wtorek, 17 marca 2020

Weekend w Roztoce

W nowy rok wkroczyłam z doskonałymi pomysłami, a realizacja jednego z nich odbyła się właśnie w Tatrach w ostatni weekend stycznia 2020 roku. Przystając na propozycję spędzenia w środku zimy weekendu w tatrzańskim schronisku, nie planowałam nic spektakularnego. Ot, co... wezmę książkę i zatopię się w lekturze - wszak nigdy w życiu nie chodziłam po górach zimą, w rakach, czy z czekanem. Poza tym ten mój wstrętny lęk wysokości, czy przestrzeni obezwładniały mnie na tyle, że największą przygodą miała być wędrówka z całym majdanem na plecach z parkingu w Palenicy Białczańskiej do schroniska Roztoka, ewentualnie jakiś spacer - najdalej nad Morskie Oko. Pozostali uczestnicy wyjazdu: Radek i Arek z Iwonką, oczywiście wyposażeni w odpowiedni sprzęt (w tym obowiązkowe ABC lawinowe) mieli w planach zimowe wędrówki po Tatrach. Drobnymi kroczkami postanowiłam i ja zmierzyć się ze swoimi słabościami, i tak - nie mówiąc nic nikomu - zapisałam się na zajęcia na ściance wspinaczkowej. Początkowo sama, następnie korzystając z profesjonalnego szkolenia. 
O moją kondycję fizyczną nie musiałam się martwić, blokada była jedna: jak puścić się chwytów i zjechać na dół z wysokiej ściany. Przyznam szczerze, że będąc na ściance pierwszy raz, bez zahamowania wspięłam się do samego szczytu, jeśli zaś chodzi o zjazd - to wolałam zejść kroczek po kroczku. Automatyczna asekuracja zwiększała poczucie mojego bezpieczeństwa i z sesji na sesję, było coraz lepiej. Mój błąd polegał chyba na tym, że chciałam od razu zjechać z samej góry, zamiast - tak jak potem zalecił instruktor - z połowy wysokości ścianki. 
Na ścianie boulderowej wszelkie blokady znikły - a tam asekuracji liną przecież nie było. Zaledwie kilka treningów utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma mowy o lęku wysokości - bo wspinasz się w dużej mierze mózgiem i jeśli nakarmisz go swoimi lękami, zawsze będziesz bać się wysokości, czy przestrzeni. Kiedy w końcu wyzbyłam się strachu przed wysokością, wiedziałam już że szkoda nie odrobić lekcji podczas pobytu w schronisku Roztoka. I tak oto zapisałam się na szkolenie ABC zimowej turystyki górskiej w schronisku Roztoka, w którym dawno mieliśmy zarezerwowane noclegi. Reszta ekipy takie szkolenie miała dawno za sobą. Ja musiałam zdobyć umiejętność zimowego wspinania się, aby zrealizować kolejny punkt mojego planu na rok 2020. 
 
Schronisko Roztoka, w którym zamieszkaliśmy przez trzy kolejne edycje konkursu organizowanego na łamach czasopisma górskiego "n.p.m." w 2015, 2017 i 2019 roku zostało utytułowane najlepszym schroniskiem górskim. Mieliśmy już okazję nocować tu we wrześniu 2012 roku, także z przyjemnością i tym razem, korzystamy z gościnności gospodarzy Roztoki.
Z parkingu w Palenicy Białczańskiej (wys. 990 m n.p.m.) wyruszamy w piątek o godzinie 11:00, by po pół godzinie znaleźć się najpierw przy Wodogrzmotach Mickiewicza (wys. 1099 m npm.). Za wstęp na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego należy uiścić opłatę. Zakup biletów możliwy jest także przez internet. Musicie wiedzieć, że Adam Mickiewicz nigdy przy wodospadzie nie był, a nadana w 1891 roku nazwa jedynie upamiętnia sprowadzenie prochów wieszcza na Wawel.
Skręcając spod Wodogrzmotów Mickiewicza w prawo pod górę zielony szlak prowadzi do Doliny Pięciu Stawów, my zaś skręcamy w lewo - do schroniska Roztoka (1031 m n.p.m.). Na dzień dobry, w schronisku posilamy się pysznym żurkiem, dostajemy klucze do pokoi i dochodzimy do wniosku, że mamy całkiem sporo czasu na wycieczkę. Moje szkolenie zacznie się dopiero około 18:00, więc zdążymy do tego czasu wrócić do schroniska. Przyznam, że to był bardzo dobry pomysł, bo to właśnie podczas powrotu z Morskiego Oka, po raz pierwszy w życiu wędrowałam w rakach. Przyzwyczajona do codziennego chodzenia na obcasach, nie czułam żadnego dyskomfortu. 
Żebyście wiedzieli, jak ja żałowałam, że nie założyłam raków idąc z Roztoki do Moka. Szczególnie czteroetapowe leśne ścieżki biegnące od okolic leśniczówki Wanta były tak oblodzone, że jedynie raki dawały gwarancję ich bezpiecznego przejścia. Oczywiście można było iść asfaltową drogą - nie korzystając ze skrótów, ale tam także nie obyłoby się bez poślizgu.
Dwudniowe szkolenie ABC zimowej turystyki górskiej organizowane przez Bazę Roztoka odbywa się praktycznie w każdy weekend poczynając od końca grudnia do końca marca. Piątkowy wieczór poświęcony był na część teoretyczną, sobota zaś na praktyczne zajęcia w terenie. W cenie szkolenia zawarte są ponadto dwa noclegi, dwie obiadokolacje (zupa i drugie danie wg własnego wyboru z menu) i dwa śniadania (zestawy śniadaniowe), łącznie z napojami, prowiant na sobotę (kanapki, baton, woda), ale także wypożyczenie niezbędnego sprzętu (raki, czekan, kaski, ABC lawinowe). Tradycyjny ukłon w stronę schroniskowej kuchni - posiłki obfite, smaczne, ciepłe pieczywo, no nic dodać, nic ująć. Ceny też nie są nadto wygórowane. Schronisko Roztoka to szczególna kategoria w rankingu schronisk - takie tatrzańskie all inclusive. Ciepło, smacznie i nadzwyczaj miło. 
Wieczorny piątkowy wykład prowadzony przez kierownika bazy Andrzeja Chrobaka poświęcony był bezpieczeństwu w górach. Szkolenie obejmowało takie tematy, jak: niezbędne wyposażenie turysty, warunki pogodowe w górach, warunki sprzyjające powstawaniu lawin, planowanie zimowych wyjść w góry, zachowanie w terenie zagrożonym lawiną, zachowanie w lawinie, czy pierwsza pomoc ofiarom lawiny. Wiedza teoretyczna przekazana była w bardzo interesującej formie, a slajdy przeplatane historiami z akcji ratowniczych dawały nam coraz większą świadomość niebezpieczeństw czyhających na nieodpowiedzialnych turystów. 
Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę, a pierwszy stopień zagrożenia lawinowego pozwolił nam wszystkim przeżyć wspaniałą tatrzańską przygodę. A co najważniejsze - świadome i bezpiecznie wędrowanie. Bo "clue" bezpiecznej turystyki górskiej tkwi właśnie w odpowiednim zaplanowaniu wyprawy.
Sobota rozpoczęła się o 7:00 śniadaniem w schronisku Roztoka, a następnie parę minut po 8:00 wspólnie wyruszyliśmy w stronę schroniska Morskie Oko (1410 m n.p.m.).
Tu czekał na nas Marcin Strączek-Helios, który krótką pogadanką wprowadził nas w praktyczną część szkolenia. Marcin jest przewodnikiem tatrzańskim klasy III, ratownikiem - ochotnikiem w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym, ale przede wszystkim pracownikiem Tatrzańskiego Parku Narodowego i wielkim pasjonatem przyrody.
Marcin przez wiele lat mieszkał w leśniczówce "Pod Wantą" znajdującej się w połowie drogi do Morskiego Oka, pełniąc funkcję Leśniczego w Obwodzie Ochronnym Morskie Oko. Dziś taką samą funkcję pełni w Obwodzie Ochronnym Kuźnice. O górach i przyrodzie mówi z taką pasją, a jednocześnie mimochodem widzi negatywne działania turystów np. natychmiast zareagował na zachowanie turysty rzucającego niepostrzeżenie niedopałek papierosa na staw. 
My mieliśmy okazję poznać Marcina na szklanym ekranie w telewizyjnej serii "Patrol Tatry". To program emitowany jesienią 2019 roku przez stację telewizyjną FOKUS.TV, opowiadający o pracy strażników gór, zarówno ratowników, jak i strażników TPN, czy gospodarzy schronisk górskich. Mam nadzieję, że doczekamy się kolejnej jego serii.
Górujący nad moją głową charakterystyczny szczyt Mnicha to obiekt westchnień niejednego wspinacza. To dość ambitne podejście wspinaczkowe, wymagające przewodnika i asekuracji liną, tym bardziej w warunkach zimowych. Takie usługi oferuje kierownik bazy Roztoka, przewodnik tatrzański I klasy i instruktor naszego szkolenia Andrzej Chrobak. 
Ćwiczenia praktyczne rozpoczęliśmy od założenia stuptutów i zainstalowania raków na butach. Tak przygotowani zeszliśmy na taflę lodową Morskiego Oka (1395 m n.p.m.) - to tędy bowiem prowadzi zimowy szlak. 
Stojąc na jeziorze u stóp masywu Mięguszowickich Szczytów, Marcin zapoznaje nas z topografią Tatr i wskazuje miejsca występowania lawin. Najciekawszym obiektem w tym rejonie jest żleb „Maszynka do mięsa”, opadający z Bańdziocha Mięguszowieckiego - nazwa ma uświadomić turystom, co dzieje się z człowiekiem, gdy właśnie tutaj ulegnie wypadkowi. W końcu dochodzimy do miejsca, z którego w górę odchodzi czerwony szlak w stronę Czarnego Stawu pod Rysami (1583 m n.p.m.), na którym spędzimy większą część dzisiejszego dnia. 
Dziaba za dziabą rozpoczynamy strome podejście nad Czarny Staw pod Rysami - to ok. 200 metrów przewyższenia aż do progu Czarnowstawiańskiego Kotła. 
 
Po drodze zatrzymujemy się w pobliżu ściany lodowej, gdzie Marcin dokładniej prezentuje działanie czekana. Sama wspinaczka lodowa to już temat na kolejne szkolenie.
My będziemy używać czekana nie tylko jako trzeciego punktu podparcia, ale także jako narzędzia hamowania podczas zjazdów - mniej lub bardziej kontrolowanych. 
 Dochodzimy do charakterystycznego krzyża, zainstalowanego tutaj w 1836 roku z inicjatywy starosty poronińskiego.
 Czarny Staw znajduje się w kotle polodowcowym u stóp Rysów i opadającej do niego Kazalnicy Mięguszowieckiej. Dziś tego nie widać, bo jezioro jest zamarznięte, natomiast latem woda ma ciemnoniebieski kolor, a zacienienie jeziora daje czarną barwę i stąd nazwa stawu. Jego głębokość ponad 76 metrów też jest imponująca, bo klasuje go jako drugie najgłębsze w Tatrach (po Wielkim Stawie w Dolinie Pięciu Stawów) i czwarte w Polsce.
 
Program szkolenia w terenie objął także obsługę lawinowego ABC. W jego skład wchodzi sonda, łopata i detektor. Nie wystarczy posiadać tego sprzętu w chwili zejścia lawiny, ale jeszcze wiedzieć, jak się nim posługiwać. 
Detektor lawinowy (my mieliśmy model Mammut Element Barryvox), podczas wspinania w terenie zagrożonym lawinami powinien być ustawiony w tryb nadawania. Gdyby kogokolwiek porwała lawina reszta turystów przestawia swoje urządzenia w tryb odbioru sygnału i w ten sposób szuka zasypanego zwracając uwagę na częstotliwość sygnały emitowane przez detektor. Zakup takiego urządzenia to kwota powyżej 1000 zł, natomiast śmiało można skorzystać z wypożyczalni. Wówczas całe lawinowe ABC to koszt ok. 50 zł na dobę plus kaucja 300 zł. Nasze ćwiczenia polegały na odszukaniu zakopanego detektora lawinowego ustawionego w tryb nadawania, najpierw za pomocą naszych detektorów ustawionych w tryb odbioru sygnału, a następnie za pomocą sondy. Bardzo przydatny opis postępowania po zejściu lawiny znajdziecie na stronie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Drugą metodą poszukiwania zasypanego jest posługiwanie się sondą lawinową - nie zawsze bowiem ofiara posiada detektor. Wówczas grupa ustawia się obok siebie w rzędzie i posuwając się do przodu krok po kroku, każdy swoją sondą próbuje zlokalizować ofiarę. Traf chciał, że w tym ćwiczeniu to akurat ja natrafiłam na zakopany detektor imitujący poszkodowanego. Kolejną część poświęcamy zjazdom. Trenujemy zjazdy na plecach, na brzuchu, przodem do kierunku zjazdu, ucząc się przy tym metod autoasekuracji czekanem. W międzyczasie sprawdzamy także nastromienie stoków - uczymy się procentowego określania nachylenia stoków za pomocą kijów trekkingowych.
Z Czarnego Stawu można wyruszyć między innymi na Rysy (co dziś było bardzo niebezpieczne - śniegu jest mało i skały są mocno oblodzone) lub Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.
Niestety za chwilę to miejsce stało się niemym świadkiem wypadku, do jakiego doszło w sobotę 26 stycznia 2020 roku około godziny 14:00, niemal na naszych oczach. Przebywając nad Czarnym Stawem jako pierwsza zauważyłam osobę zsuwającą się z Buli pod Rysami. Marcin szybko stwierdził, że zjeżdża jakoś tak bezwładnie. Nie minęły 2 minuty, kiedy to usłyszeliśmy hałas zbliżającego się śmigłowca.
Zginęła turystka - młoda dziewczyna, jak się później okazało działaczka partii Razem - Katarzyna Macioszek, która spadła z dużej wysokości i zmarła w wyniku poniesionych obrażeń. Choć była w pełni wyposażona, jednak podczas upadku pogubiła sprzęt. Cześć Jej pamięci ...

Zejście do Morskiego Oka to kolejne - ostatnie już dziś ćwiczenia, polegające na zejściu z czekanem przodem do stoku. Mimo iż tak się wcześniej obawiałam stromego zejścia i tak o wiele wygodniej było mi schodzić tradycyjnie, podpierając się czekanem. 
Moje szkolenie zakończyło się zejściem do schroniska nad Morskim Okiem około godziny 17:00. Wróciłam bardzo szczęśliwa i pełna zapału do dalszych wędrówek, bo przeżyłam najwspanialszą przygodę w moim dotychczasowym życiu. A co najważniejsze, wszystkie moje lęki poszły precz. W MOKu już czekali na mnie Radek, Iwonka i Arek i w komplecie wróciliśmy do Roztoki na zasłużonego grzańca.
Niedziela była już czasem na naszą wspólną wycieczkę. To dla mnie i moich kolan będzie prawdziwy egzamin. Utrzymać tempo i nie zostawać w tyle za grupą. Zaplanowaliśmy rekreacyjne wejście na Gęsią Szyję, natomiast zima jest dodatkowym utrudnieniem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Wyruszamy ze schroniska do asfaltowej drogi prowadzącej do Palenicy Białczańskiej (982 m. npm). Droga jest dość oblodzona, ale widoczne są już fragmenty asfaltu - wszak ostatni śnieg w Tatrach spadł przed Sylwestrem. Oczywiście nie przeszkadza to niedzielnym turystom, którzy nawet ciągnąc za sobą walizki (sic!) podążają w stronę Morskiego Oka. Dziś już mnie nic nie zaskoczy - tak przynajmniej myślę. Tuż przed bramkami wejściowymi do Tatrzańskiego Parku Narodowego skręcamy w lewo, bo właśnie
 stąd prowadzi godzinny szlak na Rusinową Polanę.
Szlak niebieski w dużej części biegnie przez zacieniony las, a kije i raki są nam niezbędne, bo chwilami ścieżka jest naprawdę bardzo stroma i śliska.  
 Słonko nieźle grzeje, tak więc idziemy dość lekko ubrani.
 Kiedy znajdujemy się na Rusinowej Polanie (1210 m n.p.m.) świeci słońce, a widoki na Tatry są przepiękne.
Bacówka TPN na Rusinowej Polanie. 
Warto wspomnieć, że to właśnie tutaj możecie spotkać wielu niedzielnych turystów, którzy szukają chwili wytchnienia od zgiełku miasta. Wycieczkę tutaj polecam zdecydowanie bardziej niż do Morskiego Oka - może nie jest zbyt wysoko, ale dla początkujących może być okazją do podziwiania panoramy Tatr i odpoczynku. Co krok znajdziemy tutaj stoły i ławki do piknikowania. Już sobie wyobrażam, co dzieje się tutaj latem.  

Pewnie dlatego, że do Rusinowej Polany można dostać się także z parkingu na Zazadniej, obuwie używane przez napotkanych tutaj turystów zadziwia. Panie zamiast raków odziane są w buty na wysokim obcasie, lisie futra i torebki z najwyższej półki. Część osób ma na sobie raczki. Tylko nieliczni ruszają dalej - często emeryci z torebkami w dłoniach wybierają się w dalszą drogę na Wiktorówki. Do miejsca kultu maryjnego prowadzą schody - dziś nadzwyczaj oblodzone. Nic jednak nie stanie na przeszkodzie i podążając od drzewa do drzewa kurczowo trzymając się pni zmierzają do kaplicy.
Na ww. stronie znajduje się informacja o odprawianych mszach świętych nie tylko w kaplicy, ale i w pobliskich schroniskach.
Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr jest także plenerową izbą pamięci o Tych, którzy w górach zginęli. Pamiątkowe tablice możecie obejrzeć na stronie internetowej, gdzie przeczytacie także o historii tego miejsca. 
Z Wiktorówek ponownie wracamy na Rusinową Polanę, skąd wchodzić będziemy na szczyt Gęsia Szyja (1489 m n.p.m.).
 Mimo, że Gęsia Szyja nie jest wysoka to szlak z Rusinowej Polany daje się we znaki.
 
Ponad 250 metrów przewyższenia na dystansie niespełna kilometra daje w kość.
 
Widok, który zastajemy na szczycie to kwintesencja tej wędrówki.
 
Otaczająca nas panorama Tatr Wysokich zapiera dech w piersiach.
 
My i skałki szczytowe na Gęsiej Szyi.
Uwaga: stoję, patrzę w dół, rozglądam się dookoła i nawet jest mi do śmiechu!!! Lata temu zrobienie takiego zdjęcia na tarasach widokowych Sokolicy było po prostu dla mnie niemożliwe.
Zejście z Gęsiej Szyi to już dla mnie gratka. Tym razem idę pierwsza, na zejściach bowiem mogę być przodownikiem. Powrót z Gęsiej Szyi kontynuujemy zielonym szlakiem, przez Waksmundzką Rówień (1407 m n.p.m.), gdzie przerzucamy się na czerwony szlak wyprowadzający nas na asfaltową drogę tuż przed Wodogrzmotami Mickiewicza. Mamy to! Udało się! Może to nic wielkiego, ale dla mnie to wielki krok w przyszłość. Przede mną spore wyzwania, a to był jedynie taki mały egzamin.
Ten post niech  będzie dla Was drogowskazem i zachętą do pokonywania własnych uprzedzeń i lęków. Z kolei z mojej strony jest to laurka wystawiona Tym, którzy na co dzień nie szczędzą mi ciepłych słów i wierzą we mnie, w każdy mój krok dodając motywacji. 
Bo każdy w życiu ma taki team, a ja? 
Byłam Wam po prostu winna ten post :)

środa, 19 lutego 2020

Powrót z Rumunii do Polski - ściągawka z podróży

To rzeczywiście ściągawka, dla tych którzy niezbyt sprawnie posługują się nawigacją. Odtworzona na podstawie notatki w trakcie podróży, być może komuś - a może mi - po latach się przyda.
Powrót do Polski - dziań drugi przebiegł tą samą trasą co do Bułgarii:
7:10 wyjazd z Gilau na Satu Mare - odległość 175 km czas: 2,37 h planowo na 9:50
Jedziemy znowu na A3 na Zalau. Zjazd z hotelu nie był konfliktowy - Hotel Cionca położony jest dosłownie 5 minut od autostrady.
10 km przed Zalau niezłe serpentyny. Tradycyjnie dla zjeżdżających jeden pas, na wjeździe dwa pasy ruchu.

 
8:23 Zalau duże miasto - pokonujemy światła za światłami
Do granicy w kierunku Satu Mare prowadzi nas trasa E81 o całkiem dobrej nawierzchni. Sporo odcinków z dopuszczeniem 90 km/h. Na odcinku od Gilau ani jednego patrolu policji. Pierwotnie nawigacja ustawiona na Satu Mare, potem Petea, w końcu na Barwinek. 9:35 mijamy Bastion knajpę w której jedliśmy w tamtą stronę.
9:45 jesteśmy w Satu Mare - mieście bliźniaczym Rzeszowa, czyli wszystko wskazuje na to że na razie trzymamy się planu.
Lukoil Satu Mare po lewej stronie drogi do Polski ceny: Pb95 - 5,58 RON i ON 5,67 RON
10:00 -10:41 robimy sobie śniadaniowy postój w Kauflandzie zajmuje nam z tankowaniem dobre 40 minut i obok stacja OMV; ceny: ON - 5,71 RON, Pb95 -
5,64 RON
11:04-11:13 Csengercsima granica RO
Zmiana czasu jest 10:13 i jesteśmy na Węgrzech. Okazujemy dowody osobiste, ale także i dowód rejestracyjny samochodu.
Nawigacja ustawiona na Barwinek w trybie unikaj opłat drogowych. Czas przejazdu: 4 godziny 259 km przez Węgry i Słowację.
Przejazd przez Węgry to odległość 106 km - do Barwinka mieliśmy 259 km, a przekraczając granicę HU/SK mamy już 153 km
Droga na Fehergyarmat ma kilka odcinków po 2 km o słabej nawierzchni - niby połatane dziury dlatego ograniczenie do 40 km/h. Stan drogi rekompensuje niewielki ruch na tej trasie - zupełny brak TIRów.

Dalej do Vasarosnameny tutaj Furdo termal (www.atlantika.hu) - aquapark ze sporymi zjeżdżalniami, którego opis w języku polskim znajdziecie tutaj. 
11:05 Stąd na trasę 41 na Nyirgyhaza a potem na Kisvarda, a właściwie obwodnicę tego miasta.
11:33 obwodnica Kisvarda do granicy w Pacin mamy 29 km.
Jedziemy teraz drogą 382 w kierunku Satorajlaujhely. Od Kisvardy do Cigand co prawda jest jednopasmówka, ale z nowym asfaltem. Wreszcie !!!! Jeszcze kawałek w Cigand słaby i znowu do Pacina już piękny dywanik.
11:58 przekraczamy granicę HU/SK w Pacinie. Malutki mostek na wąskim strumyku. Ot cała granica.
11:58 Słowacja 153 km do Barwinka. Jetseśmy w miejscowości Velky Kamenec.
Velky Kamenec to ruiny zamku, które mijaliśmy jadąc do Bułgarii.

2 godz i 131 km do Barwinka. Planowany przyjazd 14:24.
12:15-12:25 postój na stacji OMV bezpłatne wc - tuż za Ujhely - Slovenske Nove Mesto (nie dojeżdżając do Cerhova po lewej stronie jadąc do Polski). Ceny: ON - 1,214 EUR, Pb95 - 1,329 EUR, LPG - 0,629 EUR). To chyba dopiero druga mijana stacja na odcinku węgiersko-słowackim. Jedna mała była w Cigand na Węgrzech bez możliwości zapłaty eur i kartą. Zatrzymywaliśmy się na niej na bezpłatną toaletę w tamtą stronę.
Jedziemy drogą 79 na obwodnicę Trebisova. Przed nami pierwszy dziś Tir.
Teraz droga 79 prowadzi nas do Vranov nad Toplou
12:47 Trebisov.
Na tym odcinku Słowacji także nawierzchnia nie najlepszej jakości. W samym Trebisovie dwa tiry przy cukrowni spowalniają nasz przejazd.
Jak już jest teren niezabudowany i można byłoby jechać 70 km/h to zaraz stoi znak ograniczenia do 40 km/h, bo nawierzchnia nierówna albo byle jak połatana.
W końcu w Sacurov skręcamy w jakąś podrzędną drogę 3621. Cały czas to kierunkowskazy na Vranov nad Toplou
Kręto ale pusto.
Tuż przed Vranov nad Toplou kolejna stacja. Cena paliwa: Pb95 1,25 EUR.
Drogą nr 15 której asfalt już miałam pochwalić - dobra no nie jest tak źle - na Stropkov


13:20 Sedliska i znowu ruiny zamku.
13:31 Mała Domasa - jezioro i zapora którą jedziemy
Kiedy nawigacja pokazuje nam 51 km do Barwinka zaczyna się nowy asfalt który niestety kończy się za kilometr. Dalej jest stary ale w porządku.... miejscami łatany. D...y nie urywa, ale na szczęście - nadwozia też nie.
13:54 Stropkov - na samym wjeździe stacja Slovnaft ceny: ON-1,214 EUR, Pb95-1,330 EUR i LPG 0,549 EUR.
Przenosimy się na jakąś podrzędną 3586 omijając łukiem Svidnik z lewej strony. Jest kilka alternatyw tej drogi, ale Google maps wskazuje tą jako najszybszą.
Fragmentami droga dojazdowa 3541 do drogi nr 21 przez Vislawa i Vagrinec o złej nawierzchni. Światła bo remont mostu. Jesteśmy tu i tak sami.
14:14 wyjeżdżamy wreszcie na główną drogę nr 21 prowadząca do Barwinka. Tu już normalny ruch, tiry, ciężarówki itp. To chyba dobry skrót kilometrowy, a czy czasowy? Niestety nie wiem. Może ktoś z Was też jechał bezwinietkowo i może to porównać ze swoimi doświadczeniami.
14:30 wjazd na granicę SK/PL w Barwinku. Uff Jesteśmy w Polsce.
Do 15:00 spędzamy czas - tankowanie, hot-dogi na Orlen Barwinek Pb95-5,18 zł, ON -5,12 zł, LPG 2,14 zł.
Przejazd przez Polskę w okolice Warszawy to już tylko nawigacja, Ta sama droga co w tamtą stronę. Żółte drogi prowadzące od samej Dukli do Suchedniowa, potem S7. Do domu dojechaliśmy szczęśliwie bez żadnych przygód na godzinę 21:15. Dziś spędziliśmy w trasie 15 godzin z jedną godzinną przerwą na obiad w miejscowości Połaniec (zajazd Promyk) i dwiema półgodzinnymi śniadaniowo-benzynowymi. Pozostałe 4 postoje raptem 5 minutowe. Dziś zrobione 845 km, a od początku wyjazdu 3710 km na liczniku. 
A teraz nawet niebo płacze ze skończyły się nasze kolejne bułgarskie wakacje.

piątek, 31 stycznia 2020

Transalpiną w stronę domu


Dnia 18 sierpnia 2019 roku nasze kolejne bułgarskie wakacje dobiegają końca. Oczywiście cel celem, ale mega przygodą jest zawsze dojazd i powrót do domu. Wyruszamy z Kraneva o 7:00 rano, kierując się na most Ruse-Giurgiu (10:00), a następnie na Vanatorii Mici (omijając Bukareszt), Ramnicu Valcea (13:30) i .... Novaci (14:30). Nieco spontanicznie - mimo początkowych planów powrotu tradycyjną drogą wzdłuż Oltenii - obieramy kurs przez Transalpinę. Na początek ważna wskazówka. W Novaci szukajcie stacji benzynowej IPECO w górę do skrzyżowania z drogą nr 7A. To cenna wskazówka z wyszukanego przez Renatę wpisu z czerwca 2019 roku na blogu https://www.travelek24.pl/p/nasze-wpisy-o-rumunii.html. Szczerze polecam jego wnikliwą lekturę, co pozwoli Wam - w odpowiednich miejscach zrobić postój. Posługując się radami Travelek: Mai i Marcina, zatrzymamy się na Transalpinie na 11 km, 12 km, 21 km (Przełęcz Urdele), 25,5 km i 30 km - wszystko to licząc właśnie od stacji benzynowej IPECO (45.196223, 23.687952). Na przejazd z postojami zarezerwujcie sobie około 4 godzin.
Transalpina (oficjalna strona Transalpiny) to droga oznaczona nr DN 67C o długości 147,2 km, która jest najwyżej położoną droga kołową w Rumunii przebiegającą wzdłuż głównego grzbietu pasma górskiego Părăng.
 
Jadąc z Novaci początkowo mijamy wioski ze straganami, mniej lub bardziej tradycyjnymi.
Z daleka widzimy zachwycający górski krajobraz z charakterystycznym wąwozem po środku. Miejscowość noclegowa w pobliżu wąwozu nazywa się Polovragi i jeśli chcecie na Transalpinę poświęcić cały dzień, spokojnie znajdziecie tutaj nocleg.
Do miejscowości Ranca (1.600 m npm.) mamy jeszcze około 6 km. Gdyby nie wychodzące wprost pod koła konie i krowy, jechałoby się w miarę normalnie. 
Powoli dojeżdżamy do miejscowości turystycznej, a upodobania zwierząt nie zmieniają się.
Tym razem uparte osły stają nam na drodze.
Górska miejscowość Ranca jest ośrodkiem narciarskim i tylko dotąd otwarta jest trasa Transalpina zimą. Ruch do Ranca w warunkach zimowych na zimowych oponach i z łańcuchami. Najczęściej trasa niedostępna jest dla ruchu drogowego między miejscowościami Ranca a Lotrului Obarsia w okresie 1 listopada - 31 maja, w bieżącym sezonie zamknięta jest począwszy od 30 października 2019 r. do czerwca 2020 r. Poza tym, nawet w pozostałym okresie obowiązuje zakaz wjazdu na drogę w godzinach 20:00-6:00. Choć google maps prawidłowo nawiguje te odcinki, warto sprawdzić na stronie czy przejazd jest możliwy. Dziś, kiedy piszę ten post, zarówno TA, jaki i TT oznaczone są czarną linią jako zamknięte.

Na pierwszym postoju na połoninach towarzyszą nam krowy.
Krowy pasą się bez towarzystwa pasterzy i nie są uwiązane na łańcuchach.
Im bardziej zostawiamy Rancę za sobą tym widoki stają się ciekawsze.
Postój na 12 km. Droga przecina również dwie przełęcze – Tărtărău (1.665 m n.p.m.)
i Florile Albe czyli "Białe Kwiaty" ( 1.530 m n.p.m. ).
Góry powoli zmieniają swój charakter.
 
 Z wyglądu przypominają nasze Bieszczady i przyznam szczerze, że są tak samo dzikie.
Zbliżamy się do najwyższego punktu trasy, gdzie droga zwęża się do jednego pasa ruchu. Najwyższy punkt Transalpiny to przełęcz Urdele o wysokości 2145 m n.p.m. na której zatrzymujemy się na dłużej.
Zjeżdżamy z trasy parkując samochód na połoninie. Właściwie wszystkie miejsca postoju to zjazd na pobocze, a nie typowe parkingi. Na przełęczy spędzamy 40 minut.

Transalpina bywa nazywana Ścieżką Olbrzymów, chyba ze względu na legendy rumuńskie i na formacje skalne, które można spotkać po drodze. W I - II wieku przez legiony rzymskie nazywana była także Diabelską Ścieżką.
I to jest właśnie najpiękniejsze na Transalpinie - mimo sporej ilości turystów, każdy czuje się tak, jakby był tutaj tylko sam.

 
Miejsce to jest swego rodzaju odpustem, gdzie z jednej strony styka się piękno dzikiej natury z drugiej zaś blichtr straganów.

Na niewielkim placu tuż za przełęczą znajdziecie właśnie centrum gastronomiczno-souvenirowe, czyli dwa rzędy stoisk z rzemiosłem

i tradycyjnym jadłem i napitkami. Wszystko to pozbawione stałej linii energetycznej, więc gotowanie odbywa się za pomocą prądu wytworzonego w agregacie,

albo nad ogniem, tak jak w przypadku tego gulaszu. Najbardziej znany rumuński gulasz to stufat de miel, czyli zupa z jagnięciny z cebulą i czosnkiem. Ten jednak był raczej paprykowy. 
 
Radek wybiera małe kiełbaski mititi w cenie po 5 RON za szt.

Oskar zjada langosza za 10 RON (węgierski placek z mąki na drożdżach smażony na głębokim tłuszczu) na takiej wysokości smakuje wyśmienicie. Langosze serwowane są w wersji na słono i na słodko. Do wyboru są także naleśniki po 10 RON.

A osioł znowu swoje...
Na trasie spotykamy różne pojazdy. Na podjeździe pod przełęcz mija nas nawet rowerzysta, choć nie powinno to nas dziwić.



Trasa jest bardzo popularna wśród motocyklistów, ale też w październiku 2018 roku znalazło się czterech śmiałków deskorolkarzy, którzy zjechali Transalpiną na sam dół.

  Zakręty - nawet na zjeździe - są tak ostre i niebezpieczne, że wymagają ciągłej uwagi kierowcy i ogromnej wprawy w prowadzeniu pojazdu.
 
My daliśmy sobie na Transalpinę 3,5 godziny - od 15:00 do 18:30, ale spokojnie można byłoby tu spędzić jeszcze godzinę dłużej. 
Na zjeździe znajduje się atrakcyjna tama i monastyr, ale tutaj już nie zatrzymywaliśmy się.


Dla bardziej zainteresowanych wrzucam jeszcze film z sieci z całego przejazdu TA.
Naszą podróż przez obydwie trasy oceniam na szóstkę z plusem. Najbardziej spektakularny odcinek trasy Transfogarskiej przebiega z północy na południe (czyli jadąc do Bułgarii), podczas gdy trasę Transalpinę najlepiej przebyć z południa na północ (czyli w drodze do Polski). Zupełnie przypadkiem tak właśnie i nam wyszło. Po zjeździe z Transalpiny niestety trafiamy na 40 minutowy korek między Sebes a Aiud. O 20:15 mkniemy już autostradą A10, by po 10 minutach zjechać na A3 na Kluj Napoca. Na miejsce noclegu w Gilau - pensjonat Cionca - docieramy o 20:54. Jakże przyjemnie wymienić nam wrażenia z trasy ze spotkanymi tutaj motocyklistami.

Printfriendly