poniedziałek, 18 października 2010

Taka sobie cisza ...

No mówicie, że zamilkłam… Nie, no nie, tak nie może być!
W moim wykonaniu zamilknąć, to nie lada wyczyn – powiedzą moi znajomi.
„Bo ja raczej małomówna i zamknięta w sobie jestem”. Mówię dużo, ale nie byle co!
A zajęć było co nie miara. Nie sposób było pisać bloga, jak tutaj takie WIELKIE PLANOWANIE…Oczywiście planowanie kolejnej podróży.

Po pierwsze CEL: Narty
Po wtóre TERMIN: Ferie (bo i dzieci w wieku szkolnym)
Po wtóre MIEJSCE: Słowacja, może znowu Habovka (skoro w ferie, to tutaj trochę luźniej)
Po trzecie EKIPA: Na chwilę obecną mamy pięć rodzin (a i kolejne w zanadrzu).

NARTY
Narty pierwszy raz miałam na nogach w wieku piętnastu lat… Potem z dziesięć lat przerwy i nagle wielkie ŁAAAAAAAAAŁ. Razem z grupką znajomych, z którymi spędzaliśmy ferie w słowackim Popradzie, postanowiliśmy spróbować. Wcale nie był to wyjazd stricte narciarski. Grupa licząca niespełna 30 osób, w tym dzieci w wieku od 3 do 8 lat. Do Popradu pojechaliśmy, bo piwo tańsze niż w Polsce, a i infrastruktura znakomita. Fajna kwaterka (sprawdzona już przeze mnie trzykrotnie), bardzo smaczne i ekonomiczne wyżywienie (Knajpka „CIN CIN” Poprad). No i zajefajna trasa saneczkowa!!!Z dziećmi - czego chcieć więcej?
Okazało się, że w takiej grupie, do nart wystarczyło tylko jedno słowo. 
Ekipa jednego z wyjazdów narciarskich ... jak widać wiek uczestników przekrojowy :)

No to może spróbujemy? 
Kurtki puchowe, dżinsy na nogach, nawet rękawiczki byle jakie… Sprzęt na miejscu wypożyczony. 
Na początku kupa śmiechu, szczególnie kiedy po całym dniu „samouki” – przy piwku oglądaliśmy nasze wyczyny udokumentowane przez jednego z kolegów.
Następnego dnia wspólny instruktor (jeden dla 4 osób). Śnieżyca… dzieci płaczą, mąż na desce, ja na nartach. Siły wychowawcze podzielone. Trochę ja, trochę Radek. Ada jeździć nie będzie wcale. Cieszyłam się jak szalona, że zechciała wsiąść na sanki i uczestniczyć w mega zjazdach na trasie saneczkowej w Smokowcu. No cóż, taki temperament, ale poczekajcie… jeszcze kilka lat i to się zmieni.

Od tej pory na deski jeździmy już rok w rok. Na deski? Tak, bo Radek na jedną deskę, a ja i Adka do ubiegłego roku jeszcze na dwie deski… Ada nauczyła się jeździć w wieku 5 lat i mniej lub bardziej chętnie, żwawo i coraz mniej bojaźliwie posuwa. Zeszły rok moje dwie deski zamieniły się na kilka dni w jedną deskę. Postanowiłam spróbować na snowboardzie (pewnie w tym roku kontynuować naukę będę)
I tak oto wspólnie złapaliśmy bakcyla. A że znajomych u nas bez liku, to tak zarażamy tym naszym „choróbskiem”. Z roku, na rok dzieci rosną, przybywa ich, toteż zmieniają się nasze oczekiwania co do nart. Jeździmy już tyle lat (nie żeby nie wiadomo jak wyczynowo).
Rok, w rok… Na tydzień. Może nie jest to wiele, ale zawsze z utęsknieniem. Chyba tylko jeden sezon opuściliśmy. Słowacja generalnie przeważa w naszych wyprawach narciarskich. Wstyd przyznać, ale po polskiej stronie Tater tośmy jeszcze nie szusowali.
A i jeden wyjazd w Dolomity śmy zaliczyli. Tutaj to dopiero była jazda….
Kiedyś napewno opiszę…

poniedziałek, 4 października 2010

Dzień trzeci - do domu czas

Niedzielny słoneczny poranek. Śniadanie i szybkie pakowanie. Przed nami droga do Warszawy, a więc jakieś 7-8 godzin w trasie. Tak więc o 9.00 rano jesteśmy gotowi do drogi, ale, ale... Wcale nie do drogi do domu, ale do drogi w góry...
Na dziś powtórka z rozrywki - Rawki i inne. Byliśmy tu już w sierpniu, ale wówczas była to wyprawa rodzinna - tradycyjnie ja z koleżanką Agnieszką, razem z małymi dziećmi i Adą byłyśmy ogonem, a tata Radek z kolegą Tomkiem i jego synem Maćkiem wiedli prym. Czytaj: Chłopcy zaszli za Wielką Rawkę, Dziewczyny z riebiatą ledwie na Małą Rawkę.
Tym razem idziemy wspólnie - sami, a więc niezłym tempem. Na szlaku pusto - och jak przyjemnie, cisza. Słoneczko zagląda nam w plecaki.
I tak razem dochodzimy do Małej Rawki (1272 mnpm), a potem spokojnym spacerkiem do ... 
Wielkiej Rawki (1302 mnpm). Cała wyprawa godzinkę w jedną stronę. Jeszcze dość wcześnie, a więc idziemy dalej.
Na rozwidleniu, do którego dochodzi niebieski szlak z Ustrzyk Górnych wisi kierunkowskaz na Krzemieniec (Kremenaros). To szczyt, na którym spotykają się trzy państwa: Ukraina, Polska i Słowacja.
Droga 45 minut - myślę więc: idziemy dalej! Nie ukrywam, że choć buty już wygodne, to obawiałam się zejścia. Razem przeszliśmy do pasa granicznego Ukraina-Polska. Szło mi się całkiem dobrze. Obawiałam się jednak zejścia tą samą trasą z pobolewającymi mnie kolanami. Zdecydowaliśmy, że ja wracam, a Radziu idzie dalej. Podzieliliśmy się prowiantem, oddałam aparat, dostałam kluczyki do samochodu i cześć!!!
Radek doszedł oczywiście na Krzemieniec - 1221 m npm, ja zaś powoli schodziłam na parking.
Jakież było moje zdziwienie kiedy po drodze między Małą a Wielką Rawką mijała mnie grupa pięciu rowerzystów (naprawdę jechali...). Jakiś kilometr dalej, przy zejściu z Małej Rawki spotkałam dwóch kolejnych szaleńców. Ci już niestety tylko nieśli rowery. Ale brawa za odwagę!!!
Kiedy tylko doszłam do schroniska zadzwonił Radek.
"- Gdzie jesteś?"
"- Ja, przy schronisku" - odpowiedziałam.
Radek: "Nie, no ja zacząłem schodzić z Małej Rawki"
Nie muszę chyba pisać, że minęły jakieś 3 minuty i mój mąż stał nieopodal mnie - To żartowniś jeden!

Wróciliśmy do samochodu, tradycyjnie już uzupełniliśmy pieczątki, szybko zmiana stroju i dalej w trasę.
No może jeszcze tylko szybki obiadek w Chacie Wędrowca i zakup drobnych upominków dla dzieciaków.
 Świetny weekend, cudowna pogoda. Dziś, kiedy to piszę, jest ciepło i słonecznie, ale widziałam piątkowe zdjęcia z Wielkiej Rawki - śnieg, przymrozek, zachmurzenie raczej nieumiarkowane... Mieliśmy kupę szczęścia, a przecież tydzień temu chodziłam tam w krótkim rękawku.


Do zobaczenia Bieszczady, do zobaczenia!!!

piątek, 1 października 2010

Jeśli zjeść, to tylko w Chacie Wędrowca

Ach! Dziś miało być coś o żarełku.
Żarełko (czytaj: gastronomia) w Ustrzykach Górnych naprawdę niewiele ma wspólnego z … no właśnie z czym? Jedliśmy w jakimś barze w centrum (o ile tam w ogóle jest jakieś centrum?!), ponieważ inne punkty zostały wyeliminowane, albo telefonicznie, albo dzięki poradom internautów (dzięki!). Zaznaczam, że na moją opinie składa się iloczyn opinii internautów z lekko empirycznymi doświadczeniami….
Bar w Ustrzykach – zestaw drwala, dużo jedzenia, bardzo tanio i….. bardzo tłusto (choć pierogi wyglądały nawet nieźle). Niestety (albo na szczęście!) drugiego dnia nie dało się tam zjeść. „Bo mamy taką imprezę rodzinną” – chyba jak pół tej miejscowości, pomyślałam, bo właśnie dlatego w Zajeździe Caryńskim już telefonicznie odmówiono mi konsumpcji.
Tak właśnie trafiliśmy do Chaty Wędrowca – słynnej już bieszczadzkiej restauracji w Wetlinie. To kawałek od nas, ale naprawdę warto. Oto stronka: http://chatawedrowca.pl/
Wchodzimy – fajny klimat, unosi się zapach domowego, owianego górskim zefirkiem i podgrzanego słońcem jedzenia. Już samo otoczenie, widoki z werandy, wystrój i ta cudowna atmosfera…. Ja naprawdę nie jestem w stanie tego opisać (szczególnie teraz kiedy zwijam się z głodu). Na forum www.gastronauci.pl napisali, że drogo, że się długo czeka, że kiepska obsługa…NIE ZGADZAM SIĘ!!! KATEGORYCZNIE PROTESTUJĘ!!!
Po pierwsze: drogo – nie! Jeśli patrzeć tylko na cenę, nie widząc dania, wielkości porcji, nie znając sposobu jego przyrządzenia, a wreszcie nie próbując tych pyszności – można mówić, że drogo. Ale to bzdura! Obiad naprawdę duży (tylko drugie danie) to wydatek od 14 zł (pierogi), nawet do 63 zł. („TALERZ KARCZMARZA co brzuchem drzwi wywarza). To co jedliśmy to TALERZ SZABO za całe 27 zeta. Do tego podpiwek i cola – cały obiad dla 2 osób to 72 złote. Chyba tragedii nie ma?! Był to placek ziemniaczany tarty z gulaszem (pikantny), do tego ogórki kiszone polane jakimś sosem (majonez, jogurt naturalny, czosnek i musztarda Dijon) – PYCHA!!!!
Po drugie: długo się czeka – nie! Wcale, a wcale nie! Restauracja ta uczestniczy w ruchy przeciwnym do FAST Food – zwanym Slow Food. Wszyscy zniewoleni przez tempo życia bronimy się przed brakiem czasu na wspólne posiłki, tęsknimy za rozkoszowaniem się smakiem. Poza tym , kiedy tylko weszliśmy dostaliśmy menu – w formie gazety. Dużej ulotki informacyjnej, zawierającej nie tylko menu, ale także historię powstania restauracji, ciekawe artykuły dotyczące ruchu Slow Food, opinie Makłowicza, Bikonta i innych znawców noża i widelca. W zasadzie menu jest tak ciekawe, że po zamówieniu obiadu i tak dalej czytaliśmy… … Rozkład kolejki leśnej, ważne telefony, itd.
Tutaj także wyczytaliśmy, że za potrawę Naleśnik GIGANT „Chata Wędrowca” otrzymała certyfikat Bieszczadzkiego Produktu Lokalnego. A naleśnik, który wcale nie wygląda jak naleśnik, bo jest smażony na głębokim tłuszczu sprzedawany jest tutaj z różnymi dodatkami – z twarogiem, z truskawkami, z jagodami. I naprawdę nie można traktować go jako deser – chyba, że pół porcji i to na pewno nie prosto po obiedzie.
Po trzecie: kiepska obsługa – nie! Pani kelnerka była bardzo miła, a że nie chciała sprzedać obiadu pół porcji.. Normalne! U nich na pół porcji sprzedaje się tylko naleśniki (co oczywiście zaznaczone jest w karcie). Na zdjęciu właśnie te pół porcji. Można płacić kartą (co w Bieszczadach stanowi nie lada wyczyn), na miejscu można kupić książki o Bieszczadach, stylowe anioły, artystyczną biżuterię, no i płyty wielu znanych bardów. Bardzo serdecznie pozdrawiam właścicieli i na pewno zjemy tam jeszcze nie raz.

środa, 29 września 2010

Strasznie fajnie w tych górach!


O rety, żeby na urlopie budzik nastawiać?!
Dzwoni jak szalony, jedno wyciszenie, jeszcze jedno …jeszcze jedno….. Wreszcie wstaliśmy. Jakie plany na dziś? Wczoraj wieczorem Radek mówił, że na dziś zaplanował trochę dłuższą trasę. W planach Połonina Wetlińska i Połonina Caryńska. Tak razem? Na szybko? Wash and go?! Przecież to nie tak miało być. Miało być fajnie, że razem, że wszędzie, że dużo, daleko, … ale i na spokojnie. No HALO!!!
Podniosłam krzyk, że to za dużo na raz, tym bardziej, że Połoninę Wetlińską znamy z ubiegłego roku, kiedy to z całą rodzinką dotarliśmy do schroniska „Chatka Puchatka”.
Od razu przypomina mi się ekstremalna sytuacja związana z ubiegłorocznym pobytem w Bieszczadach. Tradycyjnie – zaplanowana jedna dłuższa wycieczka w góry. No to jedziemy tuż za Wetlinę, skąd wdrapiemy się na szczyt Połoniny Wetlińskiej. Oskar miał wtedy 3 lata i niezbyt dużą chęć do pieszych wędrówek. Na tę okoliczność zorganizowaliśmy sobie nosidło (dzięki ReniuJ!). Kiedy Oskarek miał roczek, czy dwa Radek nosił go po Karkonoszach, ale teraz???? Ostro zaprotestowałam i na parkingu przy Przełęczy Wyżnej stwierdziłam, że zostawiamy nosidło w samochodzie. Nie wiedziałam, że za chwile decyzja ta odbije mi się i to niezłą czkawką !!!
Oczywiście Oskar w towarzystwie ciotecznego rodzeństwa dzielnie szedł po kamieniach niecałe pół godziny, kolejne pół godziny szedł i jęczał, a potem to już totalnie zbojkotował chodzenie po górach. Ale mi się dostało!!! Tak to jest słuchać baby! – powiedział Radek targając syna na plecach. Myślę sobie – Dłużej nie „zniese”!!! I tu pojawiła się opowieść o strasznym niedźwiedziu, który mieszka na szczycie Połoniny Wetlińskiej  i tylko patrzy, które dziecko idzie na własnych nóżkach, a które nie. Oczywiście te, które same idą dostają nagrodę, a te leniwe zabiera niedźwiedź (i chyba pożera!). Oskar natychmiast, chciał nie chciał, sunął po kamieniach jak nowonarodzony :). Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zaczął pytać wracających z góry turystów – „Na gózie jeś niećwieć?” Musieliśmy po drodze opowiadać, dlaczego nasze dziecko pyta się o niedźwiedzia. Wszyscy wkręcali nasze dziecko, ale liczy się cel. Do schroniska Chatka Puchatka nasz syn Oskar dotarł i na koniec nawet się uśmiechał, co widać na ubiegłorocznych zdjęciach:

Dobra, dobra już wracam do głównego tematu tego posta – sobota 25 września 2010 roku.
Po negocjacjach wyruszamy w trasę po Połoninie Caryńskiej. Wyruszamy pieszo do centrum Ustrzyk Górnych, gdzie wsiadamy w busa. Za całe 5 zeta jedziemy busem do Brzegów Górnych – o matko jak on szybko jedzie i kręci, i kręci po tych górskich zakrętach. Z Brzegów Górnych ruszamy zielonym szlakiem (kolejna ścieżka przyrodnicza) prowadzącym przez Połoninę Caryńską do samych Ustrzyk Górnych. Docieramy do najwyższego wzniesienia 1297 mnpm, a następnie byczymy się na śniadanku nieco niżej 1239 mnpm.


Ach! Jak smakuje pasztecik na Połoninie. Strasznie fajnie w tych górach!
A i nowe przeżycia. Już wczoraj słyszeliśmy ryk niedźwiedzia w górach (naprawdę!).
A przecież naprawdę chętnie szłam… I wcale nie chciałam na rączki…
Dzisiaj także z doliny, w której okolicach znajduje się schronisko Koliba (Agatko! zwracam honor – są 3 schroniska w Bieszczadach!) słychać było ryk misia. Strasznie fajnie w tych górach!
Choć trochę pod górę, a trochę z góry. Sama nie wiem, czy lepiej wchodzić, czy schodzić. Nieźle dają mi się we znaki kolana. W sumie aktywny tryb życia, jaki prowadzę nie powinien dawać jakichkolwiek objawów braku formy. Przeżyjemy – dziś buty już bardzo wygodne (bo inne!). Docieramy wreszcie do Ustrzyk Górnych. W sumie jest wcześnie – 14.00, ale mała drzemka i podjedziemy na obiad do Chaty Wędrowca w Wetlinie… Strasznie fajnie w tych górach!
Ale o Chacie Wędrowca już wkrótce…

wtorek, 28 września 2010

Wrześniowe Bieszczady...

Zaraz, zaraz... jakie wrześniowe? Przecież miało być kilka propozycji jeszcze wakacyjnych. Na zasadzie że było minęło, że fajnie, niech może inni spróbują...
Jasne jasne, jak będzie jesień i dni będą krótsze to wieczorkiem, wieczorkiem coś napiszę. Jeszcze nieraz powspominam letnie harce w Bieszczadach, o których pisałam w poprzednich postach....

A tymczasem, no cóż wrzesień już prawie ku schyłkowi. Złota polska jesień ... i co zaspokoić się tylko pisaniem bloga i wspominkami.... Przecież jeszcze jest świetny czas na jakiś kolejny wyjazd. Oczywiście już planują się ferie zimowe, a i lato next year (OOOO RETY!!!!) Zlądujmy na ziemię!!!!

Piątek 24 września - bierzemy urlop w pracy i wyjdzie lekko wydłużony weekend.
"Kochana Babciu Basiu, a zostaniesz z dziećmi na weekend?"
"No dobra, dobra - jeźdzcie sobie".
Szybka rezerwacja w Ustrzykach - strasznie tu trudno o kwatery???
Okazuje się, że niewiele tu domów (tylko 100 osób zamieszkuje Ustrzyki Górne), a ponoć tylko 3 budynki są w rękach prywatnych właścicieli, pozostałe zaś stanowią własność  Dyrekcji Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Właśnie w jednym z takich domów (na osiedlu pracowników) kotwiczymy się o 9 rano w piątek. Tradycyjnie: namiary kwaterki "Pod Szerokim Wierchem"
http://kowalczyk.spanie.pl/

32 zł. za dobę od osoby - niestety bez wyżywienia. Dostęp do kuchni, kominek, grill, etc. Miła gospodyni..
Po podróży trwającej od godziny 1.00 do 9.00 oczywiście nie idziemy spać, tylko dalej jazda w góry.
Przecież tylko trzy dni przed nami, a nie często trafia nam się okazja do wspólnego połażenia po górach. Zazwyczaj Radek wyrusza sam w dłuższą trasę, a ja obarczona riebiatą snuję się po niby szlaku, w niby górach (czytaj: dzieci dochodzą do pierwszej lepszej wiaty i już mówią NIEEEE!). Oczywiście zdarzają się drobne wyjątki, takie jak jedna dłuższa wycieczka z dziećmi po górach, ale to tylko raz na każdy wyjazd...

Piątek, około godziny 10.00 samochodem docieramy do Wołosatego. Stąd Radek zaplanował krótką "lajtową" wycieczkę, bo przecież jesteśmy po nieprzespanej nocy. Idziemy na Tarnicę, ale nie tak zwyczajnie - niebieskim szlakiem, którym idzie się zgodnie z mapą 2 godziny. Ruszamy szlakiem czerwonym z Wołosatego, na Przełęcz Bukowską. Do tego momentu bardzo lekka trasa - momentami nawet asfaltowa !?
Po około 2 godzinach docieramy do Przełęczy Bukowskiej (1110 mnpm)

Następne etapy to Rozsypaniec 1280 mnpm,
z którego pójdziemy na Halicz (1333 mnpm)
Przełęcz Goprowska 1160 mnpm, to kolejny etap. Tutaj ponoć w sezonie letnim (VII - VIII) stacjonuje oddział GOPRu. Podobno mają nawet szałas... nie wiem, nie potwierdzam, we IX ich nie było.
Najgorszy odcinek przed nami z Przełęczy Goprowskiej do Przełęczy Siodło, skąd już tylko 15 minut na Tarnicę... A już miałam odpuścić. W kość dały mi się niezbyt wygodne buty.. A to przecież podstawa!
Chwila lewitacji :) i idę...
Strasznie fajnie, że się nie poddałam. Pogoda cudna, widoki ... ach, już znowu chcę tam wrócić... Co tam buty? Tak to jest w górach. Każdy ledwo dyszy... a idzie dalej.
Do Wołosatego docieramy około 17.00.
Nasza gospodyni, kiedy dowiedziała się gdzie byliśmy na tym lajtowym spacerku, stwierdziła, że to przecież ze 20 kilometrów. Dobrze, że nie powiedziała mi tego wcześniej...
Wróciliśmy padnięci jak betki. Szybko spać, bo jutro następna Połonina...

piątek, 17 września 2010

Do domu?... Nie, w Bieszczady

No jak to do domu? Tylko tydzień wyjazdu, tyle przygotowań, tyle planów, zeszytów...Nie ma mowy!!!!
Internauci pisali, że w Hajduszoboszlo dwa tygodnie to za długo, dlatego powstał pomysł połączenia wody (prawie morskiej) z górami...
I tak oto w pierwszym zamyśle był pobyt tuż przy granicy w Barlinku  - a więc okolice Rymanowa Zdrój. Radek stwierdził, że tam to nuda, za niskie te góry...że jeśli już to do Soliny, lub jej okolic - tak jak w ubiegłym roku. Zeszyt gotowy, w ubiegłym roku już wypróbowany, w tym roku już dwukrotnie był w Bóbrce...
No co tu wymyślać???. A więc jedziemy do Bóbrki do Pani Ani Drozdowskiej.
Miejscówka "Pod Świerkami" do polecenia. Tutaj link:

http://www.bieszczady.net.pl/podswierkami/


Zdjęcia rzeczywiste, kuchnia pyszna, przemiła gospodyni, a i ceny atrakcyjne.

Pokój z łazienką: dorosły 35 zł., dziecko (niezależnie do wieku) 5 zł.
Posiłki na miejscu. Wszystko na tak.... Jeden problem. ...
Na chwilę poszukiwań Pani Ania nie miała dla nas miejsca w tym terminie.  Jaka szkoda....
Ale i tak będziemy chcieli tam jeszcze  wrócić.
Zatem po poszukiwaniach i wielu pomysłach na życie znaleźliśmy miejscówkę w Polańczyku.
Tutaj stronka:

http://www.pensjonatewabieszczady.republika.pl/

 
Również Pensjonat Ewa godny uwagi. Spędziliśmy tam bardzo miły ciąg dalszy urlopu... My kobitki w Polańczyku miałyśmy już naprawdę istny raj - totalny zakaz wejścia do kuchni. Wczasy z wyżywieniem - dwa posiłki dziennie, przy śniadaniu jakieś ciacho, przy obiadokolacji owoc lub odwrotnie.A wszystko to za jedyne 60 zł. od od osoby. A i dzieciaki wieczory z siatkówką bardzo mile wspominają. Pensjonat położony blisko głównej ulicy, ale nie na tyle blisko, żeby słyszeć hałas samochodów, a więc cicho i bezpiecznie.

Naprawdę nocleg warto wcześniej rezerwować, bo o miejsca w sezonie truuuuuudno, oj truuuuuuuuuudno. Nie jeden raz podczas posiłków przychodzili wędrowcy w poszukiwaniu wolnego pokoju.... na darmo.

A co robiliśmy w Bieszczadach ... Napiszę, napiszę - chociaż kilka propozycji

czwartek, 9 września 2010

Debreczyn

No to jeszcze ostatni post dotyczący Węgier – przynajmniej tegorocznych. Piątek, 13 sierpnia 2010 r. Tak naprawdę to nasz ostatni dzień pobytu w Hajduszoboszlo. Jutro już przecież wyjeżdżamy. No może nie do domu …, ale o tym to już napiszę za kilka dni.
Tak więc w czwartkowy wieczór – odwiedzili nas nasi rodacy z Inowrocławia, którzy wynajmowali dom w Hajdu na tej samej ulicy. Tak na marginesie, to serdeczne uściski dla Ojca Grześka :) i Jego bandy, hi hi hi Prawie pożegnalne winko, no bo jutro już ostatni dzień więc czeka nas wieczorne pakowanie.
A w ciągu dnia OBOWIĄZKOWO basen, no i koniecznie Aquapark. Umówiliśmy się nawet, że w piątek pójdziemy na baseny w nasze 4 rodziny.
A tu klapa – w nocy leje … Cały ranek burza ... Wiatr halny niczym w górach. Sztorm na basenach...
Trudno i darmo! Nici z basenów, a tu jutro już wyjeżdżamy do domku.

Tak więc, aby nie tracić dnia postanowiliśmy wyruszyć do odległego od Hajduszoboszlo około 20 kilometrów miasta Debrecen. Znowu polecam. Ciekawy kilkugodzinny wypad – piękna zabudowa…
Herb Debreczyna z uroczej mozaiki

Printfriendly