sobota, 13 czerwca 2026

Porto Torres - czyli trening z rozczarowań

Popołudniowa wyprawa do Porto Torres miała być uzupełnieniem dnia i pomimo iż właściciel naszej kwatery kręcił głową, że nie warto tam jechać - podjęliśmy wyzwanie. Zapowiadało się obiecująco - autobus Linea 714 (15:37 z Alghero La Pietraia-16:39 Porto Torres Centro Intermodale) przyjechał o czasie, słonko świeciło, a my byliśmy gotowi na odkrywanie uroków miasta.
Na dzień dobry, postanowiliśmy coś zjeść, a ponieważ akurat była pora sjesty skupiłam się na znalezieniu otwartej o tej porze restauracji. Z pomocą przyszło jak zawsze Google Maps - niestety okazało się, że miasto postanowiło świętować popołudnie w najbardziej włoski sposób z możliwych – zamykając niemal wszystko.
Sklepy zamknięte.
Punkty usługowe zamknięte.
Puste chodniki.
Gdyby ktoś powiedział, że mieszkańcy otrzymali tajny sygnał do ewakuacji, trudno byłoby temu zaprzeczyć. Chyba nigdzie, tak jak na Sardynii, tak bardzo nie żałowałam że przyjechaliśmy tu poza sezonem.
W tej sytuacji stało się jasne, że upatrzona i polecana restauracja może być także zamknięta. Wyobrażaliśmy sobie lokalne specjały, aromatyczne owoce morza i smak Sardynii na talerzu. Restauracja miała jednak własną wizję naszego dnia - no cóż... jeszcze nie otworzyli sezonu turystycznego. Wobec tego pozostało nam skierować kroki do najbliższego SPAAR-u w małej galerii usługowej, która była jedynym miejscem tętniącym życiem. Na sklepowych półkach czekała na nas prawdziwa uczta desperacji: gotowe podgrzewane dania sprzedawane na wynos. I tak, zamiast lokalnych przysmaków w klimatycznej restauracji, delektowaliśmy się kuchnią pod hasłem: „podgrzane spożyć przed końcem terminu ważności”. 
Naturalnie, nie mogliśmy też zasiąść na klimatycznej ławeczce w parku, bo mijając park widzieliśmy że jest zamknięty.
Jedyną opcją pozostało więc zamówienie kawy w kawiarni znajdującej się na piętrze galerii i konsumowanie do tego własnego, kupionego w markecie prowiantu. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie smakowało całkiem nieźle – być może dlatego, że głód jest najlepszym kucharzem, a alternatywą było dalsze podziwianie zamkniętych drzwi. Posileni lasagne z metalowej rynienki i klopsikami w sosie pomidorowym z opiekanymi ziemniakami, popijanymi Birra Ichnusa - mogliśmy ruszyć na zwiedzanie miasta.
Na szczęście nie wszystko było stracone, bo czekał na nas najważniejszy zabytek miasta i prawdziwy powód naszej wycieczki do Porto Torres - 
Bazylika św. Gawina (Basilica di San Gavino)
To jedna z najcenniejszych romańskich świątyń na Sardynii.
Bazylika, poświęcona jest świętym męczennikom Gawinowi (Gavino), Protowi i Januaremu (Gianuario) i to tutaj znajdują się ich relikwie. 
Budynek jest wyjątkowym w skali Włoch przykładem budowli romańskiej i zaprojektowany został od początku z apsydami umieszczonymi naprzeciwko siebie po obu krótszych bokach. 
Trzeba przyznać, że dodają one uroku gigantycznej bryle budowli.
Jej znaczne rozmiary (60,65 m długości i 19,84 m szerokości) czynią ją największym zabytkiem architektury romańskiej na Sardynii. Budowę bazyliki rozpoczęto według jednolitego projektu od apsydy wschodniej, którą wznieśli wykwalifikowani rzemieślnicy z Pizy na początku XI wieku. Prace ukończono w drugiej połowie tego samego stulecia.
Pozostałości nagrobka z IV w n.e.
Dumna bazylika okazała się otwarta i, co jeszcze przyjemniejsze, dostępna całkowicie za darmo. W sumie byliśmy jedynymi chętnymi do zwiedzania. Był to więc jedyny moment dnia, gdy poczuliśmy się jak prawdziwi zwycięzcy.
Na tyłach bazyliki przeszłość miesza się z teraźniejszością.

Odwiedziliśmy też znajdujący się na tyłach bazyliki sklep miejscowego rzemieślnika.
Autobus powrotny mieliśmy o 19:03, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć tutejszą miejską plażę.
Spiaggia Scoglio Lungo w zatoce Asinara 
wyróżnia się posągiem delfina w morzu.
Wracaliśmy również zupełnie pustym autobusem bogatsi o nowe doświadczenia. Porto Torres rozczarowało nas i pokazało, że czasem podróż polega na akceptacji faktu, że jedynym pewnym punktem programu będzie obiad ze sklepowej lodówki.
Czy było warto? Chyba niekoniecznie. Choć niecodzienne to doświadczenie odwiedzić miasto, które tak konsekwentnie dba o to, aby turyści nie przemęczyli się nadmiarem zwiedzania i nie zostawili tu worka pieniędzy.

środa, 3 czerwca 2026

Jak to Neptun sobie z nas zakpił na Capo Caccia

Kolejny dzień zapowiadał się jako dzień pełen spektakularnych widoków. Nie przypuszczaliśmy jednak, że jedną z najciekawszych atrakcji okażą się ... przypadkowo poznane osoby.
Nasza wspólna historia zaczęła się już dzień wcześniej, w zatłoczonym autobusie wiozącym nas z lotniska w Alghero. Wśród pasażerów znaleźli się Czarek i Iza - sympatyczni rodacy, którzy przylecieli wcześniejszym lotem z Katowic. Ponieważ nie zmieścili się do autobusu przeznaczonego dla ich lotu, trafili do tego samego autobusu, co my. Ścisk był niemały, ale jak się okazało, czasem właśnie takie okoliczności sprzyjają nowym znajomościom.
Podczas rozmowy zdradziliśmy nasze plany na kolejny dzień. Wymieniliśmy się kontaktami i szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że temat wróci. Tymczasem już wieczorem Iza napisała z pytaniem, czy plan wycieczki jest nadal aktualny. Odpowiedź mogła być tylko jedna: oczywiście!
W stronę Groty Neptuna
Zatem w poniedziałek - 
30 marca 2026 roku o godzinie 9:21 wsiedliśmy do autobusu linii 9321, w którym siedzieli już Iza i Czarek. Po około 40 minutach jazdy dotarliśmy do Capo Caccia – jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc na północno-zachodnim wybrzeżu Sardynii. (autobus odjeżdża o 9:21 z Alghero La Pietraia i jedzie 41 minut; 10:02 koniec trasy: Capo Caccia - tuż przy kasach do Jaskini Neptuna; tego dnia korzystaliśmy z biletów dziennych na tą trasę w cenie 6,30 EUR/osoba - zakupionych w aplikacji Drop Ticket). 
Naszym głównym celem była słynna Grota Neptuna, jedna z najpiękniejszych jaskiń krasowych na wyspie. Gotowi byliśmy zapłacić za wstęp do jaskini 18 EUR. Do Jaskini Neptuna można dostać się drogą morską (statki wycieczkowe kursują w sezonie, który zaczynał się od 1 kwietnia 2026 r.) lub schodząc z klifu po słynnych Escala del Cabirol, czyli Kozich Schodach. 
Foto: Czarek
Jest ich dokładnie 656 i już sam widok wijących się po skalnym urwisku stopni robi ogromne wrażenie. Niestety natura miała wobec nas inne plany. Po dotarciu na miejsce okazało się, że grota jest zamknięta z powodu wysokiej fali. Aktualne informacje i bilety znajdziecie na oficjalnej stronie https://grottadinettuno.it/
Mogliśmy podziwiać jedynie schody prowadzące w dół i wzburzone morze rozbijające się o skały kilkadziesiąt metrów niżej. Było trochę rozczarowania, ale szybko uznaliśmy, że szkoda dnia na narzekanie.
Zmiana planów i trekking do ukrytej groty
Rozejrzeliśmy się dookoła...i tu propozycji jest kilka.
Po pierwsze: Grotta Verde - Zielona Grota, nazywana tak z uwagi na zielone refleksy świetlne. Niestety grota była także zamknięta na cztery spusty. Zakupu biletów możecie dokonać na stronie https://www.algheroparks.it/grotta-verde/
Dziewczyny niepocieszone z powodu kolejnej zamkniętej atrakcji, gotowe były spędzić czas do odjazdu autobusu na milionach zdjęć w trawie.
Po drugie: mogliśmy zejść w dół do widocznej z oddali Torre del Bolo
To XVI-wieczna wieża strażnicza, która przez stulecia chroniła wybrzeże przed piratami.
Jednak my zdecydowaliśmy się na trzecią opcję: postanowiliśmy wybrać szlak po przeciwnej stronie głównej drogi, który zaprowadził nas do Grotta delle Brocche Rotte. Google Maps przekonywało nas, że dotrzemy tam w około 20 minut. Jak często bywa w takich sytuacjach, rzeczywistość okazała się nieco bardziej wymagająca. Owszem, tyle czasu zajęło nam dojście asfaltową drogą, ale później trzeba było jeszcze odnaleźć właściwy szlak i kontynuować trekking pod górę przez kolejne kilkadziesiąt minut. W takich sytuacjach zawsze z pomocą przychodzi aplikacja mapy.cz
Widoki wynagradzają trud wędrówki: już po drodze można podziwiać wysepkę Foradada. Ścieżka prowadząca do groty jest mało uczęszczana, dzięki czemu można naprawdę poczuć dzikość tego fragmentu wybrzeża. 
Szlak oznaczony jest słupkami i nie sprawia większych trudności, 
Foto: Czarek
a po drodze towarzyszą nam coraz to piękniejsze widoki na wapienne klify i bezkres Morza Śródziemnego.
Foto: Czarek
Kiedy dotarliśmy na miejsce zrozumieliśmy, dlaczego tak wiele osób poleca to miejsce jako ukryty skarb okolic Capo Caccia. 
Foto: Iza
Grotta delle Brocche Rotte w tłumaczeniu oznacza jaskinię rozbitego dzbana. 
Taka nazwa pochodzi od znalezisk ceramicznych, fragmentów dzbanów i naczyń, które odkryto wewnątrz jaskini
Nasz pobyt w jaskini to przede wszystkim sesja zdjęciowa, bo każdy z nas chciał mieć takie piękne zdjęcie, jak z folderu.
Foto: Czarek
Widoki były wręcz oszałamiające.
 Strome urwiska, turkusowa woda i cisza, której próżno szukać przy bardziej znanych atrakcjach Sardynii. 
To właśnie dla takich chwil warto czasem zboczyć z głównego szlaku, szczególnie, że w tej jaskini i na szlaku byliśmy zupełnie sami.
Po nacieszeniu się panoramami przyszła pora na powrót. I wtedy zaczęła się kolejna przygoda. Wiedzieliśmy, że jedyny autobus tego dnia odjeżdżał z Capo Caccia o godzinie 12:00. Tempo marszu znacząco wzrosło, bo perspektywa pozostania na końcu świata i szukania autostopu nie wydawała się szczególnie kusząca. 

Na odjazd autobusu nie zdążyliśmy. 
Z wielką nadzieją machalśmy do kierowcy, który na szczęście zatrzymał się "na trasie" i zabrał nas na pokład. 
Chwilę później siedzieliśmy już w środku, śmiejąc się z całej sytuacji i wspominając kolejną przygodę. 
Tylko Iza nie mogła odżałować bólu nóg - zafundowaliśmy jej dużo bardziej wymagającą wycieczkę niż wędrówka po schodach. 
Tak oto Neptun zagrał nam wszystkim na nosie ... a niekórzy "poczuli zemstę Neptuna" w kolanach.
A ponieważ udało nam się wydostać z Capo Caccia - mogliśmy przejść do kolejnego punktu wycieczki...
Teraz przyszedł czas na spotkanie z historią starszą niż większość znanych nam cywilizacji. 
Wspomniałam kierowcy autobusu, że chcemy dostać się do Nuraghe Palmavera, więc zaproponował nam, że zatrzyma się jak najbliżej tej atrakcji. No strasznie mili ci Sardyńczycy - nic nie stanowi problemu: machasz na autobus - on się zatrzymuje, chcesz wysiąść pomiędzy przystankami - nie ma sprawy!!! 
Z autobusu linii 9321 wysiadamy kilka minut za przystankiem Lazzaretto Spiaggia ok. godz. 12:25. Stąd pieszo idziemy w stronę Nuraghe Palmavera. Spacer zajął nam niespełna 25 minut i prowadził niestety szosą, ale świadomość, że za chwilę zobaczymy budowle sprzed ponad trzech tysięcy lat, tylko podsycała naszą ciekawość.
Do Nuraghe Palmavera dotarliśmy tuż przed 13:00. To jedno z tych miejsc, które nie imponują rozmiarem, ale atmosferą.
Kamienne wieże i pozostałości dawnej osady przenoszą wyobraźnię do XII wieku p.n.e., kiedy Sardynią władała tajemnicza cywilizacja nuragijska. 
Spacerując między murami, trudno nie zastanawiać się, jak wyglądało życie ludzi mieszkających tutaj.
Przed sezonem turystów było tu niewielu, dzięki czemu można było spokojnie chłonąć klimat tego niezwykłego miejsca. 
Bilet wstępu kosztował 7 euro, a dużym atutem okazała się kawiarnia, w której z chęcią skryliśmy się przed sardyńskim słońcem.
Może Palmavera nie jest największym stanowiskiem archeologicznym na wyspie, ale zdecydowanie warto wpisać ją na swoją listę. To właśnie tutaj historia wydaje się wyjątkowo namacalna, a kamienne mury wciąż skrywają więcej pytań niż odpowiedzi. 
Po odpoczynku w kawiarni i ruszyliśmy z powrotem w kierunku Lazzaretto Spiaggia. Droga zajęła nam nieco ponad 20 minut. A ponieważ do odjazdu autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zagospodarować ten czas na plaży, bo Lazzaretto Spiaggia to nic innego, jak właśnie plaża. 
Plaża - jak wszystko tutaj - jeszcze w trakcie przygotowań do sezonu. 
Piękny biały piasek pokryty był dziwnymi włochatymi kulkami. To "Kule Neptuna" - poinformował nas Czarek. Te wyglądające jak fekalia cuda, to obumarłe i sprasowane przez fale resztki trawy morskiej "Posidonia oceanica". To "pułapki", które dzięki splątanym włóknom wyłapują z wody i zatrzymują cząsteczki mikroplastiku. Kłęby tej morskiej trawy tłumią siłę sztormowych fal i skutecznie zapobiegają erozji plaż, a także jako żywe łąki podwodne, produkują tlen, pochłaniają dwutlenek węgla oraz tworzą ostoję dla setek gatunków morskich zwierząt.
A jednak ten Neptun sobie cały czas z nami pogrywa...
Zdążyliśmy jeszcze złapać na plaży chwilę oddechu, a Iza z Czarkiem nawet zaczerpnąć symbolicznej kąpieli. 
Foto: Czarek
My z kolei wylegiwaliśmy się na słońcu spoglądając na przemian: na błękitne morze i bezchmure niebo, zanim o 14:35 wszyscy razem wsiedliśmy do autobusu linii 9321 jadącego w kierunku Alghero. Mimo iż to ciągle ten sam numer autobusu, jego trasa w ciągu dnia nieco się zmienia - stąd też moja wcześniejsza informacja, że do Capo Caccia było tylko jedno połączenie. Po zaledwie pięciu przystankach i kilkunastu minutach jazdy wysiedliśmy przy Via Don Minzoni nieopodal naszej kwatery. Za nami była już większa część dnia - jak widzicie dość mocno wypełnionego atrakcjami, a co jeszcze przed nami - przekonacie się w kolejnym wpisie ... 
Wszak dochodziła dopiero 15:00 :)

Printfriendly