środa, 5 czerwca 2024

Pierwsze kroki w Himalajach, czyli idziemy do Phakding

17 kwietnia 2024 - środa 

O godzinie 4:45 rozpoczyna się kolejny emocjonujący dzień. W sumie od godziny już nie śpię. Na szczęście za oknem nie wieje. Będzie dobrze... 5:15 punktualnie stawiamy się na zbiórce. 


Bagaże lądują na dachu busa i w ciągu kwadransa jesteśmy ponownie na lotnisku w Ramehchap. 

Dziś panuje tu istne szaleństwo - odprawa i ważenie bagaży nieco odmienne od znanych mi procedur. Kontrola bezpieczeństwa idzie w piorunującym tempie i w niespełna godzinę po przyjeździe na lotnisko jesteśmy już na sali odlotów. Nie ma tutaj żadnych rozkładów, komunikatów, czy tablic wyświetlających odloty -  po prostu, co jakiś czas pracownik obsługi zwołuje kolejny numer lotu. Istna partyzantka! Na lotnisku jest raptem jeden lub dwa samoloty, które co chwila unoszą się w powietrze lub lądują.

My lecimy małym 19-osobowym samolotem marki Dornier Do228  produkowanym do 1998 roku. Z ciekawości utrwalam na zdjęciu nr rejestracyjny samolotu 9N-AJH. 

Jak się właśnie okazało leciałam dokładnie tą samą maszyną, co mój mąż Radek w listopadzie 2021 roku - przy czym on leciał na trasie Kathmandu-Lukla. Ot taki zbieg okoliczności.... 

Radość jest wielka. Zajmujemy miejsca w samolocie - nie są one numerowane. Aby widzieć szczyty Himalajów warto zająć miejsce po lewej stronie. Startujemy 7:30.

Nasz lot trwa raptem 17 minut. Ależ co to było za 17 minut! 

Silniki samolotu ryczą znacznie głośniej niż w dużych maszynach, a i wstrząsy czuć troszkę inaczej, mimo iż zarówno start jak i lądowanie przebiegają dość płynnie. Ponoć trafiliśmy na pilotkę z bardzo bogatym doświadczeniem, znaną w całym Nepalu - na szczęście!

Widoki nie do opisania, bo choć lot zaczyna się ponad zielonymi wioskami i niewysokimi pagórkami, nagle zza chmur wyłaniają się himalajskie szczyty. Czy to góry, czy chmury? Jest tak pięknie, że idzie zwariować. Widok gór z lotu ptaka jest niesamowity, a wioski które mijamy po drodze zupełnie pozbawione są dróg i jakichkolwiek pojazdów mechanicznych. Dodatkowych emocji dostarcza świadomość że po wylądowaniu będziemy mieli te szczyty niemal na wyciągnięcie ręki. 

Lądowanie przebiega błyskawicznie - leciutko zatrzęsło i wbrew powszechnym opiniom absolutnie nie powodowało to żadnego dyskomfortu. 

Popłakałam się ze szczęścia - moje kolejne podróżnicze marzenie spełnione. 

Lotnisko im. Tenzinga-Hillary'ego w Lukli okrzyknięte zostało najniebezpieczniejszym lotniskiem na świecie. 

Położone jest na wysokości 2860 m npm. i słynie z wyjątkowo krótkiego pasa startowego (o długości 460 metrów i szerokości 20 metrów). 

W dodatku pas startowy - nachylony pod kątem 12 stopni - zaczyna się litą skałą, a kończy 600-metrową przepaścią. 
Jakby tego było mało problemy sprawia tu także pogoda (o czym sami się przekonaliśmy) - porywiste wiatry i niebo spowite gęstymi chmurami utrudniają ruch lotniczy, który zwykle odbywa się tu tylko do południa.     
Lądowanie w Lukli

Około godziny 8:00 po odebraniu bagaży - już wspólnie z porterami - idziemy do centrum miasteczka. 

Mijamy symboliczny pomnik pierwszych zdobywców Everestu -Hillary'ego i Tenzinga Norgay Sherpa
i przechodzimy pod bramą powitalną. 

Całą grupą idziemy do Everest Plaza, gdzie dostajemy śniadanie. Za chwilę czeka nas pierwszy przepak - w trakcie trekkingu dojdziemy z tym do wprawy. Duże bagaże musimy przygotować tak, aby porterzy mogli je zabrać do lodży - zabieramy z torby choćby kijki trekkingowe. Będziemy wędrować na lekko. Porterzy znacznie szybciej niż grupa wyruszają do Phakding 2610 m npm

Foto: Tatiana

Czas wolny po śniadaniu wykorzystujemy na ostatnie zakupy (wyżej będzie już coraz drożej) i spacer na przeciwną stronę lotniska. 

Wdrapujemy się na widoczny na zdjęciu taras widokowy w Buddha Lodge Lukla, gdzie popijając masala tea obserwujemy raz jeszcze lądujące i startujące samoloty. 

To dopiero początek dzisiejszych atrakcji - wszak za chwilę zaczynamy trekking. Z Lukli wychodzimy o godzinie 11:00.

Nad głowami trzepocą pierwsze kolorowe flagi modlitewne - o nich jeszcze napiszę. 

Foto: Radek 2022 r.

Przekraczamy symboliczną bramę, położoną w północnej części miasteczka. 

Dzisiejszy odcinek nie powinien sprawić żadnych trudności - to dobra rozgrzewka. Z wysokości tracimy 200 metrów, co nie oznacza jednak, że idziemy tylko z górki. Absolutnie w górach nie można tak myśleć - trochę z górki, trochę pod górę. 

Ścieżka prowadzi przez kolejne wioski wzdłuż rzeki Dhudh Kosi. Wzdłuż szlaku trekkingowego rozlokowane są lodże i guesthousy, skromne domy, sklepiki i restauracje z hasłem na szyldzie: "Well com" :)  Mijamy kolejne wioski: skromne zabudowania gospodarcze i rozległe pola uprawne, na których dopiero co wschodzą pierwsze źdźbła traw i roślin uprawnych. W drodze powrotnej będziemy mocno zadziwieni, jak wiele zmieniło się po dwóch tygodniach.

Uśmiechnięci tubylcy chętnie pozują do zdjęć, pozdrawiając turystów śpiewnym "Namaste". 

W trakcie codziennych zwykłych czynności, 

w trakcie robienia prania na kamieniu,

 

czy w trakcie jednoczesnego płukania włosów i prania. Tak niewiele mają, a tacy są szczęśliwi ...

Pierwsze młynki modlitewne, 
pierwsze kamienie Mani, 
pierwsze buddyjskie stupy rozlokowane na środku drogi, 
pierwszy raz słyszę też dźwięki mantry. 
No i naturalnie... pierwsze wiszące mosty. 

Pierwszy most robi na mnie niesamowite wrażenie - znowu robię coś pierwszy raz, przekraczam swoją kolejną strefę komfortu. 

Ten most jest w sam raz dla początkujących - nie jest nawet zawieszony nad rzeką, ale nad jakimś wąwozem. Cztery stalowe liny utrzymują metalowy pomost, kolejne dwie liny puszczone górą stanowią barierkę. 

Za każdym razem kurczowo trzymam się poręczy, nie zważając na wystające druty. 
Przyznam, że na moście trochę buja, a ja jestem jeszcze nieźle spanikowana. 
Koleżanka pyta, czy mogę jej zrobić zdjęcie w połowie mostu.
Matko, ja tu z życiem walczę, a oni mi zdjęcia każą robić... 
To tyle zapamiętałam z przejścia wiszącym mostem...
Foto: Ania
Potem było już coraz łatwiej, choć znacznie wyżej, nad rzeką, mniej stabilnie i bardziej tłumnie. 
Przy okazji porada: jeśli po moście idą jaki, trzeba poczekać aż przejdą i dopiero wchodzić na most.
Generalna zasada dotycząca zwierząt, jak również tragarzy na szlaku - zawsze puszczamy ich przodem, a mijając się z jakami podchodzimy jak najbliżej skały, tak aby zwierzęta mogły iść od zewnątrz ścieżki. 

Dzisiejsza trasa prowadziła kolejno przez miejscowości:  

Chheplung z uroczą stupą buddyjską,

stosami kamieni Mani. 
Om mani padme hum - Bądź pozdrowiony, skarbie w kwiecie lotosu - tak wyglądają zapisy mantry w języku tybetańskim
Nachipang,
w okolicy której to miejscowości zatrzymujemy się na lunch,
Ghat.

Tutaj z kolei zachwycamy się kolorowymi młynkami modlitewnymi, stanowiącymi jeden z najbardziej charakterystycznych symboli kultury tybetańskiej.

Nie omijamy żadnego - za każdym razem obracając młynki recytujemy mantrę - licząc na powodzenie wyprawy.

Kolejne słowa Om mani padme hum wypisane są na kolorowych chorągiewkach, 
także tych na moim plecaku.
Pamiętajcie, że należy obchodzić kamienie zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Po około 4 godzinach docieramy do  celu – Phakding. 

Jeszcze tylko przejście ostatnim - czwartym - mostem nad rzeką Dhudh Kosi, obowiązkowe zdjęcie zbiorowe i meldujemy się w pierwszej lodży 

Sunrise Garden Lodge&Restaurant

Lodge  (czytaj: "Lodża") to nic innego jak górskie schronisko i tak należy je traktować. Niezależnie od nazwy - nawiązującej do gór, szczytów i tego z czym mogą kojarzyć się góry - bardziej standardem przypomina nasze schroniska, niż jakiekolwiek pensjonaty, hostele, a już na pewno nie hotele. 

Właściwie każda lodża wygląda podobnie: nieopodal wejścia znajduje się jadalnia, w której centralnej części ustawiona jest koza. To jedyne pomieszczenie w budynku, które jest ogrzewane - rano i wieczorem do pieca wrzuca się suszone odchody jaków. 

Lodża w Machermo
To jedyne źródło ciepła, które wbrew pozorom grzeje, ale nie śmierdzi. Dookoła rozstawione są stoły. Część noclegowa jest nieogrzewana - to pokoje oddzielone od siebie cienką płytą pilśniową, nie są izolowane w żaden sposób chociażby od hałasu. Do tego nieszczelne okna - wszystko to sprawia że nocą jest po prostu zimno.
W pokoju w Phakding stoją dwa łóżka i kosz na śmieci. W zasadzie przez cały nasz trekking w lodżach mieliśmy do dyspozycji pościel: poduszki, prześcieradła - jeśli nie kołdry, to co najmniej koce. Tym razem w pokoju mamy łazienkę z tradycyjną muszlą klozetową. Częściej jednak toaleta w tureckim stylu i umywalka usytuowane są w korytarzu. Zdarzało się że w pokoju był wieszak czy mały stolik, a w Namche Bazar nawet kontakt elektryczny (pamiętajcie zabrać ze sobą własny adapter). W lodżach zawsze można kupić wodę butelkowaną, czy zapłacić za ciepły prysznic, naładowanie powerbanka lub telefonu, czy dostęp do internetu.

Na zakończenie moje rady w sprawie internetu. Praktycznie przez cały pobyt w Nepalu (poza samą bazą EBC) miałam zasięg internetowy, który pochodził:

Po pierwsze: od miejscowego operatora Ncell (karta Sim kupiona w Kathmandu 20 GB na 30 dni to koszt 2500 NSR ok. 75 zł). O ile telefon obsługuje karty e-sim - jak najbardziej wchodzi w grę skorzystanie z tego dobrodziejstwa - sprawdzone przez uczestników mojej wyprawy. 

Zdarzyło nam się złapać zasięg Ncell w trakcie wędrówki np. przy Everest hotel view nad Namche Bazar.

Po drugie: posiłkowałam się także kartami zdrapkami, które sprzedawane są w lodżach i ważne przez 24 godziny - mimo przemieszczania się do kolejnych miejscowości. Mimo iż oficjalna cena takiej zdrapki wynosiła 700 NPR (21 zł), to im wyżej np. w Lobuche, czy w Dzongla trzeba było zapłacić 800 NPR (24 zł). Jak widzicie różnice cenowe nie są wcale takie duże, choć czasem zdarzało się, że najlepszy zasięg był tylko w jadalni.

Pierwszy górski post, tak jak i pierwszy dzień trekkingu właśnie się kończy. Zjadamy kolację, szybka toaleta i pora na sen. Wrażeń dziś nie zabrakło - oby tylko udało się zasnąć...

niedziela, 2 czerwca 2024

No to lecimy na trekking EBC

Everest Base Camp - dla odwiedzających Nepal jest jak abecadło. Co prawda pierwsza litera inna niż w alfabecie, ale jest to podstawowa trasa - najczęściej wybierana na pierwszy raz w Himalajach. Ze względu na występującą od czerwca do września porę deszczową - wyprawy w Himalaje organizowane są w dwóch sezonach: w okresie kwiecień-maj i potem październik-listopad. Większość osób wybiera termin jesienny, że niby pogoda jest wówczas pewniejsza. Obalam ten mit - turnus wiosenny jest moim zdaniem bardzo dobrym terminem, bo:

  • dzień w kwietniu jest około 1,5 godziny dłuższy niż w październiku (np. 16.04.2024 wschód 5:38, zachód 18:29, podczas kiedy 16.10.2023 wschód 6:02, zachód 17:35)
  • Foto: Agnieszka
  • wiosną w Himalajach pięknie kwitną rododendrony - trekking zaczynaliśmy przy sporadycznie występujących drzewach, za to kończyliśmy już w pełnej krasie,
  • baza pod Everestem jest pełna namiotów, bo maj to czas zdobywania najwyższego szczytu Ziemi - czego w październiku już nie doświadczycie,
Foto: Agnieszka
  • wbrew panującym opiniom pogoda nas nie zawiodła: niebo było przejrzyste, a jedyny drobny deszczyk złapał nas w drodze do Namche Bazar. 
15 kwietnia 2024 - poniedziałek - to trzeci dzień od wyjazdu z Polski. Połowę dnia spędzamy jeszcze w Kathmandu, a o godzinie 15:00 wyjeżdżamy dwoma busami w stronę Ramehchap (Manthali Airport) - lotniska oferującego loty krajowe, z którego obecnie odbywa się większość lotów do Lukli. Trasa z Kathmandu do Ramehchap liczy raptem ok. 130 km, a tymczasem została jeszcze podzielona na dwa odcinki. Czekały nas niestety korki w stolicy kraju, kiepski stan dróg oraz liczne zakręty i po około 90 km drogi zatrzymaliśmy się na nocleg w Taj Riverside Resort  w miejscowości Mulkot. Bardzo przyjemny resort z basenem i fontanną w centrum ośrodka, położony jest w pobliżu rzeki Sunkoshi, na której organizowane są raftingi. Mieliśmy okazję uczcić tutaj 60-te urodziny jednego z uczestników. Wznieśliśmy toast symbolicznym kubkiem z masala tea (czarna herbata z dodatkiem mleka i przyprawy masala). Okazji do toastów znalazłoby się więcej - choćby taka, że 3 dni temu w Nepalu zaczął się nowy 2081 rok! Co ciekawe - zauważyliśmy, że nawet na paragonach umieszcza się obydwie daty, a rok fiskalny to rok 2080/2081.
Tutaj akurat paragon za puszkę coca-coli  - 99,99 NPR (rupii nepalskich) to 2,95 zł. I takim przelicznikiem mniej więcej najlepiej się posługiwać - 100 rupii to 3 złote. Z Polski zabieramy dolary, i co najwazniejsze nowe z dużymi głowami i niebieskim paskiem - wyemitowane od 2007 roku. Starsze nie są honorowane i nawet zapłata za wizę możliwa jest jedynie nowymi banknotami. Na szczęście udało mi się te starsze dolary (z 2006 roku) wymienić w lotniskowym kantorze w Kathmandu. 
A ceny - choćby napoi - zmieniały się wraz ze wzrostem wysokości. I tak litrowa woda w Kathmandu kosztowała 30 NPR (0,90 zł), na postoju w drodze do Mulkot 20 NPR (0,60 zł), podczas gdy rekordowa cena takiej samej butelki na trekkingu w Lobuche wynosiła już 250 NPR (7,50 zł).

16 kwietnia 2024 - wtorek miał być tym wyjątkowym. To dzień, w którym mieliśmy wylądować na najniebezpieczniejszym lotnisku świata - w Lukli. 
No właśnie: mieliśmy...
Pobudka 3:30, zbiórka 3:55, wyjazd z Mulkot 4:00, w Ramehchap jesteśmy 5:20. 
Okazuje się, że już wczoraj loty do Lukli były odwołane, stąd kolejka oczekujących przed nami jest spora. 
Przewoźnicy operujący na tym lotnisku, to: https://taraair.com/
Godzina 6:56 niby zaczyna się odprawa i jest szansa na wylot. Dwie grupy przed nami i już część naszej grupy będzie mogła polecieć. Trzy uśmiechnięte buźki dzierżące w dłoniach karty pokładowe na lot o godz.9:15 dawały nam nadzieję, że będziemy następni.

Nadzieja... 
Czekamy, bo to nie mgła w Ramehchap jest problemem, a pogoda w Lukli. Na nic zdały się karty pokładowe, bo mija godzina wylotu, a oni - jak stali tak stoją. Mijają kolejne godziny. Nadal czekamy...
I tak mija jeszcze szósta, siódma i ósma godzina waletowania na klepisku lotniska.
Miejsca mamy nawet leżące - przy stercie toreb wyprawowych i plecaków na żywym betonie, ale tuż pod okienkiem obsługi lotniskowej linii Sita. Teraz wszyscy czekają już tylko na komunikat - zmianę kartki wywieszonej na szybie: "all flights are delayed" na "all flights are canceled". Powód jest jeden i wciąż ten sam: pogoda w Lukli, choć i ta w Ramehchap nie jest najlepsza. Inna grupa zamawia helikoptery do Lukli, druga decyduje się na heli do Katmandu i zmianę treku na bazę pod Annapurną. W końcu ok. godziny 12:00 nasz lider przedstawia nam inne możliwości. Opcje są dwie: śmigło dziś lub zostajemy na noc w hotelu w Ramehchap i czekamy na zmianę pogody. Bariera jest jedna: koszt przelotu helikopterem to dopłata 350 USD od osoby i to już po refundacji za bilety lotnicze (organizator przygotowywał nas na koszt 150-200 USD). Ceny przelotów helikopterem w takiej sytuacji zdają się rządzić takimi prawami jak ceny Ubera. Im większy popyt tym wyższe ceny. Robimy głosowanie: kto jest gotowy lecieć dziś, kto chce czekać i w razie czego woli polecieć śmigłem dopiero jutro. Przegłosowane: wszyscy zostajemy na noc w Ramehchap - mamy przecież 2-3 zapasowe dni - i to wcale nie na jakieś parki rozrywki, czy rafting ale właśnie na takie sytuacje. Będzie dobrze, a my w żadnym razie nie zgodzimy się na skrócenie treku o dni aklimatyzacyjne. Zmiana trasy treku też zupełnie nie wchodzi w grę - zresztą nie jest nawet proponowana. Ale to w końcu nieoczekiwanie wysoki wydatek, który może okazać się nieunikniony w drodze powrotnej z Lukli. W międzyczasie idziemy na lunch do okolicznego baru. Niemal wszyscy jedzą ryż vege lub z kurczakiem. W menu dostrzegam jajecznicę. Z rumianymi tostami smakuje przyzwoicie. Ryżu to ja się jeszcze najem. Jajka dają energię - takie na twardo miałam w porannym lunchboxie z resortu. A i banan z pudełka jakiś taki fest słodki był. Soczek z rurką wypity, ale reszta, czyli smażone paski parówki i suchy tost to już dania dla szwendającej się psiny. Koleżanka psiara wniebowzięta, burek też.
Około godziny 14:30 żegnamy się z lotniskiem i w końcu jedziemy na nocleg.
Pensjonat Manthali retreat Pvt. to znajdująca się gdzieś w szczerym polu różowa willa, na pozór tylko wypasiona...
Pokoje czyste, łóżka wygodne, lśniące białe prześcieradła i poduszki, przyjemne cienkie koce podszyte białym futerkiem. I nic więcej - bez szafy, półki, lampek, ba ...bez jakichkolwiek gniazdek w pokoju. Sąsiedzi mają łazienkę i kontakt z wypasionym przedłużaczem, a my jesteśmy na ich łasce. To żaden problem - jest jeszcze zewnętrzna toaleta pod schodami: ubikacja w tureckim stylu to dziura w ziemi i miejsce na stopy, obok stoi tylko wiaderko z wodą do spłukania. 
Foto: Ilona
Manthali to wioska wchodząca w skład dystryktu Ramehchap. 
Typowa nepalska zabudowa: domy w szczerym polu, w dalekim sąsiedztwie od siebie, bez ogrodzeń, z widokiem na pola i góry, za to wzdłuż głównej drogi znajdziemy już wille wybudowane jedna przy drugiej, ze sklepikami w parterze. 
W pobliżu pensjonatu odnajdujemy nawet jakiś główny plac ze sklepami ogólnospożywczymi. 
Kolację zjadamy w pobliskim  Freedom resort Darkini of Nepal.
Nagle zaczyna dość mocno wiać, co jakiś czas słychać odgłosy burzy, co niestety nie napawa nas optymizmem. Przy takim wietrze to i śmigło jutro nie poleci. W ogrodzie restauracyjnym spotykamy trójkę rodaków. Opowiadają nam swoją historię:
Już mieli heli, 
już karty pokładowe w ręku, 
nie lecicie...
już dostali miejsca w hotelu, 
wyszykowani na basen, 
lecicie, 
szybkie pakowanie, 
dwa tuktuki, 
bagaże na płycie lotniska, ...
nagle bagaże jadą z powrotem. 
Kapitan przeprasza: za duży wiatr...

Po kolacji ok. 20:30 rozchodzimy się do spania. Prognoza w Lukli złapana przed snem daje mi ulgę: będzie wiało max do północy, a jutro słońce i czyste niebo. Polecimy samolotem!
Oby sprawdziły się słowa poznanej na lotnisku Polki: 
"Trzeba patrzeć na dobre prognozy, a na te złe nawet nie zaglądać. Do zobaczenia jutro w samolocie."
Do zobaczenia...

Ps. Tip dla wybierających się w Himalaje: warto zarezerwować sobie dodatkową gotówkę na wypadek konieczności przelotu do Lukli helikopterem.

sobota, 1 czerwca 2024

Pakujemy się w góry wysokie

"Podróżować, doznawać wrażeń i uczyć się - znaczy żyć" te słowa Szerpy Tenzinga umieszczone na jednym z moich prezentów urodzinowych przyświecały przygotowaniom do wyprawy. 

Z samej lektury wstępu już wiecie jak wyglądały moje długofalowe przygotowania - teraz jednak przejdę do tych bezpośrednio przed wyjazdem. I to dziś właśnie pokażę Wam czego praktycznego nauczyłam się w związku z pakowaniem na taki wyjazd. 

Tu jeszcze jesteśmy w niepełnym składzie.

W Himalaje wybrałam się z agencją Adventure24,  której pracownicy po podpisaniu umowy w kolejnych e-mailach informowali mnie o niezbędnym ekwipunku i formalnościach (m.in. o konieczności wypełnienia formularzu wizowego on-line). No i przyszła pora na pakowanie. Linie, jakimi lecimy do Nepalu to Flydubai, w których limit bagażu wynosi: bagaż główny 20 kg i bagaż podręczny 7 kg. Biorąc pod uwagę, że cała podróż zajmie ponad 3 tygodnie, wcale nie jest to dużo. W dodatku na sam trekking i lot wewnętrzny do Lukli limity zmniejszają się do 15 kg bagażu głównego i 5 kg bagażu podręcznego. Drobny depozyt zostawimy więc w Kathmandu. 

Mój główny bagaż stanowi ta żółta wodoodporna torba wyprawowa. Kupiona wiele lat temu przez mojego męża w sklepie Decathlon, nadal jest dostępna https://www.decathlon.pl/. Torbę tą polecam z czystym sumieniem. Porządny wór z szelkami, świetnie zwiększający swój rozmiar z 80 do 120 litrów, ale także posiadający dodatkowe paski kompresyjne. Niewątpliwie największą zaletą używanej przeze mnie torby jest jej kolor - moja żółta torba zawsze była widoczna nie tylko na lotnisku, ale także w trakcie trekkingu na plecach porterów. Do tej torby nie potrzebowałam już żadnego zewnętrznego worka transportowego.

Bagaż podręczny to plecak 40 litrowy - na tej wyprawie sprawdził mi się plecak Mountain Warehouse Highland. Wybrałam go przede wszystkim z uwagi na boczne zasuwane kieszenie przeznaczone na termos i butelkę, które znajdują się po obu stronach plecaka. Lekki, wygodny z odpowiednią ilością kieszeni i dołączonym pokrowcem przeciwdeszczowym ukrytym w dedykowanej kieszonce. Taki litraż plecaka jest wystarczający - myślę, że można nawet skorzystać z plecaka 30 litrowego, ponieważ trekking odbywa się na lekko. 

Konieczna uwaga: do Nepalu lecę w butach górskich, a w bagażu podręcznym spakowane mam wszystko, co podczas pierwszych dni trekkingu będzie mi potrzebne: polar, zapasowy t-shirt, puchówka, kurtka membranowa, spodnie przeciwdeszczowe, czapka, rękawiczki, buff - na wypadek gdyby mój bagaż główny zaginął muszę być gotowa do akcji górskiej.

Moje pakowanie to oczywiście rolki. Roluję ubrania tematycznie, to znaczy nie zbieram w zestawy na dany dzień, ale każdą rzecz roluję osobno. Na takim trekkingu nie zmieniasz przecież spodni codziennie. A propos spodni: ja miałam 4 pary (w tym: jedne na polarze i jedne przeciwdeszczowe). Oszczędność miejsca w torbie  zapewnia mi rolowanie ubrań, które praktykuję już od kilku lat (polecam filmy na ten temat na YT), poza tym zawsze wykorzystuję kaptury i kieszenie w kurtkach, do tego, aby zmieścić w nich całą kurtkę. Zaraziłam tym pół ekipy, bo metoda jest naprawdę świetna. 

Kolejne moje odkrycie dotyczące pakowania to worki kompresyjne na ubrania. Ja korzystałam z tych marki Elbrus w wersji Light - są cieniutkie i doskonale pozbywają się powietrza, a jednocześnie mamy szansę w dość uporządkowany sposób zorganizować sobie odzież na trekking. Ja miałam osobny worek na spodnie, osobny na bieliznę, kolejny na pierwszą warstwę i osobny worek na bluzy.  Poza tym na dodatkowe buty (adidasy i sandały) używam specjalnego etui na suwak - zakupionego kiedyś w Action. A tak przy okazji, to na inne wyjazdy do butów trekkingowych używam worków depozytowych, które zdobyłam na biegach - są większe i z grubszej folii, w dodatku ściągane sznurkiem.

Na zakończenie wrzucę Wam kilka artykułów spożywczych, które miałam ze sobą na trekkingu:

  • orzechy
  • cukierki dropsy (także o smaku kawy - choć kawa na tej wysokości jakoś mi specjalnie nie była potrzebna)
  • imbir suszony (świetnie pomaga w nudnościach)
  • ananasy lub inne suszone owoce
  • batony - koniecznie różne rodzaje, bo nawet ten ulubiony po 3 dniach się znudzi
  • dla zmiany smaku: kwaśne żelki
  • chałwa - ta nie zamarza
  • czekotubki
no i oczywiście KABANOSY.

Do napoi na trekking (czyli wody z elektrolitami) używałam bukłaka. Do gorących napoi warto wziąć termos o pojemności 1 litra, bo nawet jeśli weźmiesz trochę mniejszy, to i tak w lodge płacisz jak za litrowy.

Koniecznie też należy wziąć butelkę, która nadaje się do wrzątku - w ten oto sposób na noc masz naturalny termofor. A i tak elektronika i ubrania na kolejny dzień będą z tobą w śpiworze - inaczej ich nie włożysz, będą tak zimne.

Korzystając z porad mojej wyprawowej koleżanki Ilonki następnym razem do bagażu dorzucę jeszcze srebrną taśmę naprawczą - nawet nie wiecie do czego może się przydać - do sklejenia butów, czy choćby kurtki puchowej :) No i filtr do wody LifeStraw - nakręcany na butelkę stał się sprawdzonym sposobem na bezpłatną wodę - nie powodował żadnych dolegliwości żołądkowych. 

Jeśli już piszemy o dolegliwościach, muszę tu wspomnieć o wyposażeniu mojej apteczki (a miałam trzy!!!) - w mojej zabrakło Duramidu, który na szczęście nie był potrzebny.

  • APTECZKA DUŻA: maseczka, rękawiczki, bandaż elastyczny 2, rolka plastra,  help4skin,  isostar lemon/orange, elektrolity, magnez, wapno, mugga, thermi żel, perskindol, oktanisept, wazelina
  • APTECZKA MAŁA: Gaziki, plastry zwykłe i compeed, ogrzewacze na ręce 4 szt., nogi 3 pary, cosmopor, folia NRC i gaziki spirytusowe
  • APTECZKA LEKARSTWA: tabcin, Aspirin 5, Duramid, Vit B, heviran, nifuroksazyd, neofuragina, ibuprom, rupaler, opokan, silaurun, smecta, sól fizjologiczna (bardzo się przydała), tantum verde, cervit, syrop na kaszel, krople do oczu zuma, dicoflor, sudocrem, sonol, maxicortan, maść entil na ukąszenia 

Jak zwykle, piszę takie drobiazgi i każę Wam znowu czekać na relację z wyprawy, ale sama właśnie takich porad szukałam przed wyjazdem. 

Niniejszym uroczyście deklaruję, że kolejny post będzie już stricte o górach.

piątek, 10 maja 2024

Moje Himalaje, ale czy dla każdego?

Tak, tak... to moja długo wyczekiwana wyprawa w Himalaje, o której z przyjemnością Wam opowiem. Kiedy w dniu urodzin dostałam voucher z zapłaconą zaliczką wiedziałam, że czas wziąć się w garść. Pula z odkładanymi na ten cel środkami finansowymi szybko powiększona została przez datki od moich urodzinowych gości. Ale pieniążki na Himalaje to nie wszystko - najważniejsze jest przygotowanie fizyczne. Od lat prowadzę aktywny tryb życia: zumba, bieganie, także trochę po górach, spacery - celowo zrezygnowałam nawet z dojazdów do pracy autem. Przez ostatnie cztery miesiące dodatkowo włączyłam dwa razy w tygodniu wchodzenie po schodach w wieżowcu: 8-10 razy na 11 piętro - tam i z powrotem - czasem z plecakiem, czasem z ciężarkami na nogach. 

Dżizas - ciężko harowałam, ale jak ja się cieszyłam na ten wyjazd...  I dziś też się cieszę. Cieszę się, że jestem w domu cała i zdrowa, bogatsza o wielkie górskie doświadczenie. Było cudownie i nie żałuję ani jednej chwili, tej jakże trudnej wyprawy.

Himalaje są piękne... niestety jednak nie są dla każdego. 

Foto: Tomek W.

Uwierzcie piszę to, nie po to aby Was zniechęcić, albo wystawić siebie na piedestał. Wręcz przeciwnie - mocno się przygotowywałam, a i tak mam wrażenie, że mogłam zrobić więcej. Chcę Was po prostu moi Drodzy uświadomić, że jest to ciężki kawałek drogi do zrobienia i to drogi, do której należy porządnie się przygotować.

Chcieć to móc! 
Ja nie dam rady? 
Przecież to zwykły trekking, a zgodnie z zapisami w programie imprezy średni dzienny czas przejścia to 5 godzin. Toć po Tatrach całymi dniami się chodzi, pokonując wielokrotnie dwadzieścia parę kilometrów górskich szlaków! 
No, ja nie dam rady?


No więc tak - w Himalajach trzeba być naprawdę mocnym zawodnikiem, aby przetrwać. Ileż razy w trakcie trekkingu łzy same ciekły mi po policzku. Czy ze zmęczenia? Czasem tak. Czasem łzy z bezsilności, bo trzeba iść dalej, łzy z paniki... bo jeszcze tak daleko do celu. Łzy z tęsknoty, ale też łzy ze wzruszenia, że jestem w tak pięknym miejscu, otoczona przez ośmiotysięczniki, o których tyle czytałam, czy które widziałam jedynie na filmach i fotografiach. 
Warunki trekkingu są ciężkie, ale takich się spodziewałam - noce w zimnych lodgach, spartańskie warunki fitosanitarne - brak łazienek, toaleta to dziura w ziemi, płatna ciepła woda dostępna tylko w niektórych lodgach, płatny prąd. Nie jestem królewną - mokre chusteczki i dalej jazda! Wszystko to nic. 
W górach przede wszystkim chodzi o głowę - mawia się nawet, że po górach chodzi się właśnie głową. Trzeba mieć ją wolną o trosk i zmartwień. I tego uczą góry, góry uczą nas pokory, spokoju, bycia samym ze sobą, rozbierają nas z brawury i zarozumialstwa.  
Rozrzedzone powietrze, którym nie ma jak oddychać. Niska saturacja, silne bóle głowy, wymioty, nudności, biegunka, przyspieszony płytki oddech, brak apetytu, w końcu brak siły. To wszystko spowodowane jest niskim ciśnieniem powietrza i brakiem tlenu. Są to typowe objawy choroby wysokościowej, z którą przyszło się zmierzyć kilku uczestnikom mojej wyprawy. Na ratunek przychodzi Duramid (Zolamid) - lek który skraca czas aklimatyzacji. Pół tabletki przyjmowane dwa razy dziennie podane na niższej wysokości pozwala organizmowi przystosować się do nowych warunków. Niestety lek jest moczopędny. Na chorobę wysokościową nie ma reguły - niezależnie od wieku, płci, dotyka ona zarówno młode, wysportowane, świetnie przygotowane osoby, jak i te które o wysokich górach nie miały wcześniej pojęcia. Poza tym u wielu wspinaczy występuje tzw. "kaszel Khumbu" - pojawiający się od suchego i zimnego powietrza. Osobliwa nazwa tej dolegliwości pochodzi od dystryktu Solu Khumbu, w którym leży Park Narodowy Sagarmatha. Dlatego też koniecznie twarz i drogi oddechowe należy chronić buffem. 
Sama nie wiem jak udało mi się uniknąć choroby wysokościowej - niby znałam swój organizm i pamiętałam, jak reagowałam na wysokość na wcześniejszych trekkingach. Zarówno na Teide na wysokości 3715 m npm, jak i na Jebel Toubkal na 4167 m.npm nic mi nie dolegało. Były to jednak krótkie - jedno, czy dwudobowe pobyty i trudno było przewidzieć, jak mój organizm zareaguje na 14 dniowy trekking - praktycznie cały czas powyżej 3000 m npm. 
Udało się - bez bólu głowy, nudności, z wysoką saturacją, może czasem brakło sił  - ale bez Duramidu !!! Jakim sposobem? Nie wiem, czy tak brzmi idealna recepta, o ile taka w ogóle istnieje, ale przedstawię Wam kilka sprawdzonych przeze mnie spostrzeżeń (a czy to one akurat miały znaczenie - nie wiem):

  1. Tydzień przed trekkingiem bardzo mocno nawadniałam się - piłam ok. 4 litrów dziennie
  2. W trakcie trekkingu - szczególnie w jego pierwszej połowie pilnowałam ilości 4-6 litrów przyjmowanych płynów, koniecznie z elektrolitami (isostar, magnez, witaminy); z czasem zeszłam do 2 litrów wody plus jakaś zupka 
  3. W trakcie trekkingu absolutnie nie jadłam mięsa
  4. Bardzo często na lunch zamawiałam zupę czosnkową, która wraz ze wzrostem wysokości była coraz to smaczniejsza 
  5. Oprócz herbaty imbirowej, podawanej w loggach, jadłam imbir kandyzowany.
  6. Unikanie alkoholu i nikotyny (choć ja i tak nie palę)
  7. Praktycznie cały trekking wspinałam się bardzo powoli, bez gwałtownych ruchów, podskoków, podbiegów itp., przyzwyczajając w ten sposób organizm do zmiany wysokości.
Mam świadomość, że nietypowy to wstęp do mojej opowieści o Himalajach i nie takiego się spodziewaliście, ale kiedy już to przeczytacie, uwierzcie - będzie Wam łatwiej poczuć się jakbyście ze mną przez te góry wędrowali.
Każdy z Was może mieć swój Everest, do czego oczywiście zachęcam. 
Zróbcie to jednak z głową....a przeżyjecie najpiękniejsze chwile swojego życia.

Printfriendly