Popołudnie 4 sierpnia 2025 roku postanowiliśmy spędzić w stolicy wyspy - w Palma de Mallorca. Jak zwykle wycieczkę do miasta zorganizowaliśmy sobie sami - z pomocą komunikacji miejskiej.

Popołudnie 4 sierpnia 2025 roku postanowiliśmy spędzić w stolicy wyspy - w Palma de Mallorca. Jak zwykle wycieczkę do miasta zorganizowaliśmy sobie sami - z pomocą komunikacji miejskiej.

Kilka najbliższych postów poświęconych będzie tegorocznym wakacjom - będzie to relacja z pobytu na Majorce. Czerwiec i lipiec tego roku dostarczył naszej najbliższej rodzinie wiele emocji - potrzebowaliśmy więc typowej odskoczni, a w tej roli zawsze doskonale sprawdza się słońce i tzw. "nicnierobienie". Były to wakacje "all inclusive" zorganizowane samodzielnie, a co za tym idzie - nieco taniej niż oferują to biura podróży.
Grupa: Mysza i Radek (naprawdę nie pamiętam, kiedy na wakacjach byliśmy tylko we dwoje - o ile w ogóle takie były - oczywiście nie licząc weekendów w górach i citybreak'ów)
Termin: sobota 2 sierpnia 2025 r. 17:05-20:15 - sobota 9 sierpnia 2025 r. 21:05-00:10
Lot: Ryanair Warszawa Modlin-Palma de Mallorca
Bagaż: na każdego z nas mały podręczny plecak i walizka rejestrowana 20 kg (wspólna na dwie osoby)
Transfer: Shuttle Direct
Hotel: BJ PlayaMar w S'illot
Rezerwacji hotelu dokonałam na przypadkowo znalezionym portalu Destinia. Kiedy zdecydowałam się na ten konkretny hotel szukałam po prostu strony z najniższą ceną. I tak oto trafiłam na stronę Destinia. Jest to międzynarodowy portal turystyczny, który specjalizuje się w rezerwacjach hoteli, lotów, wycieczek i innych usług podróżniczych. Działa od wielu lat i obsługuje użytkowników w różnych językach (także w języku polskim), oferując szeroki wybór miejsc noclegowych oraz konkurencyjne ceny. Platforma cieszy się dobrą opinią, którą zresztą sama mogę potwierdzić. W momencie rezerwacji następuje zapłata kartą kredytową 5% wartości usługi, reszta zaś pobierana jest z karty kredytowej na 21 dni przed przyjazdem. Mieliśmy możliwość zupełnie bezpłatnego odwołania rezerwacji, aż do 7 dni przed wylotem. To bardzo korzystne warunki, choć te mogą się różnić w zależności od hotelu.
Moja opowieść o wschodniej Turcji byłaby niekompletna bez wspomnienia o największej atrakcji Dogubayazit. W piątkowe popołudnie 5 września 2025 roku, tuż po powrocie z akcji górskiej, wybraliśmy się do
Ishak Pasa Sarayi — pałacu, który niczym "stróż końca świata" wyrasta na wysokości 2.000 m n.p.m. u podnóża Araratu, zaledwie 7 kilometrów od naszego hotelu. Droga prowadząca tutaj wije się łagodnie pod górę, a im wyżej jechaliśmy, tym surowszy i bardziej spektakularny stawał się krajobraz: pustynne zbocza, skalne ściany i doliny oświetlone popołudniowym słońcem. Wśród tych barw nagle pojawił się on: pałac o różowo-złotych murach, jakby wyrastających wprost ze skały. Budowę pałacu rozpoczął w 1685 roku Colak Abdi Pasza, a zakończył dopiero jego wnuk, Ishak Pasza, po 99 latach prac. Nic dziwnego, że krążą wokół niego legendy.
Jeszcze przed wejściem do kompleksu mijamy kobietę w bogato zdobionej sukni i od razu przychodzi na myśl opowieść o nieszczęśliwej córce Ishaka Paszy, która zakochała się w strażniku. Kiedy ojciec odkrył ich romans, strażnika uwięziono, a dziewczynę zamknięto w haremie. Zmarła z rozpaczy, a jej duch - jak twierdzą strażnicy - do dziś błąka się o świcie po pałacowych korytarzach. Miejscowi twierdzą, że czasem o świcie słychać nawet płacz księżniczki.



Mimo licznych wojen i trzęsień ziemi pałac zachował się zaskakująco dobrze. Znaczną część zniszczeń przyniosła dopiero wojna rosyjsko-turecka 1877–1878, gdy służył jako koszary armii tureckiej, a później został spalony przez Rosjan. Ostatecznie Ishak Pasza stracił swoją siedzibę z rozkazu sułtana, który uznał, że władca „wywyższył się” tą budowlą ponad tron.
Wstęp bezpłatny.
Dla zainteresowanych film wyświetlany w Parku Arki Noego: https://noahsarkscans.com/new-visitor-center-film/
Niniejszy post kończy już moją opowieść ze wschodniej Turcji. Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli mi w tej niezwykłej podróży: zarówno w samej wyprawie, jak i tutaj - na blogu. Ta ekspedycja była czymś więcej niż tylko zdobywaniem kolejnych kilometrów i wysokości. Takie wyprawy to przede wszystkim LUDZIE - ludzie o wielkich sercach i z własnymi granicami, które – jak się okazuje – potrafią przesunąć się dalej, niż jeszcze niedawno byłabym w stanie uwierzyć.
Ogromne podziękowania kieruję do agencji 4challenge, lidera Wojtka i całego zespołu, który z pasją i profesjonalizmem zamienił moje marzenie w realną przygodę. Dzięki Wam każdy etap – od pierwszych przygotowań po ostatnie kroki na zboczach Araratu – miał sens. Dziękuję też Radkowi, bo to dzięki Niemu "wkręciłam się" w te nasze górskie wędrówki. Wracamy z tej wyprawy nie tylko z plecakiem pełnym wspomnień, ale też z poczuciem, że warto czasem pozwolić sobie wyjść dalej, wyżej i odważniej. Że w ciszy gór i gwizdach wiatru łatwiej usłyszeć własne myśli, a w trudzie drogi zobaczyć, kim naprawdę się jest.
![]() |
Foto: Agnieszka |
Brakowało tylko smoka w oddali i bohatera z mieczem, który tłumaczy nam, że to właśnie tutaj zaczyna się przygoda.
![]() |
Foto: Agnieszka Jaskinia wyglądała całkiem magicznie. ![]() |
i w końcu znaleźliśmy się w jaskini, gdzie woda miejscami sięgała do kolan.
![]() |
| Foto: Agnieszka |
i ja – próbująca nie poślizgnąć się na kamieniach, udająca że wszystko mam pod kontrolą.
Delikatny szum rzeki i "smród" siarki to tylko dodatek do obrazka.
Chyba jednak najbardziej zdziwili mnie tubylcy, którzy w tych okolicznościach przyrody odpoczywali pod parasolem.
Unoszący się w powietrzu zapach siarki zapowiadał nasz następny punkt programu – gorące źródła, a właściwie baseny termalne Diyadin. Przewieziono nas do Tunca Kaplica & Termal Tesisleri. Przyznam szczerze: spodziewaliśmy się nieco większych luksusów.
No cóż… rzeczywistość okazała się nieco mniej "SPA", a bardziej "opustoszałe sanatorium z lat 70-tych". Ale przecież nie po to dojechaliśmy tak daleko, żeby się wycofać – więc z uśmiechem (i lekkim zawahaniem) zaanektowaliśmy jedno z takich pomieszczeń basenowych.
I powiem jedno – kto wymyślił kąpiele w wodzie o temperaturze zupy, ten zasługuje na medal! Woda była cudownie gorąca - jej temperatura sięgała ok. 50 stopni Celsjusza. To prawda "zalatywała" siarką, ale po kilku minutach człowiek naprawdę czuł się jak nowo narodzony. To uzdrowisko termalne, słynie z naturalnych wód mineralnych, które uważane są za łagodzące i przywracające zdrowie. Odwiedzający często przybywają tutaj, aby doświadczyć korzyści zdrowotnych, bowiem jest to metoda lecznicza dla chorób takich jak: reumatyzm, choroby skóry, zapalenie nerwów i stawów, choroby neurologiczne, ginekologiczne, rwa kulszowa i zaburzenia metaboliczne. Nie wiem, czy źródła uleczyły nasze zmęczone kości, ale na pewno poprawiły nasze humory.

Po kąpieli czekał nas piknik z lunchem przygotowanym przez naszego obozowego kucharza.
No i cóż… to już był finał w stylu surowej rzeczywistości....
Ale hej – przecież to wschodnia Turcja! Tu wszystko jest autentyczne, surowe i z charakterem. Może za kilka lat stanie tu luksusowy kompleks termalny. Ale póki co, mamy, to co mamy.
Droga powrotna przebiegła nam niezwykle wesoło. Dźwięki kurdyjskiej muzyki Rojda, przeplatane odśpiewanymi przez nas kawałkami polskich szlagierów "Dziwny jest ten świat", "Zawsze tam gdzie ty", czy "Konik" w nieco zmodyfikowanej wersji - dla niektórych mogły stanowić zagadkę: czy aby na pewno jeszcze nie polał się alkohol? No nie... to zdecydowanie wpływ siarki i wyśmienitego towarzystwa.
Podsumowując: jeśli lubisz przyrodę, przygodę i kąpiele w wodzie, która parzy, ale relaksuje – Diyadin to obowiązkowy punkt na mapie. A jeśli nie lubisz? No cóż… po takiej wizycie pewnie i tak polubisz. Bo Diyadin, mimo wszystkich swoich niedoskonałości, ma w sobie coś, co trudno opisać – taką dziką, nieoszlifowaną magię.... która jest w stanie czynić cuda.