poniedziałek, 3 listopada 2014

Mediolan w trzy dni

Do Mediolanu wybrałam się z moją koleżanką Ewą 24 października 2014 roku. Wprost z niedowierzaniem patrzyłyśmy na prognozy pogody, tym bardziej chętnie przeniosłyśmy się w klimat śródziemnomorski. Przewidywane temperatury w Polsce to 6 stopni, podczas gdy w Mediolanie miało być ich aż 17!!!!
Bilety zarezerwowane zostały przeze mnie, jak zwykle ze sporym wyprzedzeniem. No cóż - zakup w połowie lata zapewnił nam wyśmienitą cenę. Lecimy Ryanairem z Lotniska Modlin do Bergamo Orio al Serio, a bilet powrotny kosztuje każdą z nas 200 złotych (już z prowizją za płatność przelewem). Można było zaoszczędzić około 20 zł na każdym bilecie decydując się na podróż w środku tygodnia, ale my wybrałyśmy weekend. Zakup na stronie http://www.ryanair.com/pl/ nie wymaga już specjalnej karty członkowskiej, czy też kredytowej - można zapłacić zwyczajnym przelewem. Przy zakupie, jak zwykle jestem asertywna i nie chcę bagażu rejestrowanego, ubezpieczenia, wynajmu samochodu, priorytetu wejścia na pokład, czy wreszcie wyboru miejsca w samolocie. Swoją drogą zastanawiałam się, czy warto zainwestować kolejne 24 złote od osoby za każdy odcinek podróży, aby zapewnić sobie wybór miejsca. Bałam się, że nie będziemy siedziały razem z Ewą. Otóż, dziś już wiem - nie ma się czego obawiać!!! Wystarczyło, że odprawiłam nas on-line, jedna po drugiej, aby system przydzielił nam sąsiadujące ze sobą miejsca na pokładzie samolotu. Odprawa on-line przeprowadzona. Jeszcze tylko formalności ubezpieczeniowe. Znowu powiększam zyski Axa Travel. Ubezpieczenie dokonane on-line kosztuje każdą z nas niespełna 12 złotychLot  o numerze FR 3899 zgodnie z rozkładem ma odbyć się o godzinie 14:00. Do Lotniska Modlin tym razem zamierzamy dostać się pociągiem. Wystarczy sprawdzić rozkład pociągu KML1 - tzw. "lotniskowego", a  następnie na stacji Modlin przesiąść się w autobus w barwach Kolei Mazowieckich, by za 5 złotych i po 10 minutach znaleźć się na lotnisku. W celu zaplanowania dojazdu polecam stronę Portu Lotniczego Modlin, gdzie pobierzecie aktualne rozkłady jazdy http://modlinairport.pl/pociag-kolei-mazowieckich.html. Niemal w ostatniej chwili okazuje się, że na lotnisko mamy zapewniony transport samochodem. Tak więc - dla uzupełnienia - tym razem link dotyczący parkingu krótkoterminowego - pierwsze 10 minut gratis, a reszty... szukajcie tutaj
Na lotnisku w Modlinie jesteśmy dwie godziny przed planowanym wylotem. Od razu kierujemy się do bramek bezpieczeństwa - karty pokładowe i dowody osobiste w dłoniach i mkniemy "na taśmę". Do kuwet trafiają: wierzchnie okrycie, sprzęt elektroniczny, metalowe urządzenia (np. paski),  płyny zapakowane w przezroczystą torebkę - oczywiście w dozwolonych ilościach. Poradnik dotyczący przewozu płynów znajdziecie tutaj. Tradycyjnie już zostaję na bosaka - buty także trafiły do kuwety. Po sprawnie przeprowadzonej kontroli bezpieczeństwa udajemy się pod bramki. Modlin to małe lotnisko i jeśli ktoś zaczyna swoją przygodę z lataniem - to bez problemu odnajdzie właściwy GATE. Przed nami jeszcze dużo czasu, który można spędzić na zakupach, mimo iż ceny w sklepach wolnocłowych wcale do tego nie skłaniają. Jedyną rzecz, jaką kupuję zawsze (lub prawie zawsze) na lotnisku to napój. Staram się wybrać najkorzystniejszą cenowo opcję, korzystając np. z automatów do napoi. Dziś wybór padł na litrową Pepsi kupioną w sklepie EURO SHOP za 9 złotych, choć mogłam kupić półlitrową wodę już za 6 złotych (sic!). Posiłki i napoje na pokładzie samolotu i tak będą jeszcze droższe. Na szczęście mamy własne kanapki. Moje to nawet eleganckie trójkąty wprost ze stacji benzynowej, uzyskane w zamian za punkty w programie lojalnościowym. Odprawa przy bramkach odbywa się przed czasem, choć nie brakuje niespodzianek. Otóż dziewczyna z obsługi próbuje pozbawić nas naszych bagaży podręcznych i umieścić je w luku bagażowym. Oczywiście nie wiąże się to z żadną dopłatą. Na szczęście stoimy na samym początku kolejki i udaje nam się zatrzymać swoje bagaże jako podręczne. Pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem. Po odstaniu dobrego kwadransa na płycie lotniska pakujemy się do samolotu. Chociaż jest 6 stopni na plusie i bardzo słonecznie, nie wyobrażam sobie tego oczekiwania bez czapki na głowie. Brrr!!! Zgodnie z kartą pokładową - kierujemy się do tylnego wejścia. Na pokładzie Boeinga 737 jesteśmy o 14:00. Bezchmurne niebo zapewnia nam cudne widoki.
Mimo iż start samolotu nastąpił z 14-minutowym opóźnieniem w Bergamo na lotnisku Orio al Serio lądujemy jeszcze przed czasem, bo zamiast o 16:00 to o 15:52. Znowu słychać "ryanairowe fanfary". Bergamo wita nas piękną słoneczną pogodą, a termometry wskazują 17 stopni. Krótki przewóz autobusem i jesteśmy na hali przylotów. Zahaczamy jeszcze o bezpłatną toaletę, a tuż przed wyjściem z terminala lotniska zatrzymujemy się przy kiosku firmy Terravision. Każda z nas kupuje tutaj bilet na podróż Orio Al Serio-Milan-Orio al Serio w promocyjnej cenie 9 EUR (38 złotych). Bilety te można kupić także u sprzedawcy stojącego przy autobusie bezpośrednio przed podróżą, jednak wówczas cena wynosi po 5 EUR (21 złotych) za każdy odcinek podróży. Zakupu biletów można dokonać także na stronie przewoźnika. Po wyjściu z terminala kierujemy się w prawą stronę, gdzie stoją autobusy transferowe.
Z Bergamo odjeżdżamy autobusem Terravision o 16:30. Podróż autobusem trwa godzinę i na głównym dworcu w Mediolanie - Milano Centrale jesteśmy o 17:30. Ten największy dworzec w Mediolanie, drugi co do wielkości dworzec Włoch i jeden z największych w Europie obsługuje około 330 tysięcy pasażerów dziennie. Projekt pochodzi z 1912 roku i wzorowany był na dworcu w Waszyngtonie. Budynek ma 200 metrów szerokości i 72 metry wysokości, a tuż za fasadą budynku rozciąga się Galeria delle Carrozze. Po lewej stronie dworca, za galerią rozciąga się bazar z pamiątkami. I to tutaj czyni swoje pierwsze zakupy Ewa. To dobry wybór, gdyż nigdzie indziej w mieście nie dostaniecie magnesów po 2 EUR (8,44 złote), ale po 3, 4 czy nawet 5 EUR. Następnie wracamy pod arkady i zjeżdżamy schodami ruchomymi na stację metra CENTRALE FS. W podziemiach trafiamy na kiosk oznaczony logo ATM - lokalnej firmy komunikacyjnej - co świadczy o tym, że możemy tu kupić bilety. Zdecydowałyśmy się na zakup biletów 48 godzinnych (Abbonamento bigiornaliero urbano), które kupione w piątek około 17:30 będą ważne do niedzieli do 17:30. To dobry pomysł, bo ta kartonowa karta miejska za 8,25 EUR (34,81 złotych) pozwoli każdej z nas przemieszczać się po Mediolanie do woli i to nie tylko metrem, ale i autobusami i tramwajami. 
Bilety nabyć można także w automatach ustawionych w przejściu podziemnym. Przechodzimy przez bramki - kasując tym samym nasze bilety. Stacja, do której musimy dojechać to MOSCOVA. Wybieramy więc zieloną linię metra M2 w kierunku ABBIATEGRASSO lub ASSSAGO. Wysiadamy na trzeciej stacji MOSCOVA. Po wyjściu z metra, zgodnie ze wskazówkami właścicielki studia, w którym zanocujemy udajemy się na przystanek autobusowy znajdujący się przy PANARELLO SHOP i wsiadamy w autobus Nr 43 w kierunku Quarto Oggiaro.W autobusie nie kasujemy już ponownie biletu. Wysiadamy na trzecim przystanku na rogu ulic Cannonica i Morselli. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo wszystkie przystanki są "na żądanie", więc może okazać się, że nikt nie nacisnął guzika i autobus ominie ten Wasz docelowy przystanek. Po wyjściu z autobusu idziemy wzdłuż dotychczasowej drogi, jaką pokonał autobus i za około 50 metrów znajdujemy wreszcie naszą ulicę. Kiedy spojrzymy na jej prawy kraniec z dala widać Łuk Triumfalny (Arco della Pace) w Parku Sempione, my jednak skręcamy w lewo. Polecam Wam to miejsce noclegu. To zwyczajne studio w bloku zajmuje niezależną część mieszkania właścicielki. Studio składa się z dwóch łóżek, małego aneksu kuchennego wyposażonego we wszystko, co potrzeba - włącznie z kawą (w lodówce!), herbatą i cukrem oraz prywatnej łazienki, w której także znajdują się kosmetyki do kąpieli. Czysta pościel i ręczniki czekają na nas. Okna wyposażone są w rolety i zaciągnięcie ich całkowicie wyeliminuje hałas z ulicy, który i tak jest tutaj prawie niesłyszalny. Tym razem zupełnie niepotrzebne okazały się stopery do uszu, które od czasu rzymskiego weekendu zawsze zabieram ze sobą. Koszt wynajęcia tego pokoju dla nas dwóch, za dwie noce to kwota 113 EUR (477 złotych). Te 240 złotych od osoby to wcale nie tak mało, ale ceny noclegów w Mediolanie są dość wysokie, a moja cena i tak obniżona została o rabat, jakiego dorobiłam się na portalu noclegowym. Specjalnie dla Was jednak wrzucam adres e-mail do Sylwii - właścicielki, z którą bezpośrednio ustalicie sobie szczegóły i pewnie niższą cenę rezerwacji rezerwacji. Wszystkie otrzymane przeze mnie instrukcje e-mailowe były bardzo dokładne i nie miałyśmy żadnego kłopotu w znalezieniu kwatery. Na stole w pokoju czekały na nas materiały pomocne w organizacji naszego pobytu - włącznie z mapą z zaznaczonymi polecanymi restauracjami. Rozpakowałyśmy więc szybko nasze bagaże i postanowiłyśmy wybrać się na prawdziwą włoską pizzę. Sylwia na swojej ręcznie wymalowanej mapie zaznaczyła między innymi lokal "Pizza OK", znajdujący się nieopodal ulicy Cesariano, tuż przy Łuku Triumfalnym w Parco Sempione. To tutaj wejdziemy na naszą pierwszą mediolańską kolację. Ceny są akceptowalne, bo pizza kosztuje tu około 5-8 EUR, sałatki to wydatek 9-10 EUR. Wrzucam Wam fragment cennika obejmujący sałatki, napoje, lody i desery. My decydujemy się na wspólną pizzę za 7 EUR (29,50 złotych). Pizza wykonana jest na bardzo cienkim chrupiącym cieście. Wraz z dwoma puszkami napoi, każdy po 2,5 EUR nasza smaczna kolacja kosztuje nas obie 15,00 EUR (63 złote) (7 EUR + 2 x 2,50 + 2 x 1,50 EUR). Musicie bowiem pamiętać, że we Włoszech do rachunku dolicza się tzw. "coperto" - cenę obsługi, która tutaj wyniosła także po 1,50 EUR od osoby. To taki z góry ustalony napiwek. Najedzone i szczęśliwe postanawiamy zrobić sobie jeszcze krótką przejażdżkę tramwajem po okolicy. Wsiadamy więc w nadjeżdżający tramwaj Nr 19, tramwajem, który chyba z racji zabytkowego wyglądu i rozkładanych schodków Ewa nazwała "tramwajem jak z Harryego Pottera" jedziemy chyba ze dwa przystanki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Mediolan jest jedynym włoskim miastem, po którego ulicach jeżdżą tramwaje. Zdecydowałyśmy się wysiąść, kiedy naszym oczom ukazał się neon sklepu Carrefour. To był przystanek (Fermata) nr 11251 na L.go Quinto Alpini. Przydadzą się drobne zakupy, bo właściwie wszystko wzięłyśmy z Polski. Potrzebowałyśmy tylko czegoś do picia na jutrzejsze zwiedzanie, bo przy największych atrakcjach turystycznych mała butelka wody nie będzie nas kosztowała 0,18 EUR (0,76 zł.), jak tutaj, lecz w granicach 4-5 EUR!!! Znowu dziewiętnastką wracamy na plac, z którego odjeżdżałyśmy. Jeszcze tylko nocna fotografia Arco della Pace i wracamy na kwaterę. To był dzień pełen wrażeń. Mimo iż ta cała logistyka nieźle nas umęczyła, chociaż symbolicznie już dziś zdążyłyśmy "przywitać się" z miastem. Niech więc to będzie zapowiedź tego, co czeka nas jutro.
Edit: Wielkie przeprosiny za brak zdjęć w poście - zdjęcia były zmniejszane dla celów bloga poprzez platformę internetową, która została zlikwidowana.

środa, 22 października 2014

Praga na weekend - dzień drugi

Nadeszła niedziela - 5 października 2014 roku - nasz drugi dzień pobytu w Pradze. To także dzień naszego wyjazdu do domu. Na szczęście jednak dopiero wieczorem, a i w pokoju możemy zostać do samej 19:00. Pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej nieopodal Mostu Karola, gdzie bez problemu nabyliśmy bilety na komunikację. Ponownie kupujemy dla każdego z nas bilet całodobowy za 110 CZK. Nie spiesząc się nadto na przystanku vis a vis naszej kwatery wsiadamy w siedemnastkę - tramwaj, jadący wzdłuż Wełtawy w kierunku Mostu Legii. Jedziemy nim dwa przystanki i wysiadamy tuż przed drugim Mostem (licząc od Mostu Karola, kolejny to Most Legii i w końcu ten przed którym wysiadamy to Jiraskuv Most).
Naszym celem Nr 1 był 

Tancici Dum

mieszczący się pod adresem Jiriskovo namesti 1981/6.
Ta charakterystyczna budowla nazywana była także Ginger (Rogers) i Fred (Aster). Została zaprojektowana przez parę architektów; Amerykanina - Franka O. Ghery'ego i Chorwata - Vlado Milunica i wybudowana w latach 1992-1996. Nie każdy wie, że budynek stanął na miejscu secesyjnej kamienicy zniszczonej w trakcie nalotu aliantów w 1945 roku.
Na zdjęciu widoczne atrybuty tancerzy - suknia Ginger powiewająca w tańcu oraz melonik Freda

piątek, 10 października 2014

O tym jak podróżować z Ecolines

Wrócę jeszcze na pewno do bułgarskich wakacji, a tymczasem taki oto przerywnik. 
Oderwanie na chwilę od opowieści bułgarskich...
Oderwanie od szaleństwa w życiu zawodowym...
Taka sobie przerwa na kawkę... 
kawkę w stolicy Czech - Pradze...
a póki co to przerwa na kawkę w autokarze.....
Chciałam bowiem rozpocząć relację z naszego ostatniego weekendu spędzonego w Pradze dzięki firmie Ecolines.
Ale zacznę od początku.
Otóż 24 lipca tego roku firma Ecolines ogłosiła konkurs na facebooku. Trzeba było odpowiedzieć na proste pytanie: w jakie dni autobusy Ecolines kursują do Strasbourga. 



wtorek, 23 września 2014

Primorsko...ach jak smacznie

Tym oto sposobem dotarliśmy do posta poświęconego gastronomii w Primorsku. W ubiegłym roku zrobiłam swoisty przewodnik atrakcji Primorska i okolic... a w tym pragnę Was wprowadzić w meandry bułgarskiej kuchni w tym miasteczku.

Gergana

Ponieważ prawie cały ubiegłoroczny pobyt stołowaliśmy się w jednaj knajpie - Gerganie, a i na blogu zabrakło tego tematu, w tym roku postanowiłam nadrobić. 
Restauracja Gergana znajduje się na ulicy Ropotamo 21 - owszem jest smacznie, ale już nie damy się ograniczyć tylko do jednej knajpki. Fakt bardzo nam tam smakowało i z powodzeniem miejsce to możemy polecać. Kilka tegorocznych cen (wystarczy je podwoić i wychodzą przybliżone ceny w złotówkach): Pilje z oris - 3,70 leva, Pilje cornflakes 6,80 leva, sałatka szopska 4,20 leva, Sacz Gorbadżijskij 19,50 leva, Cola 0,25 l - 1,50 leva. 
Ostatni obiad ubiegłorocznego pobytu zjedliśmy w restauracji Arena, na ulicy Perła 10. Ta restauracja i hotel położone są w dość znanym miejscu - nieopodal wesołego miasteczka. Także smacznie... choć kiedy spróbowaliśmy tam pizzy w tym roku, stwierdziliśmy że pewnie zmienił się kucharz.

Volchan Voyvoda

Kolejnego dnia postanowiliśmy poszukać czegoś bliżej naszego hotelu. I tak trafiliśmy do Restauracji VOLCHAN VOYVODA na ulicy Iglika. Bardzo klimatyczne miejsce, pewnie dlatego wieczorami bardzo oblegane. Pilje z oris - kurczak z ryżem 3,79 leva, omlet Asorti 5,59 leva, kurczak w sezamie 6,29 leva, kałatka szopska 4,10 leva. Znalazłam tutaj jedną wadę ... choć pewnie powiecie, że jestem maruda. Otóż menu restauracji jest tak obfite, a wręcz nieuporządkowane, że trzeba mu poświęcić strasznie dużo czasu żeby coś wybrać... ba! nawet trudno znaleźć coś, co jadło się dnia poprzedniego. Totalny misz-masz!!!  Troszkę może tutaj drożej niż w Gerganie, bo np. tutaj Pepsi 0,25 l kosztuje 1,99 leva.

Quatro

Spróbowaliśmy jeszcze w Quatro na początku ulicy Iglika (od strony ulicy 3 Mart). Oni także oferują menu dnia. Jednak tutaj porcje są niezbyt duże.... i po obiedzie wyszliśmy po prostu głodni.

Tiki

Za to strzałem w dziesiątkę okazała się mehana wybrana pewnego dnia za namową forumowiczów z Bulgaricusa. To Bar TIKI na rogu ulicy Iglika i Tropik. Specyficzny wystrój wprowadza nas w klimat tropikalnej wyspy, gdzie stołuje się banda windsurferów. Niektóre stoły barowe mają przypominać deski surfingowe, co zresztą przypadło do gustu najmłodszym konsumentom. Tutaj menu bardziej uporządkowane i co najważniejsze - także w języku polskim. Zatem mała ściągawka dla Was - oby ceny nie zmieniły się do następnego lata. Absolutne mistrzostwo świata to specjalność zakładu - kotlet TIKI. To grillowana pierś z kurczaka na podsmażonym chlebie i zalana sosem śmietanowo-ogórkowo-pieczarkowym. 
Pilje TIKI - 8 leva

Uwielbiana przeze mnie Czesnakova pirljenka 1,40 leva
Wszystko świeże, własnoręcznie przygotowane,  a cieniutkie frytki krojone ręcznie smakowały tu wyśmienicie.
Reasumując... bułgarska kuchnia, to wyśmienite smaki i to w dość przyzwoitych cenach. Dla równego rachunku na obiad dla 4 osób musicie liczyć 40 leva, co stanowi kwotę około 80 złotych...  i to już z napiwkiem. Sami przyznacie, że nad Bałtykiem cena nie do zdobycia!! Między innymi dlatego do Bułgarii tak często wracam...
Edit: Wielkie przeprosiny za brak zdjęć w części posta - zdjęcia były zmniejszane dla celów bloga poprzez platformę internetową, która została zlikwidowana.

niedziela, 14 września 2014

Primorsko rodzinnie

Tak właśnie postanowiłam zatytułować ten post.
Rodzinnie ... bo tak właśnie czuliśmy się w hotelu Shurelovi w Primorsku przy ulicy Oasis 5.
To był bardzo dobry wybór. Mały, rodzinny hotel dostosowany w pełni do naszych potrzeb.
Hotel znajduje się w cichej dzielnicy Primorska, choć w bliskim sąsiedztwie jednej z głównych ulic miasta - ulicy Iglika. Nieco spokojniejsza to okolica w porównaniu ze Stamopoly, o którym pisałam tutaj
Hotel Shurelovi sąsiaduje z Hotelem Laguna, w którym Amida - biuro podróży ze Śląska gości samych naszych rodaków. 
Oj bardzo bogaty program kulturalny mają właściciele hotelu Laguna dla Polaków - poranne animacje dla dzieci i wieczorne dancingi przy basenie. Dookoła basenu rozlegają się wówczas bułgarskie rytmy, choć nie tylko. Nieraz słyszałam znany polski kawałek "Hej sokoły". Dookoła basenu znajdują się stoliki ogólnodostępnej hotelowej restauracji. My także dwukrotnie skorzystaliśmy z ich usług w porze wczesnoobiadowej. Zupa - owszem smaczna, ale nieeleganckie było zachowanie kelnera dopominającego się o dość wysoki napiwek. No comments!!!  
Sąsiedztwo tego hotelu jednak zupełnie nie wadzi, mimo tej wieczornej muzyki. Codziennie punkt 23:00 zapada cisza.
Hotel Shurelovi jest inny, bardziej intymny. Jedna furtka znajduje się od strony ulicy Oasis (ulica równoległa do ulicy Iglika - na tyłach hurtowni Perła), zaś druga furtka - od strony ulicy Tropic.
W tym roku w bliskim sąsiedztwie hotelu prowadzone były roboty drogowe - duże więc prawdopodobieństwo, że w przyszłym roku ulica Oasis, przy której znajduje się hotel też będzie asfaltowa. Chociaż patrząc na to w jakim tempie budowane były w tym roku schody łączące ulicę Oasis z Edelwais to nie wiem, czy to się uda :) Od razu przy wejściu do Shurelovi znajduje się bar i basen. 
Basen może niezbyt duży, ale za to bardzo dobrze utrzymany. Niewielka zjeżdżalnia przy brodziku uatrakcyjnia kąpiel najmłodszym. Druga część basenu o głębokości ok.180 cm. przeznaczona jest dla starszych - i choć może niewielkich to rozmiarów basen -w zupełności wystarczy. 
Cieszy - w odróżnieniu od Laguny - brak zakazów (np. skakania do wody, kąpieli w ubraniu...). Drewniane leżaki z siedziskami nie są wcale trudną zdobyczą. Jedyna zasada - z basenu można korzystać do godziny 22.00 (a w Lagunie do 19:00!!!). 
Nieopodal basenu skromny bar zaprasza na pyszną kawę, sandwicze i inne przekąski. W pobliżu każdego ranka siedzi właściciel hotelu, który czeka na ewentualne pytania gości. Zawsze chętnie służy rada i pomocą. Widać, że to osoba, która doskonale wie, jak zadowolić swoich gości. Otoczenie Shurelovi jest bardzo zadbane, sprzątaczki zajmują się też otaczającym hotel ogrodem. Takie małe a cieszy...
Wszystkie pokoje mają balkony, a powierzchnia pokoju jest zadawalająca (myślę, że w granicach 40 metrów kwadratowych). Łazienki w tradycyjnym bułgarskim stylu - bez kabin prysznicowych.
Te usytuowane na parterze oferują wejście prosto do basenu. Część pokoi to dwuizbowe apartamenty. Dla nas niestety już zabrakło takich i wykupiliśmy sobie studia... nam udało się zarezerwować studio z aneksem kuchennym. 
Brak aneksu kuchennego nie jest problemem w Shurelovi, gdyż wszystkie pokoje wyposażone są w lodówki, a na zewnątrz budynku znajduje się ogólnodostępna kuchnia. W każdym pokoju jest też czajnik, szklanki, żelazko i deska do prasowania, suszarka do bielizny. Pościel i ręczniki wymieniane są po 7 dniach.
I tak raczej stołujemy się na mieście... ale fajnie jest mieć gdzie podgrzać jedzenie dzieciom. 
Niestety nie ze wszystkich pokoi widać morze... z naszego prawie dało się je ujrzeć, gdyby nie przesłaniające widok hotele.
Pokoje pozostałych dwóch rodzin znajdowały się na drugiej klatce. Oni mieli z kolei widok na ulicę Tropik i usytuowaną na niej pobliską baniczarnicę (piekarnię)
Vis a vis piekarni znajduje się mały punkt z naleśnikami, w bardzo przystępnych cenach.
Odległość hotelu od morza to około 800 metrów - zdecydowanie dalej od plaży niż ubiegłoroczne Stamopoly. Tutaj jednak mamy większą prywatność i dużo przyjemniejsze otoczenie. 
A ta rodzinna atmosfera szczególnie zauważana jest u naszych dzieci. 
Całkiem blisko stąd też do nowego supermarketu (do którego fajnie pojechać hotelowym rowerem), aquaparku i polubionej w tym roku knajpeczki. 
Czemu, ach czemu nie poznaliśmy jej w ubiegłe lato??? 
Ale o tym w następnym odcinku...
Edit: Wielkie przeprosiny za brak zdjęć w poście - zdjęcia były zmniejszane dla celów bloga poprzez platformę internetową, która została zlikwidowana.

sobota, 6 września 2014

Bułgaria 2014

I jak tu nie zacząć pisać o wakacjach, skoro już następne się planują???
A tak na poważnie - czas już zdać relację z tegorocznej wyprawy nad Morze Czarne.
Wyjazd zaplanowaliśmy w 12 osobowym składzie - trzy rodziny, w tym jedna po raz pierwszy w Bułgarii. Tym razem - dorobiłam się nawet własnoręcznie skrojonej wersji ALL INCLUSIVE.

Kiedy: 9 sierpnia - 21 sierpnia 2014 roku
Gdzie: Bułgaria, Primorsko
Jak: samolotem

Printfriendly