transportem lotniczym, co gwarantuje ich świeżość i „spokój żołądków”. Dlatego korzystając z tej sposobności skosztowaliśmy menu herosów – jak nazywaliśmy ludzi, którzy mierzyli się z pokonaniem morderczej trasy na szczyt Everestu.
A co jedliśmy? Makaron z warzywami, mięso kurczaka w pysznej buraczkowej marynacie, była też pizza! Wszystko fajnie doprawione i smaczne. Nie zabrakło też oczywiście herbaty.Po 2 tygodniach włóczęgi po himalajskich szlakach byliśmy bardzo stęsknieni za europejskim stylem kulinarnym.
Dlatego po powrocie do Kathmandu większość z nas zrezygnowała z typowo nepalskich dań na rzecz hamburgerów, pizzy i włoskich makaronów. 
W przeciwieństwie do tego typu potraw serwowanych w lodgach – tu w mieście były one zaskakująco dobre. A może po prostu tęsknota sprawiła, że nasze kubki smakowe zbytnio nie wybrzydzały. 

Wisienka na torcie, czyli restauracja koreańska w Kathmandu
Totalnym odkryciem okazała się kuchnia koreańska, gdzie przy wspólnym stole mogliśmy skosztować grillowanego na bieżąco mięsa z kilkoma sosami do wyboru, do tego podano aromatyczny ryż, makaron, sałaty i oczywiście kimchi. Było to wspaniałe doświadczenie, które dodatkowo integrowało nas i odprężyło po tych niemalże 3 tygodniach trudu i wyrzeczeń.

Na zakończenie, kilka słów o tym, jakie smaki warto przywieźć z Nepalu. To co mogę zaproponować to herbaty, miód himalajski (który warto przed zakupem spróbować, bo nie każda odmiana może Wam smakować), przyprawy typu curry, czy masala. 

Nepal okazał się krajem niezwykle egzotycznym, i to nie tylko pod kątem klimatu, czy krajobrazów, ale również pod kątem smaków, zapachów i kolorów serwowanych dań. Warto było tego wszystkiego spróbować, bo w połączeniu z widokami, gościnnością i serdecznym nepalskim "Namaste" stanowiło dla nas niesamowitą wartość emocjonalną. Jak widać wybór dań był całkiem spory. Niestety specyfika przyprawiania większości dań curry i temu podobnymi mieszankami sprawiała, że duża część z nas dosyć szybko znudziła się nepalskimi smakami. Szybko pojawiły się jakże typowe dla naszych krajanów westchnienia za tradycyjnym polskim rosołkiem, kotletem mielonym i młodymi ziemniaczkami z koperkiem. Niech pierwszy rzuci kamieniem, ten który po nocach nie śnił o pachnącym schabowym... ehh...
Mimo wszystko pamiętać trzeba, że na tak wymagającym trekkingu (duża ilość przewyższeń do pokonania oraz niższa zawartość tlenu w powietrzu) dbałość o spożywanie kalorycznych posiłków jest kluczowa, aby zachować zdrowie i siły do wędrówki. 
Dlatego wybrzydzanie trzeba sobie zostawić na inny czas i miejsce...

A dziś pewnie niejednemu z Was ślinka cieknie na te nepalskie przysmaki, uśmiechające się do nas już tylko ze zdjęć....

Ps. Post ten napisała uczestniczka trekkingu - moja współlokatorka Ilona, której wspomnień możecie także posłuchać w jednym z podcastów BlackHatUltra

sobota, 31 sierpnia 2024

Żegnamy Himalaje

Zaniedbałam troszkę tą mają nepalską relację, ale po wakacyjnej przerwie wracam czym prędzej do obowiązków. Dziś zakończymy trekkingową część mojej kwietniowej wyprawy.

30 kwietnia 2024 roku - wtorek - 14 dzień trekkingu

Namche Bazaar-Lukla

Przede mną do pokonania łączony odcinek liczący znowu ok. 18 km. W tamtą stronę trasa podzielona była na dwa etapy: Lukla-Phakding i Phakding-Namche Bazaar. Nie ma co marudzić, chociaż wcale nie będzie z górki. Jak zwykle pobudka 5:30, śniadanie 6:30 i wyjście z Namche Bazaar 7:20.
W poście tym chciałabym pokazać Wam kilka kadrów z mijanych wiosek, bo to one będą bohaterami dzisiejszego odcinka.

Młody Nepalczyk w mundurku, gotowy do szkoły.

Ostatni raz zanurzam się w codzienne życie mieszkańców.
Uśmiech towarzyszy im nieustannie.
Tu zapewne powstanie kolejna logga.
A tak wygląda produkcja cegieł, które w najbliższym czasie będą bardzo potrzebne...
Ostatnie zdjęcia wykonane były w wiosce Tok Tok, tuż przed Phakding. Dziś, kiedy piszę to wspomnienie, jestem po medialnych doniesieniach o zniszczeniach, jakich w trwającej obecnie porze monsunowej dokonała natura. Otóż 16 sierpnia 2024 roku wioskę Thame, leżącą na wysokości 3800 m n.p.m. u podnóży Mount Everestu dotknęła poważna powódź. Woda wystąpiła z brzegów polodowcowego jeziora Thyanbo znajdującego się powyżej Thame i zaczęła zalewać wioskę. Ucierpiało jej 60 mieszkańców, którzy zmuszeni byli do ewakuacji – na szczęście za dnia byli oni w stanie błyskawicznie zareagować. Gdyby powódź zastała ich nocą, wówczas życie straciłoby od 200 do 300 osób. Zniszczeniu uległy szkoła, ośrodek zdrowia, pięć lodży i kilka domów. Wioska Thame znajduje się na szlaku do EBC prowadzącym przez trzy przełęcze (Renjo La, Cho La i Kangma Pass). Ponadto spływający z gór rwący nurt wodny wraz z rzeką Dudhkoshi dotarł niżej, m.in. do mijanej przez nas wioski Tok Tok, gdzie niektóre części wioski zostały wręcz zmiecione. A to akurat tamtędy przebiega główny szlak do EBC. Obecnie trwają prace remontowe, mające na celu bezpieczny ruch turystyczny w sezonie jesiennym 2024 r. Naukowcy ostrzegają, że globalne ocieplanie się klimatu powoduje topnienie lodowców, z których woda wypełnia koryta jezior, aż po same ich brzegi i niestety takich katastrof może być więcej.
Foto: Jadzia
Do Lukli doszliśmy ok. godz. 17:00, ale lunchowa przerwa po drodze była naprawdę długa. Nic dziwnego, że przekraczając bramę miasta poryczałam się ze szczęścia. To był wspaniały, acz bardzo wyczerpujący czas. 
Z wielką ulgą meldujemy się w Everest Lodge Restaurant and Bar, od której to lodży dwa tygodnie temu zaczynaliśmy nasz trekking. W cenie noclegu mamy zarówno ciepły prysznic, jak i prąd. Toż to normalnie luxusy! To miejsce, w którym dziękujemy za trekking naszej nepalskiej ekipie porterów i przewodników. Panowie spisali się na medal i zasłużyli na sowity napiwek. Po południu świętujemy jeszcze zakończenie części trekkingowej w Everest Cafe.

1 maja 2024 roku - środa - 15 dzień 
Lukla-Ramehchap-Kathmandu

Pobudka 5:30, Śniadanie 7:00, Wyjście 7:45
Do lotniska w Lukli mamy dosłownie 200 metrów.
8:51 wylot Sita Air do Ramehchap
9:20 już w Ramehchap po odebraniu bagaży jesteśmy gotowi do odjazdu
11:00 przerwa na lunch w TAJ Resort
15:30 jesteśmy w Kathmandu

Tym razem obyło się bez załamania pogody i podróż przebiegła bez niespodzianek. No chyba, że niespodzianką był lunch w znanym nam TAJ Resort, gdzie - tym razem za dnia 
niektórzy pomoczyli nóżki, ale znaleźli się też i tacy, co popływali w basenie. I kto by pomyślał, że na trekking w Himalaje przyda się kostium kąpielowy?
Tym nietypowym akcentem kończę swoją górską relację z Himalajów, dziękując jednocześnie wszystkim uczestnikom tego trekkingu za wspólne chwile. Niech każdy z Was odnajdzie w moim szczególnym podziękowaniu cząstkę siebie. 

Dziękuję: 
  • za przyjaźń, 
  • za to że zawsze mogłam spytać o topografię himalajskich szczytów, 
  • za wspólne noce i poranki,
  • za nasze pogaduchy na szlaku i życiową mądrość,
  • za uśmiech, radość życia i kabaretowe opowieści, 
  • za beztroskę, humor i empatię,
  • za wprowadzenie mnie w świat nepalskiej sieci komórkowej  
  • za piękne zdjęcia, 
  • za wspaniałą filmową relację z trekkingu, 
  • za towarzystwo i telefony w środku nocy, 
  • za Świstowe polecajki, 
  • za nieustające "Vamos" i kurczaka Tikka Masala... 
Ale, ale ...o kurczaku to jeszcze będzie specjalny post.

piątek, 2 sierpnia 2024

Gokyo i okolice

27 kwietnia 2024 roku - sobota - 11 dzień trekkingu

Dragnak 4700 m npm - Gokyo 4760 m

Kolejny dzień ruszamy w kierunku Gokyo. Czeka nas przejście przez najdłuższy w Himalajach lodowiec Ngozumba. Słońce oświetla nam drogę, a widoki są po prostu nie do zniesienia. 

Foto: Ania
Za chwilę zejdziemy na lodowiec.

Za to góra, która towarzyszy naszej dzisiejszej wędrówce to 

 Cho Oyu (8188 lub 8201 m n.p.m).

U podnóża himalajskich szczytów co rusz pojawiają się szmaragdowe jeziorka. 

Co prawda nie są to jeszcze jeziorka Gokyo, ale już te - trochę większe kałuże otoczone lodowcem - robią niebywałe wrażenie.

 Krajobraz jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. 

A tak proszę państwa prezentuje się lodowiec Ngozumba.

Wreszcie, wąziutką, osypującą się ścieżką wychodzimy na morenę boczną lodowca Ngozumba. Na ostatnim odcinku podejścia słyszę trzask! To kamienie osuwające się z góry lecą wprost na nas. Liderka zostaje trafiona w piszczel. Musimy być bardzo ostrożni i w jak najkrótszym czasie "lekką stopą" pokonać ten odcinek. 

Foto: Ania
Nie dla wszystkich jest to takie proste - po prostu brakuje sił. Wreszcie udało się przejść na drugą stronę lodowca

i przed naszymi oczami ukazuje się turkusowo-zielone jezioro oraz osada Gokyo. 

Foto: Ilona
Radość moja nie ma końca.
Osada Gokyo wciśnięta jest między lodowiec Ngozumpa, a jezioro Dudh Pokhari, 
a ponad nią wznosi się majestatyczne Cho Oyu. 
Tu jest jakby luksusowo! - chciałoby się powiedzieć. Resort położony nad brzegiem jeziora okazuje się być miejscem naszego dzisiejszego noclegu.
Główne miejsce w Gokyo Resort to obszerna oszklona jadalnia usytuowana na piętrze budynku 
z niesamowitym widokiem na jezioro Dudh Pokhari. 
W jadalni rzeczywiście pachnie espresso i luksusem, oczywiście do czasu kiedy w piecu lądują odchody jaków. Za chwilę jednak  obsługa używa olejku eterycznego. 

To tutaj - podobnie jak w bazie namiotowej EBC -  dostaliśmy gorące ręczniczki do wytarcia rąk przed posiłkiem. 

Tutaj mogłam wreszcie zażyć gorącej kąpieli i umyć włosy. Co prawda woda była gorąca, ale kąpiel musiała odbywać się przy otwartym oknie - z uwagi na piecyk gazowy do podgrzewu wody. Takie luksusy.... i jak się okazało dorobiłam się tym prysznicem. Ból gardła szybko został spacyfikowany przez antybiotyk od dr Ani (uratowałaś mi życie Aniu). Marzyłam już tylko o ciepłym śpiworze. 

Tej nocy o godzinie 3:00 miała ruszyć nasza "ekspedycja" na Gokyo Ri. Szczyt o wysokości 5357 m npm zapewnia widoki na kilka ośmiotysięczników: Cho Oyu, Everest, Lhotse, Makalu, Kangtega, Thamserku. Niestety, jak łatwo się domyślacie - zresztą Ci bardziej uważni doczytali już wcześniej - ja zostałam w łóżku do rana i na Gokyo Ri zwyczajnie nie poszłam. 

Nasi niezłomni zdobywcy Gokyo Ri: Ania i Jacek, Tomek i Jarek w towarzystwie Shisir - brawa dla Was!

28 kwietnia 2024 roku - niedziela - 12 dzień trekkingu

Gokyo 4760 m npm - Machhermo 4470 m npm 

Dziś opuszczamy Gokyo, a kontynuować będziemy wędrówkę wzdłuż najpiękniejszych jezior Nepalu - wspomnianych wysokogórskich jezior Gokyo. 
Co prawda nocowaliśmy tuż przy największym z jezior Dudh Pokhari, ale idąc w kierunku Machhermo zobaczyliśmy kolejne.
A polodowcowych jezior Gokyo jest podobno aż dziewiętnaście. Thonak, Longponga, Taujun, Gyazumpa, Ngozumpa to tylko niektóre z nich. Są one miejscem kultu buddyzmu i hinduizmu, a każdego roku w sierpniu, podczas święta Janai Purnima 500 Hinduistów bierze rytualną kąpiel w jednym z nich. 
Droga do Machhermo to był w zasadzie ostatni dzień z krótką trasą (7,34 km - 3:21). I rzeczywiście do lodży dochodzimy dość wcześnie, bo o godzinie 12:45. To dobra wiadomość, bo chętnie zainstaluję się w łóżku. Gardło boli mnie okrutnie. 
Kolejne dwa dni będzie to powrót na znany nam szlak prowadzący do Lukli, gdzie pokonywać będziemy około 17 kilometrowe odcinki.
Trzeba więc nabrać sił...a z górki to raczej nie będzie.

29 kwietnia 2024 roku - poniedziałek - 13 dzień trekkingu

Machhermo-Namcze Bazar

Pobudka 5:30, Śniadanie godzinę później. Wyjście 7:20. Dziś do pokonania zapowiadany bardzo długi odcinek. Dojdziemy do cywilizacji, za którą już wszyscy zatęskniliśmy. 

O tym dniu sobie po prostu pomilczę... tak fotograficznie.

Pomilczę...bo głosu brakuje.

Jedyne co zapamiętałam z tego dnia, to mój ogromny kryzys. Kryzys który złapał mnie po lunchu zjedzonym w Phortse Thang na wys. 3680 m npm. Nawet nie wiecie, jak ciężko jest podejść pod górę z pełnym żołądkiem. Jeszcze to gardło - kłuje jak kolce róży. 

Po lunchu zatrzymujemy się jeszcze w tej widokowej kawiarni. 

Ruszam na szarym końcu. Z pomocą przychodzi mi Pancho - niemal przez 100 metrów podejścia niesie mi plecak. Wstydzę się, jak to piszę... ale to jest życie. Tu ma być prawda, a nie tylko lanie wody i bicie piany - jak to w Himalajach było cudownie i jaka ja jestem Fighterka...
Tego dnia miałam naprawdę dość... i naprawdę odliczałam kilometry, które dzielą mnie do końca całego trekkingu. Na szczęście po dojściu do Namche Bazaar i krótkiej regeneracji - podążamy śladem vloga Podróże Wojownika. I nie był to żaden kolejny szczyt. Ot, tak - po prostu Sherpa Barista Bakery&Cafe. I nawet jeśli nie macie ochoty na kawę, warto tu wstąpić, bo wszyscy dziś zasłużyliśmy na słodką nagrodę.

Printfriendly