Co za tytuł!!! O Matko, a czemuż to? Jestem przecież o krok od wyjazdu wakacyjnego, a tu jeszcze jakieś blogowe braki. Tak być nie może!!!
Nieważne, że zmęczona, że wypluta, że na walizkach.
Przecież wakacyjny wyjazd już dopięty na ostatnie pętelki.
Wiem już wszystko, no może prawie wszystko, ceny, knajpki, etc...Ba! obejrzałam już nawet wszystkie filmy w necie na temat mojego wakacyjnego miasta. Ale nie o tym to ja teraz będę pisać.
Gorce - ciąg dalszy NASTĄPIŁ
wtorek, 6 sierpnia 2013
środa, 3 lipca 2013
Gorce na weekend
Z okolic Warszawy wyruszamy wczesnym czwartkowym rankiem. Jak zawsze chęć wyjazdu nawet w nocy... i mój straszny ból głowy. Pobudka o 4:00 - zero kanapek, nie jestem nawet spakowana.
I do tego ten okropny ból głowy. Pierwszy raz takie uczucie - niechęć do wyruszania w jakąkolwiek podróż. Rzadkie to u mnie objawy i trzeba będzie zaleczyć to choróbsko. Dzieciaki nastawione na wyjazd, Radziu spakowany, kwatera zaliczkowana, no to i ruszamy. Zatem włączamy terapię "extreme".
Termin: 30.05.2013-02.06.2013
Cel: Gorce
Miejscowość: Ochotnica Górna
Właśnie - Ochotnica Górna. Taki malutki punkt na mapie. Normalna wioska, gdzie agroturystyczne walory nabierają szczególnego znaczenia. Dojazd trasą krakowską zajmuje nam niewiele ponad 5 godzin. Zadziwiające, jak pusto na trasie na początek długiego weekendu. Pewnie potencjalni turyści wystraszyli się prognoz pogody, albo wyruszyli w środku nocy...
Spacer ulicami miasteczka połączony z procesją Bożego Ciała. Ma to swój klimat. Powoli zaczynamy się resetować. Już nie trzeba się nigdzie spieszyć. Lądujemy w końcu na "podobiadku" w Restauracji Zdrojowej.
Super smaczne lody z etykietą "PRODUKCJA WŁASNA" i jeszcze tylko spotkanie z ...Mikołajem, choć dzieciom niezwykle trudno było zgadnąć, kogo przedstawia pomnik.
Uwierzcie mi na słowo, chwilami dech zapierał w piersiach i to nie z powodu widoków, bo nie było widać nic. Nadciągały czarne chmury i po kilku kilometrach nieźle już lało. Drogą nieziemsko kręci, a w dodatku jest bardzo wąska. Widoczność zza zakrętów żadna. I ta perspektywa jazdy codziennie tą drogą.......
Wystarczy obejrzeć od 4 minuty przez kilka minut...Hard Core!!
Wreszcie zajechaliśmy na miejsce - od głównej drogi dojazd też w górę około 3 kilometrów. Dojazd od głównej drogi ilustruje znaleziony na You Tube film
Przed nami były już tylko hale z pasącymi się owieczkami. Sielsko, anielsko i mokro jak nie wiem co. Zamieszkaliśmy dosłownie w chmurach i to całkiem, całkiem czarnych. Zwieszone miny i włączamy restart.
W końcu to krótki wypad, który nam i naszym dzieciom na pewno się przyda. Dzieci do dziś wspominają z rozrzewnieniem wyjazd sylwestrowy do Łeby, kiedy to większość pobytu z powodu śnieżnej i mroźnej zimy "przegraliśmy" w gry planszowe. A teraz też wzięliśmy, a jakże.
Nasze hity, to już tradycyjne Kalambury, które w tym roku ubarwił "Tarzan" - a właściwie Aga rzucająca się do wspinaczki na łóżko piętrowe, co bliskie było samookaleczeniu pokazującej.
Na szczęście następny ranek przywitał nas słońcem. Radziu bladym świtem wyruszył w góry - a rzeczywiście kwatera znajdowała się nieopodal szlaku prowadzącego na Turbacz.

My zaś grzecznie zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawkę, lekkie surfowanie po necie... i ruszamy.
Tutaj strona zamku w Czorsztynie.
Stamtąd ruszamy tzw. "drogą flisacką" do Niedzicy, do zamku, który z Czorsztyna prezentował się tak:
Witają się oba zamki, i ten czorsztyński, i niedzicki, jakby tańczyć razem chciały... tańczyć na lodzie, bo dzieli ich jezioro, a właściwie Zalew Czorsztyński.
Spędzamy tutaj całkiem sporą część dnia. Nasi znajomi pokusili się nawet o zwiedzanie zamku. Tutaj wszelkie informacje - strona zamku, godziny pracy i ceny.
http://www.zamekwniedzicy.pl/page5.php
Ja już kiedyś byłam, a dzieci nie chciały. Czyżby przestraszyły się duchów???

I do tego ten okropny ból głowy. Pierwszy raz takie uczucie - niechęć do wyruszania w jakąkolwiek podróż. Rzadkie to u mnie objawy i trzeba będzie zaleczyć to choróbsko. Dzieciaki nastawione na wyjazd, Radziu spakowany, kwatera zaliczkowana, no to i ruszamy. Zatem włączamy terapię "extreme".
Termin: 30.05.2013-02.06.2013
Cel: Gorce
Miejscowość: Ochotnica Górna
Właśnie - Ochotnica Górna. Taki malutki punkt na mapie. Normalna wioska, gdzie agroturystyczne walory nabierają szczególnego znaczenia. Dojazd trasą krakowską zajmuje nam niewiele ponad 5 godzin. Zadziwiające, jak pusto na trasie na początek długiego weekendu. Pewnie potencjalni turyści wystraszyli się prognoz pogody, albo wyruszyli w środku nocy...
Rabka Zdrój
Po drodze zatrzymaliśmy się w Rabce Zdrój. Za wcześnie byłoby meldować się na kwaterze. Rabka wita nas całkiem znośną pogodą. Przez chmury przeciera się słońce.
Super smaczne lody z etykietą "PRODUKCJA WŁASNA" i jeszcze tylko spotkanie z ...Mikołajem, choć dzieciom niezwykle trudno było zgadnąć, kogo przedstawia pomnik.
Przełęcz Knurowska
Droga do Ochotnicy Górnej prowadzi przez Przełęcz Knurowską . Z trasy 969, tuż za Harklową, a przed Dębnem skręcamy w lewo. Kiedy zadzwoniłam do naszej gospodyni, żeby zapytać, czy dobrze jedziemy, czy droga jest na pewno asfaltowa i przejezdna. Powiedziała nam : "Tak, dobra ta droga, trochę ino kręta" .Uwierzcie mi na słowo, chwilami dech zapierał w piersiach i to nie z powodu widoków, bo nie było widać nic. Nadciągały czarne chmury i po kilku kilometrach nieźle już lało. Drogą nieziemsko kręci, a w dodatku jest bardzo wąska. Widoczność zza zakrętów żadna. I ta perspektywa jazdy codziennie tą drogą.......
Wreszcie zajechaliśmy na miejsce - od głównej drogi dojazd też w górę około 3 kilometrów. Dojazd od głównej drogi ilustruje znaleziony na You Tube film
W końcu to krótki wypad, który nam i naszym dzieciom na pewno się przyda. Dzieci do dziś wspominają z rozrzewnieniem wyjazd sylwestrowy do Łeby, kiedy to większość pobytu z powodu śnieżnej i mroźnej zimy "przegraliśmy" w gry planszowe. A teraz też wzięliśmy, a jakże.
Nasze hity, to już tradycyjne Kalambury, które w tym roku ubarwił "Tarzan" - a właściwie Aga rzucająca się do wspinaczki na łóżko piętrowe, co bliskie było samookaleczeniu pokazującej.
Na szczęście następny ranek przywitał nas słońcem. Radziu bladym świtem wyruszył w góry - a rzeczywiście kwatera znajdowała się nieopodal szlaku prowadzącego na Turbacz.
My zaś grzecznie zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawkę, lekkie surfowanie po necie... i ruszamy.
Zamek w Czorsztynie
Za cel obraliśmy Czorsztyn. Samochody pozostawiamy na parkingu nieodpłatnie z powodu zakupu biletów wstępu na zamek ( bilet normalny 5,00 zł. + bilet ulgowy 2,50 zł.) Przyzwoite rozwiązanie.Tutaj strona zamku w Czorsztynie.
Krótki spacer...
Są miejsca, w które lubię wracać. To jedno z nich. Właśnie tutaj byliśmy 8 lat temu z Adą, która miała wtedy tyle lat, co Oskar dzisiaj. Tak samo wtedy jęczała, jak dzisiaj Oskar.
Stamtąd ruszamy tzw. "drogą flisacką" do Niedzicy, do zamku, który z Czorsztyna prezentował się tak:
Zamek w Niedzicy
Samochody parkujemy na Polanie Sosny na parkingu spod którego pozostaje nam wspinaczka po schodach na Zaporę.Cudowne widoki, krajobrazy zapory i zamku zwanego Dunajecz.
Witają się oba zamki, i ten czorsztyński, i niedzicki, jakby tańczyć razem chciały... tańczyć na lodzie, bo dzieli ich jezioro, a właściwie Zalew Czorsztyński.
http://www.zamekwniedzicy.pl/page5.php
Ja już kiedyś byłam, a dzieci nie chciały. Czyżby przestraszyły się duchów???
Ostatnie foty...

i przyszło wracać na kwaterę. Ponieważ jesteśmy tuż przy granicy, więc zaliczamy jeszcze zakupy w słowackiej mieścince Lysa nad Dunajcom. Mała wioska, a w niej dwa sklepy, a pod nimi autokary turystów, którzy przyjechali skosztować smaku słowackiego piwa. Tak oto Zlaty Bażant zamieszkał i w naszych autkach. Przed nami jeszcze powrotna droga do Ochotnicy. Jedziemy malowniczą drogą prowadzącą wzdłuż Jeziora Czorsztyńskiego, właśnie do Dębna i Knurowa. Dziś będzie mi nieco inaczej pokonać tę trasę. Po pierwsze - to ja jestem kierowcą,a po drugie - z moim lękiem wysokości. A dziś to dopiero widać okolicę. Tatry prawie na wyciągnięcie ręki. Już wiem dlaczego ta droga jest taka piękna. Szczęśliwie dotarliśmy do domku, gdzie czekał na nas strudzony wędrówką Radek, który do pełni szczęścia potrzebował już tylko Zlatego Bażanta....
czwartek, 2 maja 2013
Smaczna Brukselka
Ach! Miałam jeszcze opowiedzieć Wam o SMACZNEJ BRUKSELCE.
Nie martwcie się - nie zamieniam mojego bloga w bloga kulinarnego. Jest już ich całkiem sporo w cyberprzestrzeni... Nawet jakiś czas temu, przez przypadek trafiłam na inną Myszę. Zwie się także Myszabe, co to pisze na Kuchennej Wyspie Smaków
Swoją drogą, to naprawdę nie wiem, która z nas była pierwsza.
To nie ja, tamten to nie mój blog. Ja jestem Mysza od podróżowania, latania, organizowania, etc...
A gotowanie (a właściwie pisanie o gotowaniu) zostawiam innym.
SMACZNA BRUKSELKA to właściwie smaczna Bruksela. Nie warzywko z rodziny kapustowatych, ale miasto, które smacznie dało się nam zapamiętać.
A dla Was, no cóż? Jeśli nie pojedziecie naszym śladem to, może chociaż posmakujcie fotografii
Jeśli chodzi o potrawy narodowe, to Bruksela - moi drodzy - FRYTKAMI stoi

Nie martwcie się - nie zamieniam mojego bloga w bloga kulinarnego. Jest już ich całkiem sporo w cyberprzestrzeni... Nawet jakiś czas temu, przez przypadek trafiłam na inną Myszę. Zwie się także Myszabe, co to pisze na Kuchennej Wyspie Smaków
Swoją drogą, to naprawdę nie wiem, która z nas była pierwsza.
To nie ja, tamten to nie mój blog. Ja jestem Mysza od podróżowania, latania, organizowania, etc...
A gotowanie (a właściwie pisanie o gotowaniu) zostawiam innym.
SMACZNA BRUKSELKA to właściwie smaczna Bruksela. Nie warzywko z rodziny kapustowatych, ale miasto, które smacznie dało się nam zapamiętać.
A dla Was, no cóż? Jeśli nie pojedziecie naszym śladem to, może chociaż posmakujcie fotografii
Jeśli chodzi o potrawy narodowe, to Bruksela - moi drodzy - FRYTKAMI stoi
Belgijskie frytki
sobota, 30 marca 2013
Bruksela w jeden dzień
Bruksela to kolejne odwiedzone przez nas miasto praktycznie bez rzeki. Niewiele takich miast w Europie, a stolic tym bardziej. Skrywaną od XIX wieku rzeką Brukseli jest Senne, która obecnie jest jedynie ściekiem płynącym podziemnymi kanałami miasta pod obecnym bulwarem Lemonnier i Anspach. Stąd także Bruksela zapożyczyła swoją nazwę.Wszak położenie Brukseli na podmokłych terenach sąsiadujących z rzeką Senne dało nazwę "Bruocsella", co w wolnym tłumaczeniu znaczy "wieś na bagnach". Czuć to w tym mieście - uwierzcie na słowo. Powietrze jest niezwykle wilgotne - nie ma mowy moje panie o wyprostowanych włosach. Moja koleżanka śmieje się, że w Brukseli bez tony lakieru na włosach ani rusz!! Coś w tym jest. Nadto, przy moich skłonnościach do alergii na grzyby i pleśnie - nie powiem, żebym czuła się komfortowo. Nawet deszcz, który tu pada pewnie równie często niż w Anglii zagląda pod parasolki (choć w Londynie trafiłam na lepszą pogodę). Tak, czy inaczej - podjęliśmy kolejne wyzwanie, czas więc oddać się wycieczce po tej skromnie mówiąc "ulubienicy Europy".
| Taka właśnie panorama Grand Placu |
niedziela, 24 marca 2013
Tanie loty - odsłona druga
Tym razem - tanie loty w wersji lekko unijnej. Na początku stycznia udało mi się złapać kolejną okazję. Zakup biletów na stronie Ryanaira (http://www.ryanair.com/pl), tym razem do Brukseli, a właściwie oddalonego około 60 kilometrów od centrum Brukseli - Charleroi. Jak zwykle polityka Ryanaira oparta na locie z bagażem podręcznym.
czwartek, 7 marca 2013
Ramzowa dla całej rodziny
Ej ładnie, ładnie - za oknem słońce i pachnie już wiosną a na moim blogu zima... Śpimy, oj śpimy...
No niezupełnie planują i kupują się już wakacje, rezerwacje, potwierdzenia, a zimy jak nie było tak nie ma....
Tak się zrymowało, a tu przecież miało być dokończenie opowieści feryjnych. No to wreszcie o nartach.
Choć tego roku doszłam do kilku niezbyt optymistycznych wniosków. Nie wiem, czy za sprawą peseli, lenistwa, czy ogólnie niesprzyjających warunków - tak jak kiedyś na nartach jeździliśmy prawie wszyscy... teraz na nartach jeżdżą tylko niektórzy. No oczywiście poza dzieciarnią. A to właśnie i dlatego te wybierane przez nas stoki zawsze muszą spełniać niebieskie wymagania.
No niezupełnie planują i kupują się już wakacje, rezerwacje, potwierdzenia, a zimy jak nie było tak nie ma....
Tak się zrymowało, a tu przecież miało być dokończenie opowieści feryjnych. No to wreszcie o nartach.
Choć tego roku doszłam do kilku niezbyt optymistycznych wniosków. Nie wiem, czy za sprawą peseli, lenistwa, czy ogólnie niesprzyjających warunków - tak jak kiedyś na nartach jeździliśmy prawie wszyscy... teraz na nartach jeżdżą tylko niektórzy. No oczywiście poza dzieciarnią. A to właśnie i dlatego te wybierane przez nas stoki zawsze muszą spełniać niebieskie wymagania.
Szkółki narciarskie
I właśnie w Ramzowej z powodzeniem dzieci te początkujące dają radę. Mają tu świetne warunki do nauki, choć za kieszeń trzeba się trzymać! Godzina lekcji w szkółce SUN SKI kosztuje 450 CK lub z wypożyczeniem sprzętu 600 CK.sobota, 23 lutego 2013
A kiedy przyszła słota...
Jeździmy na narciochach już trzy dni. Wtorek przyniósł nam niespodziankę. Wieczorkiem zafundowano nam brak prądu. Kiedy przyszła pora na obiadokolację przyszło nam jeść przy świecach. Wreszcie można było powiedzieć ... że romantycznie.
Może fotografie nie oddają rzeczywistości, ale wystarczy spojrzeć - Robert trzyma w ręku latarkę... bo przecież dziecko, jak nie widzi co je - to nie lubi tego jeść.
Niesamowite, jaki to problem - wszyscy przyzwyczajeni do laptopów, noteboków, tabletów, telefonów komórkowych.
Może fotografie nie oddają rzeczywistości, ale wystarczy spojrzeć - Robert trzyma w ręku latarkę... bo przecież dziecko, jak nie widzi co je - to nie lubi tego jeść.
Niesamowite, jaki to problem - wszyscy przyzwyczajeni do laptopów, noteboków, tabletów, telefonów komórkowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

